Olgierd Jedlina Olgierd Jedlina
71
BLOG

Nie dałem się zmolestować motoryzacyjnemu lobby

Olgierd Jedlina Olgierd Jedlina Rozmaitości Obserwuj notkę 1

Ufff, może tym razem uda się ostatecznie i nieodwołalnie stracić klienta. Tego klienta. Polski oddział międzynarodowej korporacji pożywiającej się na motoryzacyjnym rynku.

Współpraca zaczęła się niewinnie. Kilka lat temu. Zapytano mnie, czy bym nie pomógł ponaprawiać struktury plików w mało popularnym, acz bardzo sympatycznym formacie. Podesłane, jako przykład, pliki miały ciekawą strukturę, temat dotyczył nowej dla mnie merytorycznie działki. Czemu nie? Skoro w ramach bieżączki nic pozytywnie wpływającego na rozwój akurat się nie działo…
Robota, jak robota – po dwóch dniach automacik obsługiwał wszystkie przypadki z przesłanych przykładów. Po uruchomieniu go przez klienta, na całej partii plików, okazało się, że w kilku jakieś śmieci zostają. No to kolejna wersja, która dała nieoczekiwane efekty w jeszcze innych plikach. Po kilku irytujących iteracjach napisałem im, żeby wysłali wszystkie pliki, bo się będziemy bawić do emerytury. No to wysłali i wyszło szydło z worka.
Przyczyna problemów okazała głupia. Nawet nie śmieszna. Głupia. Ktoś komuś wydał robotę i zamiast sprawdzić, czy całość będzie działać po zmodyfikowaniu – poza systemem – kilku pierwszych plików, zaczekał na wszystkie. No i wszystkie nie działały. Poszło się paść – lekko licząc – 30 dniówek solidnej, rzetelnej i nikomu niepotrzebnej roboty. Plus drugie tyle na wewnątrzkorporacyjne gierki rozmywające odpowiedzialność za decyzję oraz na stworzenie procedur usprawiedliwiających podejmowanie takich decyzji w przyszłości.
Nie mój cyrk, nie moje małpy. Mieli nóż na gardle, zapłacili tyle ile chciałem. Choć jakbym od początku wiedział w czym naprawdę jest problem – zaśpiewałbym dwa razy więcej.
Po ponad roku alarmująca wiadomość: „To ono moje, co im zrobiłem, przestało działać!” Odpisałem spokojnie, że albo nagrzebali coś w moim kodzie albo, co bardziej prawdopodobne, zmienili pracownika i zmodyfikowane pliki mają inną strukturę niż tamte sprzed roku. Trafiłem.
Nadmenadżer wił się i kręcił zwalając winę na podległy mu personel, który winy nie ponosił. Po kilku dniach, znudzony głupią grą, napisałem wprost do wszystkich zainteresowanych, żeby się nawalali beze mnie. Z mojego punktu widzenia upłynął termin rękojmi i mogą mi skoczyć. Ewentualnie pozwolić, żebym pomógł im rozwiązać problem spowodowany, po raz kolejny, przez menadżera czerpiącego swą techniczną wiedzę z komputerowego dodatku do Gazety Wyborczej  (jest taki dodatek? na pewno jest).
Problem został rozwiązany w dwa dni, honorowo nie wziąłem za pomoc ani złotówki. Nastał błogi spokój. Na kolejny rok. Konkretnie do minionego poniedziałku, kiedy okazało się, że już teraz-natychmiast trzeba coś tam z całkiem innymi plikami podziałać. Odpowiedziałem grzecznie, że w tym tygodniu nawet nie będę miał czasu, żeby to obejrzeć. A co dopiero, żeby określić czy, na kiedy i za ile może być zrobione.
Dwa standardowe maile dziennie, sprawdzające czy nie wyrosła mi (od poprzedniego maila) dodatkowa para rąk – jestem w stanie przeżyć. Ale maila, w którym „techniczny inaczej” próbuje mi wytłumaczyć w jaki sposób powinno być to robione (robione, nie zrobione)…
No to skoro wiedzą jak zrobić – to niech se sami zrobią. Będąc wyposażonymi w świadomość, że dobranie się do tych średnich plików zahacza o artykuł 267. Kodeksu Karnego. Na moje oko przy tym temacie wymiękło co najmniej dwóch podwykonawców, z czego jeden zabezpieczył część swojej pracy hasłem. W ogóle się koledze informatykowi nie dziwię...
Co mnie zdrzaźniło najbardziej? Uświadomienie sobie, że w sporej części mniej i bardziej międzynarodowych korporacji, na kluczowych dla ich sprawnego działania stanowiskach, zasiadają buce. Buce specjalizujące się w rozwiązywaniu osobiście tworzonych problemów. Oczywiście w ramach outsourcingu, gdyż w takich przypadkach wewnętrzny audyt nie wyłapie co było prawdziwą przyczyną przekroczenia budżetu i opóźnienia terminu.
Uświadomiłem sobie również jakiego samochodu na pewno sobie nie kupię.
Zielonego samochodu sobie nie kupię.

»... Jednym z Polokoktowców jest Olgierd Jedlina, redaktor pisma "Pasikonik", żyjący spokojnie w swoim poukładanym świecie z narzeczoną Ewą. Jego spokój burzy schwytanie jego przyjaciela Adasia przez agentów Kilkujadka. Adasiowi udało się samodzielnie stworzyć formułę Kingsajzu, co może przynieść Polokoktowcom trwałe bezpieczeństwo, jednak dla Adasia staje się przyczyną zguby...« (http://www.zgapa.pl/zgapedia/Kingsajz.html)

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Rozmaitości