77 obserwujących
263 notki
208k odsłon
  766   0

Gunter Grass i mądrość etapu

http://niepoprawni.pl/files/images/Gunter_Grass-Co_musi_zosta%C4%87_powiedziane.jpg

W przypadku „wiersza” Guntera Grassa mamy do czynienia ze strojącym się w szaty bezkompromisowości czystej wody konformizmem.


I. Lifting przywiędłej sławy

Wierszydło Guntera Grassa, które narobiło ostatnio tyle zamieszania nie jest świadectwem „antysemityzmu” autora, jak chcieliby jego przeciwnicy, ani tym bardziej wyrazem nonkonformizmu tudzież odwagi intelektualnej, jak pragnęliby widzieć to jego zwolennicy. Ten niby-wiersz noblisty jest ni mniej ni więcej, tylko próbą podlansowania się na lewicowych salonach. Próbą dość żałosną, dodajmy, jak niemal zawsze, gdy znakomita niegdyś postać życia publicznego próbuje na siłę dokonać liftingu przywiędłej ostatnimi czasy sławy. Grass (co by o nim nie sądzić w innych sprawach) wybitnym pisarzem był, tym bardziej więc szkoda, że postanowił o sobie przypomnieć za pomocą tabloidalnej wręcz metody, jaką jest sztucznie wygenerowany, wykalkulowany na zimno pseudo-skandal.

II. Niby-wiersz

Zanim jednak przejdę do uzasadnienia powyższej tezy, słów parę o samym utworze, który nazwałem przed chwilą „niby-wierszem”. To nie jest poezja. Pozwolę sobie to stwierdzenie zilustrować przykładem, przechodząc na chwilę na formułę „poezji” a la Grass:

Fakt, że Grass zdecydował się na właśnie taką formę

upublicznienia swych politycznych wynurzeń -

wynurzeń drugiej świeżości,

jest pierwszym fałszem,

jaki rzuca się w oczy

i każe traktować całą resztę tej hucpy

z podejrzliwością.

Prawda, że poetycko to wygląda? ;) Niemniej, to że ktoś postanowił poszatkować jak najbardziej prozatorską wypowiedź na „wierszowato” wyglądające wersy nie czyni jeszcze tekstu poezją. W przypadku „Co musi zostać powiedziane” mamy zatem do czynienia z dość topornie napisanym felietonem; publicystyką nie najwyższego lotu, z miałkim, gazetowym przekazem o zaniechaniu przemocy i poddaniu kontroli międzynarodowej potencjału atomowego Izraela oraz irańskiego programu nuklearnego („Wiersz” Grassa zamieszczam pod tekstem – osądźcie sami).

Co zatem sprawiło, że pisarz, który powinien być wyczulony na tego typu literackie fałszywe nuty, zdecydował się na właśnie taki, rozstrojony akord? Sądzę, że postanowił przydać swojemu przesłaniu powagi, doniosłości. Gdyby te kilka zdań ukazało się w „Süddeutsche Zeitung” jako krótki felieton, wrzawa byłaby mniejsza, a banalność przemyśleń autora bardziej jaskrawa. Tymczasem wiersz... noo... cóż... noblista! Ten wysilony zabieg maskujący, mający uruchomić ciąg skojarzeń: „Grass-wiersz-LITERATURA-ważny głos w debacie”, poddaje nam wszakże kolejny trop interpretacyjny w rozwikłaniu tej awantury.

III. Lifting przywiędłej sławy – c.d.

I tu wracamy do zasygnalizowanej na wstępie tezy, że Grass postanowił „odświeżyć” nieco swą przykurzoną legendę i wizerunek. Otóż, gdańsko-niemiecki pisarz swoim tekstem złożył akces do polityczno-intelektualnych następców tzw. „nowej lewicy”.

Lewicowcem był od zawsze, nie wyłączając młodzieńczego epizodu w narodowo-socjalistycznej formacji jaką była Waffen SS, stanowiąca bardziej zideologizowany odpowiednik Wehrmachtu. Wszak, jak wspominał, powodowała nim chęć wyzwolenia się spod wpływu rodziców i drobnomieszczańskiej duchoty. Małostkowo dodam, że moment przyznania się noblisty jakoś tak zbiegł się z przewartościowaniem polityki historycznej Niemiec i coraz silniejszym podkreślaniem niemieckim „krzywd” zaznanych w wyniku II Wojny światowej. Timing jest wszystkim... Po wojnie Grass przeszedł na pozycje socjaldemokratyczne i „antyfaszystowskie” - i w tym duchu uprawiał swą rozliczeniową wobec okresu hitlerowskich „błędów i wypaczeń” twórczość, która przyniosła mu sławę, zaszczyty, status „autorytetu moralnego” i „sumienia Niemiec”, aż w końcu – literackiego Nobla. Lustrzane odbicie drogi życiowej prominentnych przedstawicieli naszej „salonowszczyzny” - od stalinistów, poprzez rewizjonistów, po „europejską” lewicę – że tak na marginesie zauważę.

To jednak melodia przeszłości, natomiast Grass pragnie być na fali i na czasie, a że talentu do autokreacji i wyczucia ducha epoki nigdy mu nie brakowało, więc postanowił przytulić się do obecnego lewactwa – duchowych spadkobierców „pokolenia 68”. I stąd właśnie to szokujące dla niektórych publicystyczne uderzenie w Izrael, przedstawienie go jako potencjalnie ludobójcze, agresywne atomowe mocarstwo. Stąd również bierze się nagły dąsik Autorytetu na szantaż moralny, jakim jest zarzut „antysemityzmu” mający stygmatyzować krytyków Izraela. Albowiem żydożerstwo (i to wcale nie wydumane), kamuflowane jako „antyizraelizm”, jest obecnie jednym z głównych wyznaczników tożsamościowych „antysystemowej” lewicy, podobnie jak poparcie dla świata islamskiego w jego walce z „małym” (Izrael) i „wielkim szatanem” (USA). Nie bez przyczyny „arafatki” są jednym z charakterystycznych elementów „stroju organizacyjnego” lewicowych środowisk na Zachodzie. Do nas zresztą również to dotarło – praca na niwie agit-propu towarzystwa kręcącego się wokół „Krytyki Politycznej” nie idzie na marne.

Lubię to! Skomentuj17 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale