0 obserwujących
40 notek
28k odsłon
  165   0

Biznes od morza do morza

Z dużym zainteresowaniem przeczytałem tekst Waldemara Łysiaka „Polska od morza do morza” w wydaniu Uważam Rze (nr 27(74) 2012). Nie ma co dyskutować. Takie teksty są dla każdego kto choć trochę czuje się emocjonalnie związany z naszą historią i dla kogoś w kim działa nuta polskiej duchowości paliwem pobudzającym wyobraźnie i tą dotyczącą historii – czyli jak to było kiedyś, i tą dotyczącą przyszłości czyli - jak by to było gdybyśmy rzeczywiście wrócili do takiego rozmiaru. Tekst jak tekst, wskazany – jak najbardziej, dobry, prowokujący dyskusję, rozpalający polskie zmysły, zmuszający do zagłębienia się w powtórkę historii i przyszłe nasze losy. Po prostu trudno napisać coś lepszego ku pokrzepieniu serc. A jednak jest coś co trochę niepokoi. Waldemar Łysiak wiąże ponowny podbój tych ziem (poruszamy się oczywiście w sferze czystej fikcji – mimo, że wiemy, że nic nie trwa wiecznie) właśnie z podbojem militarnym. Broń, wojsko, olbrzymie zamówienia dla zakładów zbrojeniowych itp. sugerują czytającym, że nie da się tego inaczej osiągnąć jak przez „olbrzymie zlecenia dla upadających zakładów zbrojeniowych”. Oczywiście nie ma dwóch zdań, że dobrze jest mieć silną armię i kilka głowic nuklearnych ale takie zdania przypominają raczej III Rzeszę przed II wojną jak planowała podbój Europy i w ogóle całego świata. Zostawmy więc mrzonki o zamówieniach dla armii ponieważ autor nie wytłumaczył nam jak potoczyłyby się losy naszej armii po przekroczeniu granicy takiej np. Ukrainy zarządzanej obecnie przez 60 mln Ukraińców, którzy także mają ochotę na coś niecoś z terytoriów innych krajów choćby na część naszej Galicji. Mają także swoje czołgi i także organizują zamówienia dla przemysłu zbrojeniowego. Ale sam pomysł Polski od morza do morza nie jest znowu ułańską fantazją. Można to zrobić nawet bez tych olbrzymich zleceń dla przemysłu zbrojeniowego. Waldemar Łysiak po prostu nie uwzględnił czynników ekonomicznych. Do tej pory czytając jego teksty prawie nigdy ich nie porusza. Nie chce? Nie zna się? Nie lubi? Tego nie wiem ale dobrze by było gdyby swoją fantazje przekierunkował na sytuację w której Polska funkcjonuje w Europie jako podatkowy raj. Podatki są u nas śladowe i proste, ZUSu nie ma, rząd nie wtrąca się do gospodarki i zabrania nawet myśleć o wejściu do strefy EURO, ceny są poddane tylko i wyłącznie zasadzie podaży i popytu. Nie ma także wiz dla krajów ościennych jak np. Białorusi czy Ukrainy, a agenci zaprzestają prowokowania Łukaszenki i wytykania mu, że nie lubi demokracji. Tak mi się zdaje, że taki manewr mógłby doprowadzić rzeczywiście do tego, że kraje naszych byłych kresów obrałyby kurs na Polskę, widząc jak nam się Polska dynamicznie rozwija i bogaci, a przy okazji nie ma aspiracji do obalania sąsiednich rządów. Nie chcę już wspominać o potopie mieszkańców tych krajów którzy zachęceni swobodnym handlem ruszyli by całymi armiami robić handlowe interesy w Polakami. Owszem na pewno obruszyli by się esteci, warczący z oburzeniem na nie zawsze czystych podróżnych ale akurat estetyka nie jest dziedziną konieczną do przetrwania i rozwoju. Temat jest oczywiście szeroki i byłoby o wiele ciekawiej poczytać jak Morze Czarne podbija nasz biznes niż armia. Ta oczywiście zawsze byłaby gotowa do odpalenia rakiet i czołgów ale w innej hierarchii działania. Najpierw interesy, a  armia niekoniecznie - w uzasadnionym przypadku.
 

Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale