Odkrycie, jak to z odkryciami bywa, banalne: w Polsce każdy jeden ma problem z akceptowaniem inności.
Z samego wczoraj:
W TVN: rozemocjonowany, zgodnie z europejskim formatem Kuba Wojewódzki, z Pawłem Kukizem, który trochę się o sobie i życiu dowiedział, bo wpadł w poważną chorobę i musiał się z niej – z siebie dawnego - wyleczyć.
Wojewódzki nie może zaakceptować, że ktoś głosuje na Kaczyńskiego – musi go uznać za durnia.
Każdy porządny zwolennik PiS-u, nie może sobie wyobrazić, że ktoś nie głosuje na PiS – uważa go za durnia.
Kukiz mówi trzeźwo: chciałbym, żeby wygrała Platforma ale jak wygra PiS - zaakceptuję. I będę wreszcie wiedział jaki jest mój kraj. Jaki jest naprawdę. Jakie opinie w nim przeważają. Dlatego zresztą namawia, żeby iść na wybory i głosować.
Projekt „Zabierz babci dowód” w internecie.
Bo babcie głosują moherowo. Ktoś na to wpadł. Miał, na pewno, dobre intencje.
Salon, dyskusje, z których wiele, może nawet większość, skupia się, zacietrzewia, dławi, gotuje, ponieważ wciąż ktoś tam chce zmieniać drugiego. Jak masz inny pogląd niż ten, kto akurat cię przeczytał, najczęściej wywołasz wściekłą, i to od razu wściekłą na ciebie osobiście, falę wrogich komentarzy.
Jakby było tak, że skoro pokazuje się głos inny niż mój – nie mogę przejść nad tym do porządku, muszę zareagować, zareagować natychmiast, muszę ten inny głos natychmiast zniszczyć, unicestwić i muszę bić się o to do ostatka. Bo jak tego nie zrobię, to….
To co? To nie zostanę zauważony ze swoim istnieniem? Moje – inne – poglądy zostaną niezauważone? Boję się, że inni mnie nie zauważą, wiec i ja innych nie zauważam z ich innymi poglądami, tylko od razu każę im te poglądy zmienić, żeby były takie jak moje? A jak ten inny nie chce poglądów zmieniać – ja, ze swoimi, innymi poglądami, biję się o to do utraty tchu? To co, że słowami. Energia w nich taka, taka jakby bomby wodorowe latały.
Co powoduje miotaczami bomb – na przykład - salonowych?
Dziecięca nadzieja, że jak wszystko na świecie będzie tak samo jak u mnie w głowie, to wreszcie będę bezpieczny? A jak nie będzie tak ja u mnie w głowie – to będzie znaczyło, że wkoło sami wrogowie i trzeba iść na wojnę, żeby niszczyć innego? I, że trzeba się na tej wojnie zatracić – bo nie może być tak, żeby inni z ich innym niż moje zdaniem żyli tu obok mnie. Przecież mnie zniszczą z moją innością.
Czy to wciąż to samo dziedzictwo pokoleń? Pod rozbiorami, pod władzą czerwonych, pod władzą pierwszych solidarno-europejskich? Pokoleń bez ojców, z których wielu zostało w Katyniu? Z matkami, które musiały - same przerażone – dać dzieciom gwarancję bezpieczeństwa na długie życie w świecie?
Nikt tego Narodu nigdy nie słuchał. Pod rozbiorami, pod władzą czerwonych, pod władzą pierwszych solidarno-europejskich. Wszyscy mu cos kazali. Aż Naród zaparł się w sobie i mówi: koniec, musi być tak jak ja chcę!
Tyle, że Naród nie jest shomegenizowany. Jeden – z Narodu - myśli tak, drugi myśli inaczej. Każdy się zaparł, że teraz wreszcie jego racja będzie wysłuchana i zauważona.
I jak się Naród nie pozabija i nie znienawidzi wzajemnie, to przejdzie do następnego etapu. W którym zauważy, że jedni i drudzy, każdy ze swoją innością, ma prawo tu być. Bo i tak już tu jest.
To się chyba nazywa rozwój. Że Naród się rozwija.
Na razie siedzi Naród w piaskownicy i krzyczy do każdego innego niż on: idź sobie!
Życzę więc sama sobie - ale jak ktoś chce to i jemu, innemu, też życzę -spotkania na kolejnych urodzinach.
Takich, gdzie będzie tort ze świeczkami i lody i gdzie zaśpiewamy sobie sto lat: mohery i aksamitne kapelusze przy jednym stole.
A potem spokojnie wybierzemy sobie rząd i zajmiemy się życiem. Które jest krótkie i piękne.
p.s. Dziękuję Salonowi za tę lekcję.



Komentarze
Pokaż komentarze (13)