1 obserwujący
22 notki
15k odsłon
  79   0

Jak wybrać pole walki?

Historia wojskowości uczy nas, że wynik potyczki zależy w dużej mierze od wyboru pola bitwy. Niejeden wódz miał większą armię niż przeciwnik, lepsze uzbrojenie, silnego ducha walki, wybitnych doradców, a mimo to kończył „na tarczy” – bo nieodpowiednio przemyślał, gdzie spotkać się ze swoim wrogiem.

Drapię się po swojej łysinie, zastanawiając, czy aby historia rzeczywiście jest nauczycielką życia. Kilka dni temu opozycja, z aktywnym udziałem samorządowców, obwieściła bowiem kolejną szansę na wygraną batalię w kampanii o władzę. Tym razem ma nią być podpisanie porozumienia w sprawie Obywatelskiej Kontroli Wyborów. Jego celem jest przeciwdziałanie możliwym nieprawidłowościom wyborczym. Zamysł jest prosty do zdefiniowania – jednym ruchem sugeruje się, że nadchodzące wybory są zagrożone jakimiś aberracjami, oferując równocześnie siebie w roli strażników demokracji i przejrzystości.

Nawet ciekawe, tylko czy rzeczywiście mamy z tym w Polsce realny problem? Czy ludzie budzą się rano z pierwszą myślą, co zrobić, żeby wybory w naszym kraju przebiegały demokratycznie? Nie sądzę.  

Wspomniana inicjatywa to kolejny nieudany wybór pola walki. Wcześniejsze też budzą moje wątpliwości. Przykład pierwszy z brzegu – liberałowie, przez całe lata deklarujący prymat wolnego rynku nad wsparciem państwa, proponują kontynuację rządowych programów socjalnych. Ci sami ludzie, którzy nie mieli problemu z wyprzedawaniem przez dekady majątku skarbu państwa, dziś apelują o wstrzymanie tej czy innej decyzji biznesowej w trosce o zachowanie zasobów. Albo zaskakująca deklaracja odbudowy infrastruktury Polski powiatowej, złożona na ostatniej konwencji najważniejszej partii opozycyjnej. Tej samej, która w czasach swoich rządów rozmontowywała powiaty i gminy z energią godną lepszej sprawy.

Oczywiście można uznać, że wyborcy mają krótką pamięć. Można też szukać lepszego pola walki. Takiego, które zapewni przynajmniej porównywalne szanse w starciu.

Tyle, że to wymaga strategii. Słowa, wydaje się, zapomnianego dziś przez polityków. Pochodzące z greckiego „strategos”, oznacza wysokiej rangi wodza przejmującego dowództwo na czas wojny. Problemem nie jest znalezienie jednej czy nawet kilku osób, które podejmą się takiego niełatwego wyzwania. Widać to wyraźnie w obozie opozycji, która cierpi wręcz na nadmiar kandydatów do bycia liderem – oprócz najbardziej znanego Donalda Tuska mamy przecież szefów innych partii, a od niedawna do grona potencjalnych strategosów aspirują nawet nasi lokalni włodarze. Kłopot tkwi po prostu w braku strategii.

Tę nieumiejętność wyznaczenia drogi prowadzącej do odległego celu, a co ważniejsze, trzymanie się jej konsekwentnie, obserwuję od dawna nie tylko w świecie polityki. Wiele organizacji ma z tym taki sam problem. W rozedrganym świecie, w jakim funkcjonujemy, gdzie liczba informacji i bodźców przekracza wszystkie wcześniejsze doświadczenia historii, nie posiadając strategii, bardzo łatwo jest pomylić elastyczność zarządzania z chaotycznym rzucaniem się z tematu na temat. Takie działanie rodzi w konsekwencji poczucie zagubienia zarówno u tych, do których mówimy, jak i u tych, którzy są „naszą armią”. Posiadanie strategii wymaga jednak wcześniejszej, pogłębionej pracy nad tym, co tak naprawdę chcemy zmienić – odpowiedzi na pytanie, o co walczymy?

A z tym jest największy problem, bo jeśli mamy wypracowaną ideę, zamkniętą w spójne i zrozumiałe ramy, to ciężko dopraszać do niej kolejnych partnerów, budując koalicję i nie tracąc równocześnie tożsamości. Sama wola zwycięstwa i dorwania się do władzy po prostu nie wystarcza.


Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale