pedro65 pedro65
525
BLOG

Żonglowanie perłami

pedro65 pedro65 Polityka Obserwuj notkę 0

 

Miałem nie pisać o ojcu Ludwiku. Sprawa wydawała się oczywista, zresztą przykro i niezręcznie pisać świeckiemu katolikowi o pogubionych kapłanach. Ale dotarły do mnie wieści z licznego kręgu ludzi bliskich Kościołowi i przyzwoitych, niektórych mi bliskich, świadczące o sporym pomieszaniu pojęć. Więc jednak trzeba będzie jakoś to pozbierać.

Zacznę od „opinii” z najwyższej półki: W pierwszym liście do Koryntian pisze święty Paweł: „Czy odważy się ktoś z was, gdy zdarzy się nieporozumienie z drugim, szukać sprawiedliwości u niesprawiedliwych, zamiast u świętych? Czy nie wiecie, że święci będą sędziami tego świata ? (…) Wy zaś, gdy macie sprawy doczesne do rozstrzygnięcia, sędziami waszymi czynicie ludzi za nic uważanych w Kościele! Mówię to, aby was zawstydzić. Bo czyż nie znajdzie się wśród was ktoś na tyle mądry, by mógł rozstrzygać spory między swymi braćmi? A tymczasem brat oskarża brata, i to przed niewierzącymi.” (1 Kor 6,1-2a.4-6)

Równie proste jak okrutnie „nietolerancyjne”, prawda ? Wygląda zatem na to, że uczony ojciec dominikanin jest albo niedouczony (w co wątpię, znając formację dominikańską), albo uważa, że nie obowiązuje go zasada sformułowana powyżej przez św. Pawła. Albo wreszcie - i może to najbardziej prawdopodobne wyjaśnienie - zalicza redaktorów GW do „świętych”. Wobec czego proponuje nam serię „debat” na temat Kościoła na łamach w/w pisma, dla którego atak na tradycyjną cywilizację chrześcijańską jest podstawą programową. Oczywiście jest również teoretycznie możliwe, że publikacja listu nastąpiła bez zgody autora. Taka opinia pojawia się w różnych miejscach, między innymi w ostatnim Gościu Niedzielnym. To oznaczałoby z kolei, że albo GW ukradła prywatny list ojca Ludwika do Nuncjusza - w takim wypadku wkrótce usłyszymy o procesie sądowym przeciw GW, bo przecież prywatnych listów bez zgody autora lub wyroku sądu publikować nie wolno. Albo list opublikował ktoś wyższy w hierarchii Kościoła niż sam autor. Wtedy pozwu oczywiście nie będzie, bo pokornego zakonnika obowiązuje posłuszeństwo wobec przełożonego zakonu czy lokalnego biskupa. Tyle, że to właściwie jeszcze gorzej, bo oznacza, że postępowanie niezgodne z Pismem świętym nie dotyczy prostego choć uczonego mnicha, lecz hierarchy stojącego w Kościele wyżej od niego.

Mimo wszystko myślę jednak, że żadnych sprzeciwów nie będzie. Bowiem forma literacka tego „listu” jest absolutnie nieadekwatna do prywatnej korespondencji skierowanej do brata w kapłaństwie. Raczej mamy tu formę listu otwartego, może nawet manifestu programowego, a takie się publikuje z założenia. Trudno uwierzyć, że takiemu profesjonaliście w operowaniu słowem, jakim jest członek zakonu kaznodziejskiego, do tego stopnia pomyliły się formy literackie. Muszę więc założyć, że o. Ludwik napisał list do publikacji i że nie widzi nic niewłaściwego w tym, aby to GW albo inne publiczne medium „pochylało się z troską” nad stanem Kościoła w Polsce i inspirowało jego wewnętrzny dialog.

Jestem zwolennikiem dialogu o Kościele, prowadzonego w Kościele w duchu pokory i miłości. Nie jestem natomiast zainteresowany „debatą” prowadzoną na agorze, na temat Kościoła, z powodów, które podam na końcu. Zaś samą treść listu, niezależnie od kontekstu jego publikacji, pozwolę sobie ocenić:

-> odnoszę wrażenie, że o. Ludwik uważa za autorów „gorszącego podziału rozbijającego Kościół” jedynie tych biskupów, którym nie podoba się stanowisko PO / GW czy mówiąc ogólnie, sił postępu. Logiczne rozumowanie prowadzi zatem do wniosku, że Kościół niepodzielony zdaniem w/w to taki, którego teologię będzie kształtował redaktor Michnik, a działalność publiczną i kryteria moralne prezydent Komorowski.

-> o. Ludwik uważa za słuszny dość brutalny, w stylu rewolucji francuskiej, rozdział Ewangelii od życia publicznego. Kapłani w czasie liturgii mają zajmować się wyłącznie „wielbieniem” - osąd krytyczny ziemskiej aktywności ludzi, w tym chrześcijan, najlepiej zostawić TeFałeNowi. Czy uczony ojciec zapomniał, iż „polityka” wg Arystotelesa to sztuka rządzenia społecznością, której celem jest dobro wspólne ? W istocie więc nie istnieje uczciwy moralnie i intelektualnie sposób na separację polityki i Ewangelii.

-> o. Ludwik nie jest pierwszym znanym mi dominikaninem, który pozwala sobie na krytykę rozumu Ojca Świętego, w tym wypadku w kwestii nominacji biskupich. No cóż, widocznie ten zakon ma pośród innych cennych charyzmatów i taki. To dosyć daleko idące poczucie autonomii (przy tym okraszone autoironicznym chwytem: „Mówię zuchwale”) - dziwi jednak fakt, że tak „autonomiczny” od papieża i biskupów zakonnik nie rozumie, dlaczego z kolei ojcowie redemptoryści mogliby być „autonomiczni” w sprawie Radia Maryja. Mamy tu dość istotną asymetrię dopuszczalnych „autonomii” - wierni, a nawet kapłani mogą i powinni być „autonomiczni” w myśleniu jedynie pod warunkiem, że myślą „postępowo” czy politycznie poprawnie. A to z kolei przypomina, jak ateiści nawoływali niektórych katolików, żeby byli posłuszni biskupowi … w kwestii krzyża na Krakowskim Przedmieściu. W chwilę później, gdy chodziło o wezwanie biskupów do przeciwstawienia się procedurze in vitro, nawoływanie gwałtownie ucichło, zastąpione przypominaniem, że poseł odpowiada przed wyborcami i nie wolno mu kierować się ani sumieniem, ani pouczeniem pasterzy religii, którą wyznaje.

-> o. Ludwik pisze o podziale na 50% kapłanów oraz ”sporej” części biskupów „ksenofobicznych”. Czyli reszta (też około 50%) to księża i biskupi „otwarci”. Czy to nie nazbyt optymistyczna matematyka domniemanego „podziału” ? Wg mojej oceny tych „otwartych” księży jakoś trudno w Kościele spotkać, a biskupów „otwartych” na współpracę z mediami liberalnymi jest zaledwie kilku, tyle, że ich ciągłe cytowanie może sprawić wrażenie przewagi wśród hierarchów. Jednak tylko u tych osób, które wiedzę o Kościele czerpią z telewizora. Przy tym jakimś dziwnym trafem czytając o biskupach „otwartych” na wspieranie mediów liberalnych zbyt często trafiamy na majaczące w tle teczki. Jak w przypadku Prymasa Kowalczyka, KI „Cappino”, który kontaktem służb był, nie wiadomo, czy o tym wiedział i czy się zgadzał, ale sprawdzić się nie da, bo teczka „Cappino” wyparowała w roku 1990. Czyli mniej więcej wtedy gdy archiwa służb specjalnych PRL penetrowała tzw. komisja Michnika. Czy możemy być chociaż pewni, że teczka naprawdę spłonęła, a nie leży „bezpiecznie” na przykład na Czerskiej ? I czy również braku porządnej autolustracji w polskim Kościele nie miał na myśli biskup Michalik, mówiąc ostatnio, że problemem nie jest tu żaden fikcyjny „rozłam”, tylko brak odwagi w głoszeniu prawdy ?

-> o. Ludwik sprawia wrażenie, jakoby nie wiadomo skąd, najpewniej z Księżyca, spadła jakaś rewolucja obyczajowa i kształtowała odgórnie biednych Europejczyków i Polaków. „Upowszechniają się małżeństwa na próbę” „znoszone są bariery dotyczące seksu”. Skąd ten bezosobowy język u spowiednika ? Czy wielebny ojciec już nie wierzy, że człowiek jest osobą, która ma wolną wolę i nic co dotyczy tegoż człowieka się SAMO nie upowszechnia i nie jest SAMO znoszone ? Że człowiek zawsze dokonuje wyboru ?! Również zresztą wyboru mass mediów, które następnie penetrują metodycznie jego umysł i serce, prezentując mu m.in. uparcie model „znoszenia barier itp.” jako powszechny i właściwy.

-> o. Ludwik musi być chyba jednak wiernym słuchaczem tego rodzaju mediów, a zwłaszcza TeFałeNu - bo to tam wymyślili, że Polacy którym zależy na Bogu, Honorze i Ojczyźnie a nie na „Wolności, Równości i Braterstwie” (temat na osobny artykuł: dlaczego te dwa komplety haseł są sobie przeciwne) uważają siebie jedynie za „prawdziwych Polaków i prawdziwych katolików”. No cóż, chwalić za konsekwencję - skoro odmawia się prawa do publicznej oceny publicznych spraw kapłanom, trzeba to prawo oddać innym strukturom. Najlepiej założonym przy poparciu władz komunistycznych tuż po zakończeniu stanu wojennego. To takie przypomnienie, młodzież może nie kojarzyć, skąd się wziął „koncern” medialny ITI, którego najwspanialszą córą jest TVN.

-> o. Ludwik twierdzi, że wielkim debatom, jakie proponuje, nie będzie patronował Episkopat, bo jest „zbyt rozbity”. Patrz punkt pierwszy – „nierozbity” byłby zapewne taki, którego pasterzem (chyba jeszcze za wcześnie pisać: „guru” ?) stałby się redaktor Adam i wtedy na debatę moglibyśmy liczyć z całą pewnością. Ale czy ojcu nie przychodzi do głowy, że biskupi nie chcieliby jego „debat”, bo prowadzą one prostą drogą do rozwalenia KK w Polsce ?

To tylko kilka przykładów, dlaczego moim zdaniem autor omawianego listu, jeżeli uważa się za katolika, jest człowiekiem w najlepszym razie pogubionym. Bardziej gruntowna analiza wymagałaby napisania tekstu, którego długość nie bardzo mieści się w konwencji bloga.

Na koniec pozwolę sobie uzasadnić, dlaczego nie widzę sensu „debaty” nt. Kościoła w takiej formie, jaką proponuje o. Ludwik. I dlaczego nie chcę mojego tekstu traktować jako głosu w takowej debacie, a jedynie jako ocenę samego listu. Otóż Kościoła nie definiuje i nie formuje demokracja i wolny rynek, tylko cnoty ewangeliczne: pokora, czystość, ubóstwo i posłuszeństwo. A także cnota odwagi, cnota pierwotna, bez której praktykowanie każdej innej cnoty staje się pozorne. Kościół nie jest (nomen omen) agorą, tylko statkiem na burzliwym oceanie, Arką, Łodzią Piotrową, jedyną sprawdzoną przez tysiąclecia bezpieczną metodą przeprawy na drugi brzeg przepaści. A choć cała Łódź ma gwarancję samego Jezusa, że dopłynie do drugiego brzegu, nikt z nas nie ma osobistej gwarancji, że będzie się w niej wtedy znajdował. Są tacy którzy wierzą, że istnieją inne łodzie płynące bezpiecznie na drugi brzeg. To wyznawcy innych religii. Są tacy, którzy uważają, że drugiego brzegu nie ma, więc chcą przynajmniej jak najdłużej i jak najprzyjemniej spadać w otchłań. To ateiści. Uważam, że wiara pierwszych jest niekompletna, a drugich błędna - ale wierzę, że może być przynajmniej konsekwentna i uczciwa wewnętrznie. Natomiast chrześcijanie, a zwłaszcza katolicy „debatujący” swoją Łódź przypominają mi pasażerów którzy radośnie wskakują i wyskakują ze statku w czasie sztormu, nazywając to dla zmylenia „debatą” albo „znoszeniem barier”. Tymczasem Kościół-Arka nie istnieje dzięki „debacie”, tylko dzięki obcowaniu świętych w Chrystusie. Nie jest agorą, tylko załogą, a jeszcze bardziej - rodziną. Rozumiem doskonale dlaczego ci, którym Kościół przeszkadza w ostatecznym sięgnięciu po ludzkie dusze, dążą do „debaty”, starając się przy tym ustawić Kościół w roli jednej z wielu instytucji „charytatywno-rozrywkowych”, odebrać mu jego absolutną wyjątkowość wynikającą z faktu bycia Oblubienicą Pana. Ale katolicy, którym się pomyliło, czym jest Kościół, jak np. katolikom w Holandii w 2 połowie XX wieku, w ciągu dwóch pokoleń doprowadzili do praktycznej likwidacji bardzo mocnej wcześniej lokalnej wspólnoty. Jeżeli chcemy w Polsce tego, co jest dziś w Holandii, to „debatujmy” do woli. Tylko nie opowiadajmy, że zależy nam na Kościele.

pedro65
O mnie pedro65

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka