48 obserwujących
336 notek
376k odsłon
  389   1

Rosół z gołąbka

Z Mamą na spacerze. Rzeszów, ulica 3-go Maja, połowa lat 50.
Z Mamą na spacerze. Rzeszów, ulica 3-go Maja, połowa lat 50.

– Były kalikatury. I taka czarna małupa – opowiadał mi Janusz z przejęciem. Przystanęliśmy w rogu podwórka, nieopodal wejścia do mieszkania jego rodziców, blisko wysokiego, ciemnego ogrodzenia. Po drugiej stronie, na terenie sąsiedniej posesji stał barak stolarni, w którym produkowano trumny dla zakładu AETERNITAS. – Na czele ze szturmówkami szli sportowcy, za nimi na wyścigówkach, z kołami ozdobionymi kolorową bibułką wetkniętą między szprychy, jechali kolarze... A po pochodzie zjadłem parówkę z bułką i musztardą, na tekturowej tacce – Janusz wyłuszczał powody, dla których nigdy nie opuszczał takich świetnych okazji, a ja smętnie uświadamiałem sobie, jak wiele tracę, rezygnując z arcyciekawego widowiska.

Mniejsza już o pochód, ale ileż to ja się naprosiłem, żeby mama kupiła mi choć raz pudełko sztucznego miodu albo pozwoliła spróbować oranżady w proszku. Gdzie tam! „Tego się nie jada” – słyszałem zawsze stanowczą odpowiedź. Oranżady, zlizywanej z wnętrza dłoni, spróbowałem dopiero znacznie później, gdy kiedyś na dużej przerwie wybiegliśmy z kolegami ze szkoły do pobliskiego sklepiku przy Turkienicza. Ale smak zakazanego cymesu mnie rozczarował, tylko palce długo lepiły się do pobrudzonej na pomarańczowo dłoni.

Zdarzało mi się, zanim jeszcze zacząłem naukę w szkole, zachodzić czasem do sąsiadki z tego samego piętra. Ta młoda kobieta, żona technika dentystycznego, nie miała jeszcze własnych dzieci i może dlatego chętnie mnie zapraszała. Albo czuła się trochę osamotniona, bo mąż, nie tylko wzięty protetyk, lecz także zapalony myśliwy, sporo czasu spędzał na polowaniach. Ich mieszkanie, niewiele mniejsze od tego w części zajmowanego przez rodziców, miało swój wyczuwalny klimat. I, co istotne, żadnych dodatkowych lokatorów z kwaterunku. Dysponowało za to niezbyt może wielkim, ale jedynym balkonem od frontu, który znajdował się w samym centrum fasady kamienicy pod numerem dwadzieścia. Z tego balkonu, o dość wyszukanym kształcie, widać było całą ulicę Trzeciego Maja... I ów balkon, tuż obok okna, na którego parapecie najczęściej się bawiłem, bardzo mnie pociągał.
Owszem, po mieszkaniu sąsiadów również rozglądałem się z zaciekawieniem, ale bardziej niż bibeloty czy wypchane ptaki, które pokazywała mi sąsiadka, moją uwagę przyciągały wtedy piękne meble oraz sprzęty nieznanego przeznaczenia. Po latach dowiedziałem się, że jej mąż był przed wojną jakoś związany ze Lwowem i że świetnie preparował ptaki. Jego unikatowa, licząca blisko dwieście okazów kolekcja znajduje się teraz w muzeum w Bytomiu.  

Na podeście głównej klatki schodowej, tej od frontu, drzwi wejściowe do mieszkania państwa Hanzlów były vis à vis naszych, solidnych zamykanych na zatrzaskowy zamek yale. Trzecie drzwi, rzadko używane, prowadziły do gabinetu-pracowni sąsiada. Ale jego żona zapraszała mnie zwykle, gdy urzędowałem na zewnątrz, bo z ich kuchni, podobnie jak z naszej, wychodziło się na ganek pierwszego piętra, biegnący nad podwórkiem wzdłuż całej, załamanej pod katem prostym wewnętrznej elewacji kamienicy Koguta.  

Drugie piętro kamienicy wcale nie ustępowało pierwszemu: oprócz charakterystycznych wykuszy, zdobiących skrajne, potrójne okna fasady frontowej, od podwórka też miało swój, równie długi ganek. To zresztą była konieczność, gdyż do mieszkań w oficynie można się było dostać jedynie z ganku, po wejściu na pierwsze czy drugie piętro, dzięki węższym i skromniejszym niż frontowe schodom kuchennym, które łączyły niewielkie, nieco zatęchłe piwnice z mrocznym, ale suchym, przestronnym strychem. W tym pionie jedynie mieszkający na parterze rodzice Janusza wchodzili do swego lokum bezpośrednio z podwórza, pokonując ze trzy niezbyt wysokie stopnie. Dla rodziny Ptasia i Lalusi oraz dla lokatorów mieszkających nad nimi klatka kuchenna stanowiła jedyną drogę do domu.

Szło akurat ku wiośnie. Byłem właśnie w mieszkaniu sąsiadów z przeciwka, gdy usłyszałem komunikat radiowy o śmierci „wielkiego przyjaciela dzieci”. Pamiętam, że zrobiło mi się wtedy smutno, bardzo smutno, chyba nawet poczułem łzy pod powiekami... Miałem tylko pięć lat i cztery miesiące, nie zdołałem się jeszcze uodpornić na wszechobecną propagandę. Dzieciom, zbyt małym, by rozumiały konieczność trzymania języka za zębami, przezornie szczędzono wiedzy o zbyt drastycznych aspektach ówczesnej rzeczywistości. Czujność klasowa, do której powszechnie wzywały afisze, gazety i komunikaty radiowe, miała swój wyraźny wzorzec osobowy. „Ach, być jak Pawlik Morozow!”.

Cywilizacja donosu? Owszem, losy bliskich Pawlika przerażały. Natomiast on sam jako delator-ochotnik budził zrozumiałą, dość powszechną odrazę. Dopóki jednak brakło pewności, że dziecko w pełni pojmie perfidię zastawianej nań przez system pułapki, że zdoła dostrzec, iż między mocnym nakazem bycia prawdomównym a odmową udzielenia nienależnej prawdy oprawcom wbrew pozorom żadna sprzeczność nie zachodzi, starano się unikać zbędnego ryzyka. Tak, po Stalinie jeszcze zapłakałem. Ale w trzy lata i tydzień później podpadłem już politycznie. Chyba na dobre.
 
*
We wczesnym dzieciństwie podwórko nie oferowało mi zbyt wielkich atrakcji. Janusz z parteru wnet znalazł sobie jakieś lepsze, bo rówieśne towarzystwo. Dozorca Walenty, Walentowa, ani ich schorowana córka panna Lusia, nie wchodzili raczej w grę. A na atrakcyjność Moniki z przeciwka, która mieszkała z rodzicami w okazałej kamienicy, na rogu Trzeciego Maja i Jagiellońskiej, miałem zwrócić uwagę dopiero za kilka lat. Dlatego jedną z większych atrakcji były prawie codzienne wyprawy z mamą na tzw. rynek, czyli na plac targowy, zlokalizowany niedaleko od naszej kamienicy, na dość sporej, niezabudowanej jeszcze parceli za sklepem państwa Liwów, kinem Apollo i piekarnią pana Krupy.  

Lubię to! Skomentuj18 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości