Ostatnio wspominałem o fatalnej wypowiedzi Benedykta XVI, który podczas pobytu w Brazylii wspomniał, że masowa chrystianizacja Indian "nie oznaczała w żadnym wypadku wyobcowania kultur prekolumbijskich, nie była też narzucaniem obcej kultury". Przeciwko tej skandalicznej wypowiedzi katolickiego hierarchy protestowali politycy, teolodzy i stowarzyszenia indiańskie.
Pod wpływem krytyki papież postanowił złagodzić skutki swojego wystąpienia i podczas środowego spotkania na placu św. Piotra w Rzymie powiedział: "Nie możemy zamykać oczu na wiele rozmaitych cierpień i niesprawiedliwości, które towarzyszyły kolonizacji, ale Ewangelia wyraża tożsamość ludów Ameryki Łacińskiej". Dodał też, że prawa Indian były deptane przez kolonizatorów. Watykaniści odczytali to jako korektę niefortunnego wystąpienia z Aparecidy.
A mój skromny komentarz w tej sprawie? Doceniam gest Benedykta XVI i próbę naprawienia swojego błędu. To budzi szacunek. Niestety z drugiej strony w środowej wypowiedzi papieża pobrzmiewa echo niepokojącej akceptacji dla procesu przymusowej chrystianizacji Indian, a przede wszystkim dla jej skutków. Zaskakuje również wskazanie jako winnych wyłącznie kolonizatorów, bez zwrócenia uwagi na uwikłanie Kościoła w hiszpańską i portugalską politykę ekspansji. Zatem był okres "błędów i wypaczeń", ale wszystko skończyło się dobrze. O tym, jak bardzo biskup Rzym się myli, świadczy 150 tysięcy wiernych - zamiast spodziewanego miliona - na celebrowanej przez niego mszy św. podczas pobytu w Brazylii...


Komentarze
Pokaż komentarze (6)