Po raz kolejny ograniczanie ludziom wolności wyboru i państwowe ingerencje w ludzką działalność doprowadziły do fatalnych skutków. Od kilku dni trwają protesty na granicy polsko-ukraińskiej dotyczące idiotycznych zmian w przepisach celnych.
Jeśli kilkusetosobowej grupie osób opłacało się szmuglować papierosy na naszą stronę i potrafili się z tego utrzymać, czy choćby dorobić do rodzinnego budżetu – jaki problem? Jeśli w Polsce, zwłaszcza przy Wschodniej granicy, mamy problem z bezrobociem, to ludzie zwyczajnie starają się sobie radzić. A gdy już sobie radzą, to wprowadza się przepisy owo „radzenie sobie” uniemożliwiające.
Warto zaznaczyć, że jeśli opłacało się pewnym osobom czy grupom transportować papierosy przez granicę, to znaczy, że był na nie popyt. Jeśli były zarówno podaż, jak i popyt, to znaczy ni mniej ni więcej, że zarówno dostarczający towar, jak i ich klienci byli z transakcji zadowoleni. Tam, gdzie między sprzedającym i kupującym jest konsensus, wkraczanie państwa jest zdecydowanie niezgodne ani z zasadami zdrowej gospodarki, ani ze zdrowym rozsądkiem, ani nawet z absolutnie podstawowymi standardami etycznymi. Po prostu w ten sposób państwo szkodzi wszystkim, w myśl jakichś idiotycznych przepisów. A kto na tym zyskuje? Logika podsuwa mi odpowiedź, że jakieś lobby nikotynowe, które dzięki zablokowaniu przepływu tanich papierosów z Ukrainy sprzeda więcej swojego towaru.
Bo wszyscy inni tracą. Palacze, bo musza kupować droższe papierosy, ci którzy papierosy transportowali, bo muszą szukać innego źródła utrzymania (albo pikietować i psuć nerwy Bogu ducha winnym ludziom, którzy chcą przekroczyć granicę polsko-ukraińską). Tak oto nasze państwo w iście bohaterskim stylu walczy ze spadkiem bezrobocia.


Komentarze
Pokaż komentarze (15)