Ufff, może tym razem uda się ostatecznie i nieodwołalnie stracić klienta. Tego klienta. Polski oddział międzynarodowej korporacji pożywiającej się na motoryzacyjnym rynku.
Współpraca zaczęła się niewinnie. Kilka lat temu. Zapytano mnie, czy bym nie pomógł ponaprawiać struktury plików w mało popularnym, acz bardzo sympatycznym formacie. Podesłane, jako przykład, pliki miały ciekawą strukturę, temat dotyczył nowej dla mnie merytorycznie działki. Czemu nie? Skoro w ramach bieżączki nic pozytywnie wpływającego na rozwój akurat się nie działo…
Robota, jak robota – po dwóch dniach automacik obsługiwał wszystkie przypadki z przesłanych przykładów. Po uruchomieniu go przez klienta, na całej partii plików, okazało się, że w kilku jakieś śmieci zostają. No to kolejna wersja, która dała nieoczekiwane efekty w jeszcze innych plikach. Po kilku irytujących iteracjach napisałem im, żeby wysłali wszystkie pliki, bo się będziemy bawić do emerytury. No to wysłali i wyszło szydło z worka.
Przyczyna problemów okazała głupia. Nawet nie śmieszna. Głupia. Ktoś komuś wydał robotę i zamiast sprawdzić, czy całość będzie działać po zmodyfikowaniu – poza systemem – kilku pierwszych plików, zaczekał na wszystkie. No i wszystkie nie działały. Poszło się paść – lekko licząc – 30 dniówek solidnej, rzetelnej i nikomu niepotrzebnej roboty. Plus drugie tyle na wewnątrzkorporacyjne gierki rozmywające odpowiedzialność za decyzję oraz na stworzenie procedur usprawiedliwiających podejmowanie takich decyzji w przyszłości.
Nie mój cyrk, nie moje małpy. Mieli nóż na gardle, zapłacili tyle ile chciałem. Choć jakbym od początku wiedział w czym naprawdę jest problem – zaśpiewałbym dwa razy więcej.
Po ponad roku alarmująca wiadomość: „To ono moje, co im zrobiłem, przestało działać!” Odpisałem spokojnie, że albo nagrzebali coś w moim kodzie albo, co bardziej prawdopodobne, zmienili pracownika i zmodyfikowane pliki mają inną strukturę niż tamte sprzed roku. Trafiłem.
Nadmenadżer wił się i kręcił zwalając winę na podległy mu personel, który winy nie ponosił. Po kilku dniach, znudzony głupią grą, napisałem wprost do wszystkich zainteresowanych, żeby się nawalali beze mnie. Z mojego punktu widzenia upłynął termin rękojmi i mogą mi skoczyć. Ewentualnie pozwolić, żebym pomógł im rozwiązać problem spowodowany, po raz kolejny, przez menadżera czerpiącego swą techniczną wiedzę z komputerowego dodatku do Gazety Wyborczej (jest taki dodatek? na pewno jest).
Problem został rozwiązany w dwa dni, honorowo nie wziąłem za pomoc ani złotówki. Nastał błogi spokój. Na kolejny rok. Konkretnie do minionego poniedziałku, kiedy okazało się, że już teraz-natychmiast trzeba coś tam z całkiem innymi plikami podziałać. Odpowiedziałem grzecznie, że w tym tygodniu nawet nie będę miał czasu, żeby to obejrzeć. A co dopiero, żeby określić czy, na kiedy i za ile może być zrobione.
Dwa standardowe maile dziennie, sprawdzające czy nie wyrosła mi (od poprzedniego maila) dodatkowa para rąk – jestem w stanie przeżyć. Ale maila, w którym „techniczny inaczej” próbuje mi wytłumaczyć w jaki sposób powinno być to robione (robione, nie zrobione)…
No to skoro wiedzą jak zrobić – to niech se sami zrobią. Będąc wyposażonymi w świadomość, że dobranie się do tych średnich plików zahacza o artykuł 267. Kodeksu Karnego. Na moje oko przy tym temacie wymiękło co najmniej dwóch podwykonawców, z czego jeden zabezpieczył część swojej pracy hasłem. W ogóle się koledze informatykowi nie dziwię...
Co mnie zdrzaźniło najbardziej? Uświadomienie sobie, że w sporej części mniej i bardziej międzynarodowych korporacji, na kluczowych dla ich sprawnego działania stanowiskach, zasiadają buce. Buce specjalizujące się w rozwiązywaniu osobiście tworzonych problemów. Oczywiście w ramach outsourcingu, gdyż w takich przypadkach wewnętrzny audyt nie wyłapie co było prawdziwą przyczyną przekroczenia budżetu i opóźnienia terminu.
Uświadomiłem sobie również jakiego samochodu na pewno sobie nie kupię.
Zielonego samochodu sobie nie kupię.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)