Piotr Gdula Piotr Gdula
111
BLOG

Nie wywiesiłem flagi

Piotr Gdula Piotr Gdula Polityka Obserwuj notkę 14
Uchwyt na flagę na moim balkonie pozostał w tym roku pusty. Przez dekady wywieszanie biało-czerwonej było dla mnie odruchem bezwarunkowym, niemal tak oczywistym jak oddychanie – wyrazem szacunku do wspólnoty, którą obok krzyża uważałem za najwyższe sakrum. Dziś jednak flaga została w szufladzie. Nie ma w tym żadnej wielkiej pozy ani „krzyku rozpaczy”. Jest tylko narastający niesmak i chłodna konstatacja, że dom, który wspólnie budowaliśmy, pod ciężarem cynizmu i głupoty tych, którym daliśmy klucze, zwyczajnie przestaje nadawać się do zamieszkania.

Sakrum rzucone na żer

Przez całe moje dorosłe życie, na każde narodowe święto - czy to radosny Dzień Flagi, czy zadumane listopadowe Święto Niepodległości - flaga na moim domu zawsze była obecna. Uważałem ją - i wciąż uważam, tuż po krzyżu, za największe polskie sakrum. Biel i czerwień były dla mnie syntezą polskiej duszy, czystości intencji i krwi przelanej za to, byśmy mogli się spierać jako wolni ludzie. Jednak co raz bardziej, mam odczucie, że dotyczy to jedynie rzeczywistości literackiej. W świecie rzeczywistym jest zgoła inaczej. Dlatego w tym roku poczułem, że powieszenie jej byłoby aktem hipokryzji. Byłoby legitymizowaniem rzeczywistości, której nie potrafię już zaakceptować.

Biało-czerwona flaga miała nas scalać. Miała być tym wspólnym mianownikiem, który sprawia, że profesor z Warszawy i rolnik z Podlasia, mimo różnic zdań i różnego wykształcenia, należą do tego samego organizmu. Dzisiaj ten organizm jest chory. To choroba autoimmunologiczna w fazie terminalnej. Nasze wewnętrzne układy - polityczne, społeczne, kulturowe - przestały ze sobą współpracować. Zaczęły się wręcz zwalczać z taką zaciekłością, jakby celem nie było przetrwanie całości, ale całkowita anihilacja „tego drugiego”.

Staliśmy się kilkoma wrogimi sobie bytami, zamieszkującymi to samo terytorium, ale oddychającymi inną, swoją własną nienawiścią. Jeśli nie myślisz tak jak „my”, nie masz prawa do podmiotowości. Jesteś albo „onucą”, albo „zdrajcą”, albo „ciemnogrodem”, albo „lewacką czy prawacką zarazą”. Flaga przestała być dachem, pod którym wszyscy się chronimy. Stała się kijem, którym jedni okładają drugich po głowach, wykrzykując przy tym hasła o jedności, której sami nienawidzą.

Najgorsza generacja polityczna w dziejach

Wyhodowaliśmy najgorszą generację polityków, jaką ta ziemia nosiła przynajmniej od czasów przedrozbiorowych. Nie wskazuję palcem na jedną partię, bo to byłoby zbyt proste, zbyt naiwne. Mówię o klasie politycznej jako przeważającej większości - o tej kastowej, zabetonowanej strukturze, która wyzuła się z jakiegokolwiek poczucia odpowiedzialności za dobro wspólne.

Ci ludzie odmieniają słowa „Polska” i „polskość” przez wszystkie przypadki, żonglują nimi cynicznie, jak cyrkowiec piłeczkami, tylko po to, by ugrać kolejny procent w sondażu lub zabezpieczyć stołek w radzie nadzorczej, czy zarządzie spółki skarbu państwa dla swoich dworzan. Wspólnota? To dla nich pojęcie abstrakcyjne, przydatne jedynie w spotach wyborczych lub jeśli prawdziwe to ograniczające się jedynie do własnego politycznego plemienia. Wartości, które mają na ustach stały się pustymi sloganami. Wykorzystują je jako ścierki, którymi wycierają brudy swoich afer, zmieniając najświętsze pojęcia w zhańbione, cuchnące zwroty, od których uczciwy człowiek chce odwrócić wzrok.

Państwo w stanie rozkładu

Nie wierzę w ich patriotyzm. Żadnego z nich. Widzę tylko bezgraniczny narcyzm i walkę o wpływy. Nasza Konstytucja, dokument, który powinien być fundamentem i bezpiecznikiem, stała się dla nich wychodkiem. Szyderczo traktują ją jako miejsce, w którym załatwia się potrzeby fizjologiczne, jednocześnie wycierając sobie nią usta, gdy trzeba oskarżyć przeciwnika o jej łamanie.

Doszliśmy do momentu, w którym organy państwa przestały się nawzajem uznawać. To jest sytuacja precedensowa w cywilizowanym świecie. Rząd nie uznaje trybunałów, sędziowie nie uznają innych sędziów, a zaplecze partii rządzącej jeszcze niedawno wzywało do tego, by nie zaprzysięgać wybranego w powszechnych wyborach Prezydenta RP. To nie jest spór polityczny - to jest już niespotykana w świecie cywilizowanym anarchia.

Trzeba być jednak uczciwym: to zepsucie, ten proces gnilny, nie zaczął się wczoraj. On nabrał przerażającego przyspieszenia za rządów obecnej opozycji, czyli Prawa i Sprawiedliwości. To wtedy rzucono ziarno pogardy dla procedur i instytucji, które teraz kiełkuje w jeszcze bardziej potwornej formie. Dzisiaj obie strony „konfliktu” - PiS i PO - gdyż to te dwie partie są najbardziej odpowiedzialne za zepsucie Państwa, rządzą w ten sam, niemal gangsterski sposób. To nie jest spór o wizję państwa; to jest brutalna wojna gangów o terytorium, wpływy i dusze poddanych.

Media państwowe jako broń

Spójrzmy najpierw na to, co uczyniono z przestrzenią słowa. Media publiczne, które w teorii miały być agorą, miejscem spotkania i rzetelnej informacji, zostały przekształcone w potężne, parujące od nienawiści laboratoria inżynierii społecznej. To już nie są redakcje – to oblężone twierdze, z których codziennie, o stałych porach, wylewa się na naród toksyczna breja.

Niezależnie od tego, kto aktualnie trzyma klucze Telewizji Polskiej czy Polskiego Radia, metoda pozostaje ta sama: czyli totalne zawłaszczenie przekazu. Obserwujemy cyniczną zmianę ról, gdzie dziennikarze stają się oficerami politycznymi, a informacja ustępuje miejsca prymitywnej indoktrynacji. To proces infekowania umysłów, w którym prawda nie jest celem, lecz przeszkodą. Tworzy się alternatywne rzeczywistości, w których przeciwnik nie jest oponentem, którego należy przekonać, lecz monstrum, które trzeba zohydzić i wykluczyć ze wspólnoty. To „tuba propagandowa” w swoim najbardziej pierwotnym, niemal biologicznym wydaniu - mechanizm, który ma nie tyle informować, co utrzymywać widza w stanie permanentnej gorączki, w stanie nieustannego lęku i pogardy.

Folwark zamiast wspólnoty

Dla rządzących kast Spółki Skarbu Państwa przestały pełnić rolę narzędzi rozwoju kraju, stając się zamiast tego prymitywnym łupem wojennym, dzielonym bez cienia wstydu przy partyjnych stolikach. Każda kolejna ekipa wchodzi do zarządów i rad nadzorczych z listą wiernych funkcjonariuszy, dla których jedyną realną kwalifikacją jest partyjna legitymacja i gwarancja bezwzględnego posłuszeństwa. To systemowe żerowisko „swoich” doprowadziło do sytuacji, w której strategiczne sektory gospodarki są zarządzane przez ludzi bez elementarnych kompetencji, za to z nienasyconym apetytem na publiczne pieniądze. Państwo w tej wizji nie jest już dobrem wspólnym, lecz wyeksploatowanym folwarkiem, z którego każda kasta polityczna próbuje wyszarpać jak największy kęs, zanim nadejdzie czas kolejnej zmiany warty.

Budżet państwa czy targowisko lojalności

Mechanizm wyprowadzania miliardów do nieprzejrzystych funduszy celowych stał się cynicznym sposobem na omijanie jakiejkolwiek kontroli parlamentarnej czy społecznej. Te finansowe „księstwa” funkcjonują w mroku, z dala od rygorów jawności, pozwalając władzy na arbitralne dysponowanie publicznymi środkami bez konieczności rzetelnego tłumaczenia się z faktur. W praktyce mamy do czynienia z gigantycznym targowiskiem lojalności, na którym za pieniądze podatników opłaca się partyjne koterie, karmi zaprzyjaźnione struktury i cementuje wpływy własnych klik. Takie zarządzanie wspólnym portfelem ostatecznie niszczy zaufanie do instytucji, zmieniając budżet państwa w pustą dekorację, za którą kwitnie ordynarne kupczenie narodowym majątkiem.

Tresura dusz zamiast polityki

Największą jednak zbrodnią tego duopolu jest to, co zrobiono z polską duszą. To już nie jest polityka tylko ordynarna tresura. Zarządzanie emocjami zostało doprowadzone do perfekcji, stając się formą mrocznej alchemii, która zamienia naturalne ludzkie odruchy w czystą, destrukcyjną energię.

Obie strony tego konfliktu nauczyły się, jak naciskać odpowiednie guziki w naszych głowach, byśmy przestali myśleć, a zaczęli jedynie reagować. Wyborca ma być jak pies Pawłowa: na dźwięk odpowiedniego nazwiska ma dostawać ataku wściekłości, a na widok partyjnego logo - spływać błogim poczuciem bezpieczeństwa. Doprowadzono do sytuacji, w której „nasz” wyborca zaakceptuje każde świństwo, każde kłamstwo i każde złodziejstwo „swoich”, o ile tylko zostanie ono odpowiednio opakowane w retorykę wyższej konieczności lub walki z „totalnym złem”.

Z drugiej strony – przeciwnikowi odmawia się prawa do jakiejkolwiek racji. Po drugiej stronie barykady nie widzi już oponenta, lecz egzystencjalne zagrożenie i uosobienie absolutnego zła, z którym nie wolno nawet zasiąść do jednego stołu. To jest stan permanentnej wojny psychologicznej, w której my - szaraczki jesteśmy jedynie mięsem armatnim, a nasze emocje paliwem dla liderów sekt – bo tak dziś trzeba nazwać ugrupowania polityczne. Czy to jest jeszcze demokracja, w której ścierają się poglądy; czy już jednak klatka, w której ktoś nas zamknął i nieustannie na siebie szczuje?

W oparach absurdu: Wszyscy agentami Putina

Najbardziej groteskowym, a zarazem najniebezpieczniejszym elementem tej gry jest licytacja na „rosyjską agenturę”. Słucham dzisiejszych wiadomości i przecieram oczy ze zdumienia. Premier oskarża Prezydenta o sprzyjanie interesom Kremla. Prezydent oskarża Premiera o bycie narzędziem Putina. Liderzy opozycji widzą agentów w rządzie, rząd widzi ich w opozycji.

Zastanówmy się nad tym przez chwilę: jeśli oni wszyscy mają rację, to znaczy, że Polską rządzi w całości rosyjska agentura. Jeśli Premier, Prezydent i szefowie największych partii są ludźmi Moskwy, to państwo polskie już nie istnieje - jest tylko dekoracją w rosyjskim teatrze cieni. A jeśli tak, to obie Konfederacje muszą być w tej logice jakimś mitycznym rdzeniem GRU.

To wszystko poszło o wiele za daleko. Przekroczyliśmy granicę, za którą nie ma już powrotu do normalnej debaty. Jeśli kogoś oskarżasz o zdradę stanu, to jedynym wyjściem jest proces i więzienie, a nie dalsza kłótnia w studiu telewizyjnym. Ale oni tego nie zrobią, bo te oskarżenia to tylko pałka do bicia. Najgorsze jest to, że kilkadziesiąt procent Polaków wierzy w te brednie absolutnie. Daliśmy się wpędzić w zbiorową paranoję, w której każdy sąsiad o innych poglądach jest potencjalnym szpiegiem. To jest fundament pod wojnę domową, a nie pod silne państwo.

Rząd z kartonu straszy wojną

I ci sami ludzie, którzy wyzywają się od agentów Putina, codziennie straszą nas wojną. Premier rzuca lekko, że konflikt może wybuchnąć za kilka miesięcy. Ministrowie prężą muskuły przed kamerami, opowiadając o „strefach bezpieczeństwa” i „wielkich programach zbrojeniowych”. To są słowa rzucane na wiatr, słowa głupie i nieodpowiedzialne, za które nikt nie bierze odpowiedzialności. A my? My nawet się już nie oburzamy. Przyjmujemy to z tą samą apatią, z jaką sprawdza się prognozę pogody.

Jeśli jednak wojna rzeczywiście ma wybuchnąć w ciągu miesięcy, to pytam: co realnie robi rząd i parlament, by nas przed nią zabezpieczyć? W mediach trwają kłótnie o miliardy na systemy, których nie zobaczymy przez dekadę, a tymczasem polski żołnierz wciąż musi kupować sobie własne buty, kamizelki czy pasy taktyczne, bo to, co daje mu państwo, nadaje się do muzeum, a nie na współczesne pole walki. Państwo, które nie potrafi wyprodukować porządnego obuwia dla własnej armii, śmie pouczać innych o potędze militarnej.

Gdzie jest rozwinięcie mobilizacyjne? Gdzie są realne ćwiczenia rezerwy, a nie tylko papierowe wezwania? Jak wygląda system obrony cywilnej? Gdzie są schrony dla ludności cywilnej w razie bombardowań? Odpowiedź jest bolesna: to wszystko leży w gruzach. Jesteśmy krajem z kartonu, który na froncie medialnym wygrywa każdą bitwę, a w rzeczywistości nie potrafi zapewnić podstawowego bezpieczeństwa swoim obywatelom.

Politycy zagarniają nasze świętości, by wzywać nas do „ofiary krwi” za kraj, w który sami nie wierzą. Oni nie kochają Polski - oni kochają władzę nad Polakami. Boją się, że będziemy musieli umierać, ale tylko dlatego, że to zakłóci ich luksusowe życie. A jeśli do tego dojdzie, będą czerpać z naszej śmierci satysfakcję, by później znów wycierać sobie gęby naszą ofiarą przy okazji kolejnych rocznic.

My, Polacy – architekci własnego upadku

Ale nie mogę winić tylko ich. To byłoby zbyt proste zwolnienie się z odpowiedzialności. To my, Polacy tu na dole, musimy spojrzeć w lustro. To my postawiliśmy tych ludzi na czele państwa. To my daliśmy im mandaty do sprawowania władzy, raz po raz wybierając mniejsze zło, które z czasem stało się złem totalnym.

Wiem, system został tak skonstruowany, by ich na górze zabezpieczać. Ordynacja wyborcza, betonowanie sceny politycznej, finansowanie z budżetu - to wszystko sprawia, że nowa, zdrowa siła ma nikłe szanse na przebicie. Ale to my daliśmy się ponieść ich kłamstwom. Z jakąś perwersyjną chęcią wierzymy w ich obietnice, w ich wskazywanie winnych, w ich prostackie wizje świata.

To my staliśmy się największymi wrogami Polski. Nasza zawiść, nasza niechęć do współpracy, nasze „moje musi być na wierzchu” doprowadziło nas do tego miejsca. Czy to jest specyfika naszych czasów? A może zawsze tak było? Czy w polskim kodzie genetycznym zapisany jest jakiś gen niszczenia własnego państwa, przy jednoczesnym deklarowaniu najgorętszej miłości do niego? Kochamy Polskę abstrakcyjną, historyczną, wyobrażoną, ale nienawidzimy Polski realnej, tej, która wymaga codziennego kompromisu, pracy u podstaw i szacunku dla drugiego człowieka.

Jesteśmy jak naród z „Wesela” Wyspiańskiego - pijani własnymi mitami, kłótliwi i niezdolni do czynu, gdy przychodzi moment próby. Tylko że tym razem złoty róg nie leży w trawie, on został dawno sprzedany na aukcji, by załatać dziurę w budżecie jakiejś partii.

Podsumowanie

Nie powiesiłem flagi, bo flaga to symbol suwerenności, a my tę suwerenność oddajemy dobrowolnie - nie obcym mocarstwom (choć i to się dzieje), ale własnym demonom. Nie powiesiłem flagi, bo czuję, że zostałaby ona zbrukana przez spojrzenia tych, którzy przechodząc ulicą, od razu szukaliby w niej znaku przynależności do konkretnej partii, zamiast znaku przynależności do narodu. Nie powiesiłem flagi, bo serce mi pęka, gdy widzę, jak kraj o tak wspaniałej i bolesnej historii marnuje swoją szansę na bycie normalnym, silnym i mądrym państwem przez małostkowość ludzi małego formatu.

To jest mój protest. Cichy, domowy, niemal intymny, ale dla mnie najbardziej radykalny. Nie mogę udawać, że wszystko jest w porządku. Nie mogę brać udziału w tym spektaklu, w którym biało-czerwone barwy służą jako dekoracja do wzajemnego opluwania się.

Polska to coś więcej niż ta klasa polityczna. Polska to coś więcej niż obecne kłótnie. Ale dopóki my, obywatele, nie zrozumiemy, że flagę wiesza się z szacunku do państwa, a nie z nienawiści do przeciwnika, dopóki nie wymusimy na tych, którzy nami rządzą, elementarnej przyzwoitości - flaga w moim domu pozostanie sobie u mnie w domu. Poczeka na lepsze czasy, bo a nuż kiedyś jednak nadejdą. 

Piotr Gdula
O mnie Piotr Gdula

Byłem przedsiębiorcą, dziennikarzem, żołnierzem dziś tworzę serwis Kolor Przemyśla, gdzie staram się rozpropagować w Polsce wiedzę o moim mieście i regionie

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (14)

Inne tematy w dziale Polityka