W dzisiejszej Rzepie ukazał się tekst Joanny Lichockiej pt. Wszystkie błędy Marka Jurka. Jest to tekst paskudny, z dość histerycznymi tezami i jeszcze bardziej histerycznymi podtekstami.
Chciałbym powiedzieć: co tam styl, już niejedno takie coś się czytało (choć raczej w GW, ostatnio też w “Dzienniku”). W tekście jest też pewien dyskurs o faktach - i ten dyskurs będzie wymagał odpowiedzi, sprostowania w licznych miejscach, w których kuleje faktografia tego artykułu, a nie podana w nim interpretacja.
Zanim jednak zajmę się prawdziwą polemiką z p. Lichocką - zabawmy się krótko jej stylem, czemu nie?
Dziennikarka “Rzepy” ma szczególny sentyment do mnie, i to ja wyrastam w jej tekście na co najmniej dr. Retingera, szarą eminencję o jakiejś ponurej przeszłości i tajemnych zdolnościach wpływu na polityków. Czytam o “złych duchach” Marszałka:
Ale jako człowieka, który na Marka Jurka ma największy wpływ, wymienia się Pawła Milcarka, redaktora naczelnego dwumiesięcznika “Christianitas”. Ten ultrakonserwatysta katolicki jest od półtora roku etatowym doradcą marszałka Sejmu i od lat znany jest jako ideolog katolickiego integryzmu. W latach osiemdziesiątych redagował podziemne “Nowe Horyzonty”, pismo uznawane dziś przez jego przeciwników jako radykalnie prawicowe. - To wydawnictwo przebijało olbrzymią większość periodyków nawiązujących do idei tradycyjnych i narodowych - twierdzi Ryszard Czarnecki, eurodeputowany Samoobrony.
Milcarek, jego zdaniem, nigdy nie miał i nie ma ambicji odgrywania w polityce roli pierwszoplanowej, ale trzymając się w cieniu, zachowuje duży wpływ na polityków pierwszoplanowych. W tym wypadku na Marka Jurka. Dlatego politycy PiS chętnie mówią, że “Jurka ktoś inspirował”, albo wręcz ironizują o “sekcie Milcarka”, która do niedawna urzędowała w gabinecie marszałka Sejmu.
“Ultrakonserwatysta”, “ideolog integryzmu”, “skrajnie prawicowy”, “sekta”, “zły duch” - aż się dziwię, że się autorka tymi potężnymi słowami nie zadławiła, aż cucić by musieli u Michnika na kanapie. A przecież jeszcze kilka miesięcy temu całkiem nam się przyjemnie rozmawiało - aż tu, bach, okazało się, żem ja skryty Franco pseudonim Salazar! No to bach mnie parasolką!
Wszystko to w sumie dość komiczne - ale komizm to takiego gatunku, który teraz ja zaprezentuję niżej, trochę na skórze Pani Joanny:
Wielu moich rozmówców zauważa, że szczególną rolę w tworzeniu złej opinii wokół projektu wzmocnienia ochrony życia w Konstytucji odegrała dziennikarka Joanna Lichocka. W momentach decydujących dla kształtowania opinii na temat tego projektu Lichocka swoimi radykalnymi wystąpieniami zniechęcała kierownictwo PiSu do poparcia projektu. Znana z ultraliberalnych poglądów odegrała też istotną rolę w słynnej sprawie listu, pod którym podpisała się prezydentowa Maria Kaczyńska. Niektórzy sądzą, że obecność Lichockiej na spotkaniu w Pałacu Prezydenckim 8 marca miała wpływ na dalszy przebieg wypadków. “Joanna znana jest z tego, że bywa zawsze blisko ważnych wydarzeń” - mówi mi pewna osoba spotkana w korytarzach parlamentu. Gdy pytam o jej przeszlość i powiązania, moi rozmówcy milkną i bąkają coś o pracy w TVP Puls i “Dzienniku”, a teraz “Rzepie”. Nic więcej nie da się powiedzieć o przeszłości tej wpływowej postaci polskiego dziennikarstwa. Czy jednak nie czyni to całej tej historii jeszcze bardziej interesującą?
Atmosfera grozy wywoływanej sugestiami “drugiego dna”, “inspiracji”… Ja tak długo nie mogę, nawet żartem - zamiast korytarzowych uwag europosła Samoobrony wolę dyskusję z poglądami. To, że Joanna Lichocka woli walkę z cieniami swych podejrzeń - może wskazywać jednak na to, że jak właściwie nastawiona antena “dobrze odbiera” myśli konstruowane w okolicach obecnego ośrodka kierowniczego PiSu: to niestety tam powstała ta obsesja, że wszystkie zabiegi o wzmocnienie ochrony życia nienarodzonych to dzieło kolejnego “układu” - tym razem układu katolickich konserwatystów, zakonspirowanych w Opus Dei i w innych jeszcze gorszych komórkach specjalnych Watykanu. Kto wie, może na spółkę z SLD?
Szkoda, NAPRAWDĘ szkoda, że tak jałowo wąskie okazały się horyzonty polityczne tej partyjnej elity - i że nie rozszerzył jej żaden przebłysk twórcy tego politycznego pomysłu. Nie trzeba było trzebić w PiSie konserwatystów, nie trzeba było traktować ich jedynie jako swoją amunicję i legitymację wobec katolickiego elektoratu. Pomysł na PiS był pomysłem trafionym - a raczej byłby trafiony, gdyby jego twórca wziął sobie do serca wszystkie konsekwencje tego pomysłu. Teraz i on, i jego membrany powtarzają swe rozgoryczone zdziwienie, że “tylko z powodu aborcji” można było odchodzić z PiSu. Nie tylko, nie tylko - ale na pewno także i przede wszystkim. Wiem, że moi przyjaciele poszli do polityki nie po to, żeby tam figurować (choćby na świeczniku “drugiej osoby w państwie” - tzn. na pozycji… zaraz po “trzecim bliźniaku” Mieczysławie Gosiewskim) - poszli do polityki, żeby w ramach szerokiego projektu politycznej reformy, z którym się solidaryzowali, realizować też zasady cywilizacji życia.
A to rozgoryczone zdziwienie, którego wyrazem jest też tekst Lichockiej, znaczy tylko, że nigdy nas nie rozumieliście. I że się nie zrozumieliśmy. Szkoda.


Komentarze
Pokaż komentarze (53)