0 obserwujących
102 notki
275k odsłon
  2067   0

Zamrożony franek i klasa średnia, czyli inwestujmy w nowoczesnoś

Pomysł PJN, ostro krytykowany w 2011 roku, wraca po dwóch latach jako propozycja PiS. Podobnie jak m.in. w sprawach polityki rodzinnej czy likwidacji gimnazjów staliśmy się prawdziwie hipsterskim środowiskiem jeśli chodzi o odważne propozycje programowe dla polskiej, wciąż cherlawej, klasy średniej. Sprawdziło się dokładnie to, co pisał niedawno Szewach Weiss - w demokracji to nie wielkie, tłuste partie, ale mniejsze środowiska „na dorobku” wnoszą szczególnie dużo myśli do zatęchłej polityki.

Żeby zrozumieć sens frankowej propozycji, trzeba wyjść od generalnego pytania o cele centrowej polityki w Polsce. Gdy bowiem przyglądamy się propozycji „zamrożenia franka” (swoją drogą strasznie nieszczęśliwe sformułowanie) to ma ona sens tylko jako wsparcie tych, którzy tworzą mądrą polską nowoczesność. Kto to jest: przecież nie bogacze żyjący z wielkich zmówień wylobbowanych wokół polityki. To ci, którzy uwierzyli, że warto pójść na swoje, kupili mieszkanie, założyli firmę itp. Mają dwoje-troje dzieci. Nie mają oszczędności, są koło trzydziestki-czterdziestki, nie odziedziczyli nieruchomości po rodzicach i dziadkach, bo taka była natura PRL, że nie pozwalała się dorobić. Dzisiaj, gdy bezrobocie wśród młodych pracowników szczególnie wzrosło, frakowy gest w kierunku polskiej klasy średniej ma jeszcze dodatkowy sens. „Zamrożenie franka” to element polityki Viktora Orbana, który mi się podoba: pokazuje, że premier Węgier rozumie cel swoich działań, rozumie do kogo są skierowane i jaki jest ich cel jeśli chodzi o rozwój kraju. On wie, że Węgry będą bardziej jak Belgia czy Francja nie wtedy, gdy zmusi się je do powtarzania jeden do jednego każdej paryskiej nowinki intelektualnej, ale gdy węgierska klasa średnia jeszcze jakiś czas będzie miała nieco cieplarniane warunki rozwoju. To jedyna gwarancja, że w następnym pokoleniu Węgry nie będą prowincją jednoczącej się Unii. Dokładnie te same reguły gry dotyczą Polski.

Gdy człowiek traci pracę i jednocześnie rośnie mu kurs franka, przede wszystkim potrzebuje jakiejś perspektywy wychodzenia z pułapki, w którą jeszcze nie wpadł, ale która w jego przekonaniu mu zagraża. Gdy sprawa dotyczy 700 tysięcy gospodarstw, to można powiedzieć, że dotyczy każdego z nas: każdy ma kredyt we frankach lub ma go ktoś z jego bliskich lub znajomych. Poważne państwo w naszej części Europy, kierowane przez polityków, którzy rozumieją czym są mieszkania dla gospodarki, którzy rozumieją, że w Polsce w zasadzie przez długie lata po 1989 r. nie było innej możliwości kupienia mieszkania niż za franki, musi reagować. Moim zdaniem istota rzeczy jest następująca: dać oddech tym, którzy znaleźli się w trudnej sytuacji związanej ze spłacaniem kredytu. Nie robić tego kosztem budżetu, nie narzucać kredytobiorcom tego rozwiązania, a z bankami wynegocjować porozumienie: po prostu pozwolić na wybór opcji zamrożenia z założeniem, że zamrożona część kursu franka wraz z odsetkami zostanie spłacona w przyszłości. Dodatkowo takie rozwiązanie nie obciąża innych, chroni przed wpadaniem klientów w spiralę kredytową itd.

Przed dwoma laty po konsultacji z ekonomistami przedstawiliśmy pomysł szczegółowo. Fakt, rząd miałby trochę roboty, żeby całą akcję oprzyrządować prawnie i wynegocjować, ale efektywnie dałoby to rodzinom, które popadły w tarapaty i spłacającym kredyt szansę na efektywne obniżenie raty o minimum 12,5 %. Te zaoszczędzone pieniądze wystarczą na sporą część wyprawki dziecka do szkoły. W 2011 roku kurs franka dochodził do 4 zł. Złożenie propozycji, która ratowałaby zdolność kredytową polskich rodzin, jest naturalnym rozwiązaniem. Czy to koszt dla budżetu czy inwestycja? Jeśli ktoś rozumie problemy społeczne w Polsce nie ma chyba problemu z odpowiedzią. 

Lubię to! Skomentuj49 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale