Piotr Sobieski Piotr Sobieski
256
BLOG

Dubieniecki i inni

Piotr Sobieski Piotr Sobieski Polityka Obserwuj notkę 2

Kilka lat temu „oświecony” „prezydent tysiąclecia” Lech Kaczyński, pełniący wówczas funkcję prezydenta Warszawy, zareagował dość nerwowo, gdy podszedł do niego zbyt blisko jeden z mieszkańców stolicy i coś mu szepnął na ucho. Ten, oburzony obrzucił go groźnym spojrzeniem, przed którym nie tylko obywatele stolicy drżeli ale również wysokiej rangi wojskowi, a zwłaszcza piloci, i rzekł mu, jak na prezydenta przystało „odejdź dobry człowieku”.

„Prezydent tysiąclecia” to termin używany przez środowiska zbliżone do Lecha Kaczyńskiego i obrońców krzyża. Zastanawia mnie jednak jaka idea przyświecała komuś, kto wymyślił ten kalambur historyczno-epopeiczny?. W 1011 r. instytucja prezydenta nie istniała nie tylko na ziemiach zajmowanych obecnie przez Polskę, ale nigdzie w świecie władza nie korzystała z podobnych rozwiązań instytucjonalnych, ani nawet zbliżonych. To głębokie średniowiecze. Polska była wówczas 56 lat po swoim chrzcie, a królewskie berło dzierżył dopiero Bolesław Chrobry. Nie jest dla mnie jasne, czy Kaczyński ma być na miarę Chrobrego, czy może wcześniejszego władcy Polski – Miszka I? Instytucja prezydencka w Polsce pojawiła się dopiero w okresie międzywojennym, a pierwszym prezydentem, ściśle rzecz ujmując, był Gabriel Narutowicz (1922). Wcześniej, w okresie od 1918 r. do 1922 r., urząd Naczelnika Państwa pełnił Józef Piłsudski. Był to wówczas urząd głowy państwa polskiego, jednak trzeba pamiętać, że prerogatywy i uprawnienia Naczelnika miały wtedy charakter przejściowy, do momentu uchwalenia Konstytucji. Uzasadnione byłoby zatem, przy zachowaniu całej megalomanii Kaczyńskich, użycie sformułowania „prezydent stulecia” albo „władca tysiąclecia”. Ale sami autorzy „prezydenta tysiąclecia” czuli chyba, że z tym władcą to trochę nie tak, skorzystali więc ze sformułowania, które mimowolnie bardzo dobrze nawiązuje do stanu faktycznego: „prezydent tysiąclecia” czyli jakby nikt.

Wracając jednak do głównego wątku: Niejaki adwokat Marcin Dubieniecki, wżeniony w prezydencką rodzinę, zasłynął dosyć oryginalnymi poglądami, a także sposobem zwracania się do bliźniego, jako żywo przypominającym klasyka. W rozmowie telefonicznej z dziennikarzem „Dziennika Bałtyckiego” zwrócił się do niego: „niech pan się ode mnie odp…”. Teraz rozumiem w jaki sposób prezydent Kaczyński i adwokat Dubieniecki znajdowali wspólny język. Prócz miłości własnej, oraz wspólnej – ojcowskiej i mężowskiej – do Marty, łączyła ich również niechęć do obwiesiów, cyklistów i dziennikarzy. Dubieniecki nawet poszedł dalej, bo chciał lać w mordę swojego rozmówcę, ale przez telefon to niemożliwe. Skończyło się zatem na perswazji słownej. Wygląda jednak, że frustracja Dubienieckiego, którego prezes Jarosław Kaczyński za nic nie chce dopuścić choćby do najdrobniejszej funkcji partyjnej, jest tak duża, że grozi mu jakiś poważniejszy wybuch. Wyraźnie nie chce grać wyznaczonej mu roli statecznego ojca katolickiej(?) rodziny, męża swojej żony, która zajmuje się wychowaniem dzieci. Ta sielanka nie dla niego. On chce mięcha politycznego!. Zmienił przecież po to poglądy, wżenił się w rodzinę, która dawała największe szanse na szybkie dojście do władzy. Po to wymyślał najbardziej obłędne teorie wyjaśniające przyczynę katastrofy smoleńskiej. A tu brat teścia stoi mu na drodze. Stoi jak głaz i ani drgnie. I nic z tym nie da się zrobić. Wątpię aby prezes Kaczyński ustąpił. To już taki typ.

Dubieniecki chcąc nie chcąc musi się pogodzić z losem, albo poszukać szczęścia gdzie indziej. Nie tylko on chciałby zaszczytów i funkcji państwowych, za którymi kryje się realna władza. Na głos przecież wyrażał aspiracje do teki premiera. Kaczyński także marzy o powrocie na najwyższe polityczne salony. Od momentu, gdy stracił władzę, o niczym innym nie myśli, a tylko jak ją odzyskać. Na miejscu premiera bardziej widzi siebie niż Dubienieckiego. Tak to przynajmniej wygląda. Frustracja to zatem typowy stan dla partii i otoczenia Jarosława Kaczyńskiego. Typowy dla całej tej rodziny. Wydaje się, ze przegrana weszła im w krew. Muszą ją akceptować i z tym żyć, bo nie wygląda aby w najbliższych wyborach parlamentarnych miało być inaczej. Kaczyński dość już wystraszył swoimi metamorfozami ewentualny, niezdecydowany elektorat, o który toczy się gra w każdych wyborach. Pozostaje mu to co zwykle, a to za mało aby wygrać, choć inni mogą o takim wyniku jedynie pomarzyć. Dubieniecki jest więc, czy chce czy nie, twarzą Prawa i Sprawiedliwości. Ma przed sobą przeszkodę, której nie potrafi przezwyciężyć, a żeby zacząć od nowa jest za bardzo zaangażowany w rodzinę Kaczyńskich i zbyt gorliwie pracował na wizerunek własny w coraz mniej go lubiących mediach.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (2)

Inne tematy w dziale Polityka