Kilka lat temu przydarzyło mi się, że zostałem zaproszony przez mojego kolegę do jego miejscowości gdzie ma się odbyć spotkanie z Niemcami. Chodziło mu, bym pomógł w tłumaczeniu. Po przybyciu zobaczyłem osobliwy obrazek. Otóż, na główny plac wsi zajechał autobus z niemiecką rejestracją, a z niego wysypało sie grono staruszków. Mieszkańcy ruszyli ku nim - każdy wypatrując swojego "Niemca". Okazało się, że przyjechali dawni mieszkańcy tej miejscowości, która przed wojną znajdowała się w granicach Rzeszy. Teraz, każdy z nich był witany przez rodzinę, która zamieszkiwała dom poprzedniego właściciela.
Także mój kolega znalazł swojego, a właściwie parę małżeńską, dość dobrze po siedemdziesiątce. Od razu dziarsko ruszyli w stronę domu, jak para dobrych znajomych. Okazało się, że byli tu już nie po raz pierwszy i dobrze się znali. Był obiad, poczęstunek, jakiś niewielki alkohol. Niemcy wspominali dawne czasy, pokazywali swoje dawne kąty, schody, które budował razem z ojcem i gruszę, którą zasadził (nie wiem, czy była to ta sama - ale niech mu będzie...). Panowała miła atmosfera. Potem był spacer po wsi, a starsza pani wskazała nawet miejsce, w którym zdawało jej się, że matka zakopała rodzinny serwis. Na pytanie, czy ich tu nie ciągnie odpowiadali niezmiennie, że prócz sentymentów, z ta ziemią nie mają nic wspólnego. Ułożyli sobie życie na Zachodzie, tam znaleźli nowy dom, a ich dzieci nie mają nawet ochoty, żeby zobaczyć te miejsca. Na koniec były prezenty (w Deutsche Mark) i miłe słowa. Autobus ruszył, a wszyscy machali na pożegnanie.
Sobie tak myślę, że w dobie ponownego podpuszczanie przeciwko sobie Polaków i Niemców, w którym my mamy także swój niepośledni udział jest scenka warta przypomnienia.


Komentarze
Pokaż komentarze (8)