Tak więc , działalności Mola sprzyjała pewna subkultura, której misjonarzami są pewni ludzie. Mam na myśli wszystkich tych radykalnych tolerancjonistów, piewców otwartości i gromicieli rasistów. To oni właśnie zrobili z Mola gwiazdę i „antyfaszystę roku”. W "darkroom"-ie może mu to nie pomagało, ale w świetle dnia - i owszem. Mol grał bowiem na kompleksie postępowości dręczącym jego ofiary – jak donosiła prasa, zdarzało mu się oskarżać o rasizm kobiety odrzucające jego awanse. Niektóre podobnemu szantażowi ulegał. Pójście z Molem do łóżka – i to bez zabezpieczeń, na co Mol nalegał – było więc rodzajem zaświadczenia o braku uprzedzeń. W sumie – nic nowego. Podobne zjawisko szerzyło się wśród radykalnej młodzieży amerykańskiej ze 40 lat temu. Aktywistki dowodziły, że wolne są od rasowych przesądów, a ich ciemnoskórzy koledzy ochoczo z tego korzystali. Ale – wracajmy do Polski.
Czy ideolodzy tolerancjonizmu czują się odpowiedzialni za skutki szerzenia przez nich lewicowego obskurantyzmu? Czy mają wyrzuty sumienia czytając relacje ofiar „antyfaszysty roku”? Czy – powiedzmy – czuje wyrzuty mistrzyni otwartości Magdalena Środa? Dlaczego akurat Środa? Dlatego, że ona właśnie przedstawiła niegdyś teorię „winy pośredniej” mówiąc: "Kościół katolicki nie wspiera bezpośrednio, ale też nie sprzeciwia się przemocy wobec kobiet”. Czy nie można dziś powiedzieć, że ludzie tacy jak Środa nie są co prawda winni bezpośrednio, ale są winni pośrednio - stworzyli bowiem klimat, w którym seksualna kariera Mola mogła tak bujnie rozkwitnąć...


Komentarze
Pokaż komentarze (48)