9 obserwujących
18 notek
69k odsłon
  2731   0

Powstanie Warszawskie i równia pochyła

Cesarz Leon III miał wiele zalet. Zreformował cesarstwo, rozbudował armię, po wielokroć gromił Saracenów uniemożliwiając im zdobycie Konstantynopola. Ale miał też wadę – był doktrynerem. Jedną swą decyzją zdemolował cesarstwo, nad którego umocnieniem tak usilnie pracował.

Leon wyszedł z założenia – zdawało się – słusznego teoretyczne. Skoro Pismo powiada, żeby nie czynić rzeźb ani obrazów Boga „zazdrosnego” i nie oddawać im pokłonów, to wniosek jest oczywisty. Nie wolno tolerować bałwochwalstwa. Zarządził wyrzucenie i zniszczenie wszystkich Pantokratorów, Veraikonów, Hodigitrii. Efekt – jak wiemy – był przeciwny. Wywołał wojnę domową, naśladowcy Leona, czyli ikonoklaści przegrali, ale Bizancjum nie odzyskało swej dawnej potęgi. Wepchnął cesarstwo na równię pochyłą.

Rozumowanie ikonoklastów bazowało na teorii. Nie uwzględniało praktyki, którą gardzili tak jak wszyscy doktrynerzy. Zresztą i ich teoria była fałszywa z punktu widzenia teologii chrześcijańskiej, bo skoro Bóg objawił się w postaci Człowieka i wprowadził Nowy Zakon, to znaczy, że zapisy Starego schodzą na plan drugi. Ale zostawiając teologię z boku trzeba zauważyć, że ikonoklaści nie rozumieli ludu, który chcieli reformować. Lud Bizancjum, szczerze chrześcijański, był jednocześnie świadomy swych helleńskich korzeni i rzymskiej tradycji (sami nazywali siebie Romajami). Obce mu było obrzydzenie ikonoklastów do plastycznego przedstawiania Osób świętych.

Próby dopasowywania niesfornej ludzkości do sztywnych matryc teorii powtarzały się wielokrotnie. W naszej epoce przodowała w tym lewica, zwłaszcza w jej marksistowsko-sowieckim wydaniu. Ludzkość wierzgała, lewica ją wciskała, krew tryskała fontannami, ale w końcu życie pokonywało teoretyków. Oni zaś gorzko narzekali na niewdzięczną ludzkość, która nic a nic nie chce pojąć dobrodziejstw płynących z błyskotliwie skomponowanych teorii.

Tak wyglądało zderzenie teorii z praktyką w skali makro. Na co dzień można to obserwować także w mniejszych skalach. Jak na przykład co sierpień każdego roku, kiedy światłe głowy dziwują się ludowi, że ten tak uroczyście celebruje rocznice Powstania Warszawskiego. Zdziwienie pewnie narasta, bo „zabobon” rozszerza się na całą Polskę i ogarnia kolejne roczniki. Światłe głowy dziwią się, że lud nie chce świętować z podobnym zapałem rocznic zwycięstw. Jedni wskazują, że trzeba 4 czerwca, drudzy, że 15 sierpnia. Albo choćby w grudniu Powstanie Wielkopolskie.

Można długo zastanawiać się dlaczego właśnie 1 sierpnia stał się dniem wspólnoty, a nie np. nie mniej ważna data, jaką jest 15 sierpnia. W każdym razie dla polskiej tożsamości Powstanie Warszawskie staje się, o ile już nie jest, punktem centralnym. Dla większości pozytywnym, dla znaczącej mniejszości negatywnym. Ci pierwsi nie uważają, że jest kultem klęski. W sposób uświadomiony lub odruchowy traktują 1 sierpnia jako święto ku czci politycznej podmiotowości Polaków.

I co z tym można zrobić? Krytykom z lewicy ta forma podmiotowości nie podoba się, bo bazuje na wartościach przezeń odrzucanych. Nie odnajdują się w tym. Krytycy z prawicy podzielają wartości (przynajmniej deklaratywnie), ale nie podoba im się dominujący model patriotyzmu. Chcieliby innego. Zgodnego z ich koncepcjami, ale nie rzeczywistością. Zatem próbują dopasować lud do matrycy, a nie matrycę do ludu. Wracając do cesarza Leona: ci z lewicy to Saraceni. Ci z prawicy powtarzają drogę ikonoklastów. Chcą naprawić cesarstwo, ale tak naprawdę je demolują. I żadną pociechą jest to, że i tak przegrają.

 

 

Lubię to! Skomentuj98 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura