Polska odmówiła wizy byłemu szefowi czeczeńskiego rządu na emigracji Ahmedowi Zakajewowi. 23 grudnia ub. r. Sąd Okręgowy w Warszawie umorzył śledztwo w sprawie jego ekstradycji do Rosji. 27 stycznia (czwartek) ma się odbyć posiedzenie odwoławcze Sądu Apelacyjnego. Zakajew zamierzał stawić się na tym posiedzeniu.
Wydaje się, że to jedna z ostatnich z odsłon, jeśli nie ostatnia, spektaklu firmowanego przez wojownika czeczeńskiego. Od początku jego pobyt w Polsce był kłopotliwy, ze względu na dychotomię między tym, jak sami Polacy postrzegają siebie a interesem Polski w zaistniałej, nowej sytuacji politycznej. Pamięć niedawnego losu państwa zależnego od ZSRR, kłóci się z pomysłem wydania przedstawiciela narodu, będącego w podobnej sytuacji, bezpośrednim spadkobiercom hegemona. Rząd, który tak postępuje może tracić w oczach wyborców.
Polskie media nigdy się o tym nie zająknęły, rosyjskie i owszem. O Zakajewie zawzięcie i owocnie dyskutowali ministrowie spraw zagranicznych Rosji i Polski podczas zeszłorocznego, wrześniowego spotkania. Ławrow z Sikorskim ustalili, że Czeczen nigdy więcej nie dostanie pozwolenia na wjazd na terytorium Polski. Stał się persona non grata na terytorium naszego kraju. Tego typu uciążliwość zgotowano komuś, kto deklaruje chęć pokojowego rozwiązania problemu Czeczenii.
Czy mogła to być jedna z kart przetargowych w grze, której stawką jest ocieplenie polsko-rosyjskie, może raport ze śledztwa smoleńskiego? Tak czy inaczej dotrzymujemy słowa. W polityce unika się sądów wartościujących. Zawsze jednak można pytać – czy warto?


Komentarze
Pokaż komentarze (28)