125 obserwujących
326 notek
797k odsłon
3817 odsłon

niefrasobliwość jako źródło cierpień

Wykop Skomentuj30

     25 czerwca 2014 roku Donald Tusk wygłosił w Sejmie mowę, z której wynikało, że przez niefrasobliwość iluś tam członków jego własnej ekipy, ktoś (być może Rosjanie), dostał w prezencie narzędzie do destabilizowania polskiej sceny politycznej. Owa niefrasobliwość polegała zaś na tym, że ministrowie Tuska (tudzież inni urzędnicy reżimu), spotykali się po knajpach, gdzie ich przez rok z okładem nagrywano, a rozmawiało się na tych spotkaniach nie o kwiatach czy muzyce, ale o „sprawach publicznych” i to rozmawiało się szczerze... . Wiadomo, że takie rozmowy mają zwykle wybuchowy potencjał, więc skuteczne wyjścia z zaistniałej sytuacji są teraz dwa: albo rozbrajamy nagrania publikując ich całość (o ile ją mamy), albo posyłamy do diabła wszystkich nagranych. Tusk co prawda o to pierwsze apelował, ale za to tego drugiego nie zrobił, a ponieważ dysponent „taśm” nie wziął sobie do serca tuskowych apeli, przeto tkwimy w zawieszeniu – ten, kto ma nagrania może nam w dowolnej chwili zafundować drugą odsłonę „afery taśmowej”(a potem odsłonę trzecią , czwartą.... i tak dalej...materiału podobno starczy na długo).

    Ekipa Tuska została więc skutecznie podminowana, w związku z czym mogłoby się wydawać, że jej dalsze trwanie wymaga solidnego uzasadnienia, tymczasem uzasadnienie, które nam przedstawiono jest mocno kulawe. Otóż, Tusk orzekł, że dymisje oznaczałyby dziś „realizację scenariusza” sił stojących za podsłuchami, co może jest i prawdą, ale prawdą jest też, że brak dymisji i utrzymywanie wspomnianego wyżej „stanu zawieszenia” też daje owym wrażym siłom duże pole do popisu. Mówiąc inaczej – Tusk unikając dymisji, nie tyle dokumentnie niszczy jakiś „scenariusz”, co raczej realizuje inny jego wariant i trudno doprawdy orzec, który z tych wariantów koniec końców okaże się dla nas bardziej kosztowny. Czy chcę wobec tego powiedzieć, że Tusk został przez swoich żarłocznych podwładnych wmanewrowany w sytuację bez dobrego wyjścia? Owszem, to właśnie chcę powiedzieć - zdarzają się wszak strzały tak celne, że niezależnie od tego, co zrobi trafiony, i tak wygranym będzie strzelec i zdaje się, że w ten właśnie sposób trafiono tuskową ekipę (oczywiście zakładamy tutaj, że Tusk ma rację, sugerując, że za nagraniami stoi ktoś poważny, na przykład Rosjanie, a nie kilku chciwych kelnerów i sfrustrowany grandziarz wagi średniej...).

    Cała ta historia daje nam asumpt do rozważań o wpływie niefrasobliwości na bieg historii i właśnie takim rozważaniom się oddamy, a wszystko to w kontekście „katastrofy smoleńskiej”. Bo skoro już wiemy, że w ekipie Tuska nie brak osobników skłonnych do zachowań niefrasobliwych („afera taśmowa”), to możemy zakładać, że ta skłonność dała o sobie znać i w innych w przypadkach... Nasza teoria z grubsza wygląda więc tak: polska „strona rządowa” i strona rosyjska chciały popsuć prezydentowi Kaczyńskiemu wizytę w Katyniu wiosną 2010 roku, przy czym strona rosyjska grała być może dużo ostrzej, zaś strona polska niefrasobliwie uwikłała się w to wszystko licząc na polityczne zyski w kraju. Teoria nie jest nowa i sam ją już kiedyś przedstawiałem (nie będąc w tym pierwszy, ani ostatni), ale dziś zrobię to w sposób rozbudowany. Jakie są przesłanki przemawiające na rzecz mojej teorii? Cóż, wiemy, że gdy idzie o politykę w Platformie panuje zasada „żadnych zasad” (jak ujął to niedawno jeden z nagranych prominentów...). Dość przypomnieć kampanię prezydencką z 2005 roku, kiedy to Platforma ostrymi zagraniami wyeliminowała nie jednego (jak dotąd myślano), ale dwóch kontrkandydatów Tuska do prezydentury. Tym drugim (obok Cimoszewicza) był Zbigniew Religa – zgodnie z podsłuchaną relacją Sławomira Nowaka, sztab Religi narobił długów, długi te „zdobyto” i spłacono – w zamian za poparcie Tuska przez sławnego chirurga...

    Oczywiście nasz hipotetyczny numer z zepsuciem prezydenckiej wizyty w Katyniu byłby ryzykownym krokiem dalej, niż to wszystko, o czym wyżej mowa, ale profity niósłby oczywiste. Po pierwsze, ta wizyta uchodziła za otwarcie kampanii prezydenckiej, i to już wystarczy, a był przecież jeszcze polsko – rosyjski „reset”. Dziś ów „reset” to już spatynowana historia, ale cztery lata temu była to perła w koronie polityki zagranicznej Platformy, chcącej dowieść, że złe relacje z Rosją były winą nieudolnych rządów braci Kaczyńskich. Gdyby udało się wtedy, w kontekście „resetu” odgrzać wszystkie antykaczyńskie stereotypy wdrukowane ludziom przez „zaprzyjaźnione media” - byłby to strzał w dziesiątkę. Kontrast pomiędzy udaną wizytą w Rosji Tuska – męża stanu, a spartaczoną wizytą przeciwnego „resetowi” nieudacznika Kaczyńskiego przemawiałby do wyobraźni (czy wręcz „podświadomości”) mocniej, niż tona uzasadniających „reset” przemówień. Gdyby tylko Kaczyńskiemu coś nie wyszło... To nie musiałoby być nic wielkiego. Starczyłby drobiazg, który „zaprzyjaźnionym mediom” dałby asumpt do nakręcenia kampanii propagandowej mającej na celu „wdrukowanie” publiczności w kontekście „pojednania z Rosją” kolejnego obrazu Kaczyńskiego, któremu wiecznie coś się nie udaje. Bo to raz nakręcano takie kampanie z niczego? Grunt był już od dawna przygotowany – ostatecznie już od kilku już lat Lecha Kaczyńskiego przedstawiono właśnie jako wyjątkowego pechowca (Bronisław Komorowski o kłopotach z samolotem podczas podróży Kaczyńskiego po Azji: „Jest pytanie o znaczenie pecha w polityce, gdyż rzeczywiście prezydent Kaczyński ma pecha, to widać, że ma pecha. Kolejne wizyty i coś tam szwankuje”(1)

Wykop Skomentuj30
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale