No i znów świat musi zweryfikować jeden z poglądów, jakie zdawały się dominować przez ostatnie kilkanaście lat. Głosił on, że żyjemy w czasach, gdy konflikty zbrojne między państwami należą już do przeszłości (co najwyżej mogą mieć miejsce jeszcze gdzieś w Afryce) a rywalizacja między państwami zanikła lub przeniosła się nieodwołalnie w sferę rywalizacji gospodarczej, technicznej, naukowej (kto pierwszy pośle ludzi na Marsa) itp. Sądzono, że współczesne państwa, zarówno narody jak i ich rządzący pomne doświadczeń wojen światowych, zimnej wojny i całej przeszłości już na tyle wyciągnęły wnioski i coś takiego jak armia stanie się albo zbędne albo konieczne do usuwania skutków katastrof ekologicznych lub co najwyżej do walki z terrorystami. Okazało się to być podobnie jak w ogóle nadzieje na „koniec historii” zwykłą mrzonką – a wszystko to przez jeden kraj a nawet jednego człowieka.
Kiedyś jeszcze w I połowie lat 90-tych jakiś komentator stwierdził, że Rosja ówczesna przypomina mu Niemcy jakie były po I wojnie światowej. Nie była to wesoła konstatacja; w końcu w Niemczech był to okres wrzenia, popularności ugrupowań skrajnych i po złudnym okresie spokoju w drugiej połowie tej dekady, do władzy doszedł w końcu Adolf Hitler i co było dalej chyba wszyscy wiedzą.
Niestety porównanie do Niemiec po I wojnie światowej okazało się prawdziwe, po okresie rządów Jelcyna (też dalekich od ideału) do władzy dochodzi Władimir Putin. I oto Rosja okazała się być krajem, który uprawia agresywną politykę zagraniczną, ma permanentne większe lub mniejsze konflikty z prawie wszystkimi (oprócz Chin, ale to chyba ze strachu) sąsiadami.
Z miesiąca na miesiąc Putin ukręcał łeb wątłym instytucjom demokratycznym – w więzieniu lub na emigracji lądowali kolejni krytycy polityki Kremla, Putina opuściło wielu polityków z jakimi zaczynał on swe rządy (np. Michaił Kasjanow – w końcu premier przez pierwsze lata rządów Putina). Z miesiąca na miesiąc także polityka Rosji, stawała się coraz bardziej agresywna – tak jakby ten reżim non stop potrzebował zewnętrznego wroga. Wewnątrz zaś spokój i poparcie społeczeństwa, któremu zaczęto wypłacać na czas pensje i emerytury zapewniły pieniądze z handlu ropą i gazem.
Kto wie, czy nie największym błędem rządów Busha juniora nie była wojna w Iraku tylko skoncentrowanie się USA niemal wyłącznie na Bliskim i Środkowym Wschodzie i w konsekwencji zignorowanie niebezpieczeństwa jakie niósł ze sobą kraj rządzony przez coraz bardziej agresywnego pułkownika KGB. Tym bardziej, że on swych agresywnych zamiarów nie ukrywał, raz po raz wygłaszał przemowy (choćby w lutym 2007 r w Monachium), które świadczyły, że z czym jak czym ale z końcem zimnej wojny to on się nie pogodził i raczej nie pogodzi. Nie raz Putin dawał do zrozumienia, że traktuje USA, NATO i zachód nie jako partnerów ale jako przeciwników a w najlepszym razie konkurentów.
Wg mnie ostatnim dzwonkiem ostrzegawczym była awantura jaką Putin wywołał w stosunkach z Estonią, nie trzeba zdolności prekognicji, by stwierdzić, że kraj który urządza poważny międzypaństwowy kryzys z innym z powodu tego, że w nim przeniesiono w inne miejsce pomnik to kraj niebezpieczny w stopniu daleko większym niż Iran czy Korea Północna...
Wojna z Gruzją pokazała całkowitą bezwzględność reżimu Putina, szczególnie niepokojące jest praktyczne ignorowanie zawieszenia broni, tak jakby podpisywane przez prezydenta Miedwiediewa dokumenty były dla Rosji tylko świstkiem papieru, który miał sprawić by ten cały Sarkozy sobie w końcu odleciał do domu.
Dziś prysnęły złudzenia co do Rosji, trudno się tym razem nie zgodzić z Adamem Michnikiem, który właśnie o tym końcu napisał swój artykuł w Gazecie Wyborczej. Ja bardziej niż do państwa cara, bolszewików i Stalina przyrównałbym jednak dzisiejszą Rosję do III Rzeszy – nawet jest podobieństwo w początku tych monstrów. W Niemczech naziści by zastraszyć społeczeństwo podpalili Reichstag, w Rosji tą samą funkcję osiągnięto wysadzając w powietrze bloki mieszkalne latem 1999 r. (zamordowanie Litwinienki moim zdaniem uwiarygadnia tą tezę całkowicie).
Zabawna w pewnym sensie okazała się za to lektura komentarzy, jakie zamieścili do tegoż artykułu Michnika bywalcy portalu Wyborczej. Mianowicie atakowali go z pozycji lewackich; Michnikowi oberwało się, że jest sługusem USA itp. Jeden z dyskutantów nazwał go nawet „narodowym katolikiem” (!). Wyznawanie tegoż światopoglądu miało być wg niego przyczyną braku jego obiektywizmu i niedostrzegania prawdziwego imperializmu (oczywiście amerykańskiego, Rosja ich zdaniem nie jest nic a nic imperialistyczna).
No, to już świat się naprawdę kończy! Ciekawe jakie są przyczyny takiego bezmyślnego poparcia dla Rosji wśród młodych w większości ludzi. Oczywiście podstawową przyczyną pewnie są braki w edukacji „pokolenia rozwiązywaczy testów”, jednak jakieś inne przyczyny tego być muszą. Ciekawym jest tok myślowy jest łączący sympatię (czy wręcz ślepe uwielbienie czasem) dla Rosji, bądź co bądź prowadzącej politykę nacechowaną agresywnym nacjonalizmem, zaś w sferze gospodarczej utrzymującej rządy grupy oligarchów, przez ludzi deklarujących się jako radykalni lewicowcy, którzy teoretycznie powinni chyba zwalczać takie rządy. Jak oni to robią tego nie wiem....
A tak poza tym, to na ludzi pokroju Putina działa chyba tylko jeden argument. Zatem si vis pacem, para bellum...



Komentarze
Pokaż komentarze (4)