Dzisiejszy dzień upłynął pod znakiem malin. Dokładniej pod znakiem malinowego soku. Pierwsze dwa jego litry zostały właśnie rozlane do najmniejszych słoiczków i stygną w oczekiwaniu na jutrzejszą lub pojutrzejszą pasteryzację.
Nie byle jakie to maliny, bo leśne. Żadne tam zmutowane, bliższe kolorem wiśniom, przemysłowe cieszące miastowych w plastikowych pudełkach wystawianych w hipermarketach. Piękne, choć małe (strasznie upierdliwie się zbiera…) jasnoczerwone malinki. Takie dla siebie, na swojski malinowy sok ze zmniejszoną zawartością cukru.
Zmniejszoną nie dlatego, że cukier jest niezdrowy, tylko dlatego, że w klasycznej proporcji wychodzi galaretka, która tak sobie miesza się z wódką. Bo sok malinowy ma to do siebie, najbardziej z nią właśnie rozgrzewa. Bardziej skutecznie, choć mniej smacznie, niż sok z czarnych porzeczek, które „dojdą” do środy – czwartku mniej więcej.
Chwilę później dojrzeją porzeczki czerwone, które ucierane z cukrem dają całkiem inny wymiar dowolnej herbacie – nawet tej czarnej sklepowej, jak już się ktoś upiera by takiej się napić. Mimo, że o wiele smaczniejsze są te komponowane z malinowych liści, mięty, jaśminu, dzikiej róży, białego bzu oraz tych innych, które się suszą w lecie na strychu.
Najważniejszy jest jednak sok malinowy. Malinowy, a nie aroniowy o smaku malin, którym się ekscytują warszawskie japiszony konsumujące „wściekłe psy”, oraz matki ich dzieci aplikujące ulepki z maliną w kolorze wiśniowym na etykiecie. W poczuciu dobrze spełnionego obowiązku.
Soku takiego jak mój - nie kupi w żadnym sklepie. Aroniowy o smaku malin jest po prostu tańszy.


Komentarze
Pokaż komentarze (5)