Niech się kręci płac spirala, co nam zginąć nie pozwala!

W Polsce od lat wzrost płac wyprzedza inflację. Fot. Pixabay
W Polsce od lat wzrost płac wyprzedza inflację. Fot. Pixabay
Polski model osłaniania ludziom negatywnych skutków inflacji poprzez podwyżki płac i świadczeń jest bardzo sensowny. Wielu zachodnich ekonomistów przekonuje, że wszystkie kraje rozwinięte powinny iść dokładnie taką drogą.

Zazdroszczą nam podejścia do inflacji

Nasi przedpotopowi liberałowie przekonują, że idzie koniec świata. Straszą, że rozkręca się u nas tzw. spirala płacowo-cenowa. Tymczasem jest dokładnie odwrotnie. Rosnące płace, emerytury i inne świadczenia to jedyny sposób by ochronić ludzi przed skutkami covidflacji i putinflacji, z którymi się właśnie mierzymy.

Jeśli ktoś zada sobie odrobinę trudu i spróbuje poczytać, co o inflacji pisze się i mówi w takich krajach jak USA czy stara UE, to… przeżyje nielichy szok. Bardzo szybko okazje się bowiem, że tamtejsi ekonomiści bardzo by chcieli zamienić się z Polską miejscami. I stosować wobec inflacji takie właśnie podejście jakie stosujemy u nas.

Polecamy teksty Rafała Wosia:

Stagnacja dochodów ludzi na Zachodzie

Weźmy nowy raport ekonomistów (Frederik Boissay, Fiorella de Fiore, Deniz Igan i inni) związanych z Bankiem Rozrachunków Międzynarodowych - poważną instytucją z siedzibą w Hadze. Tytuł pracy brzmi: „Czy znajdujemy się u progu spirali płacowo-cenowej”?. NIE, nie i jeszcze raz nie! - odpowiadają ekonomiści w konkluzji swojego tekstu. Przekonują oni, że problemem rozwiniętych gospodarek nie są dziś bynajmniej rosnące ceny. Problemem jest stagnacja dochodów ludzi, którzy na Zachodzie mieszkają.

Przyczyn tej stagnacji jest oczywiście wiele i mają one charakter długofalowy oraz strukturalny. Są wśród nich: erozja i słabość związków zawodowych, uśmieciowienie czy uberyzacja rynku pracy, wysokie bezrobocie, migracja słabo wykwalifikowanej siły roboczej „psująca” pracownika. Wszystko to razem sprawia, że szeregowy pracownik na Zachodzie nie prosi o podwyżkę. Bo od lat nie ma na to miejsca i przestrzeni. W czasach stabilnych cen po postu zaciskało się zęby licząc, że jakoś to będzie. Jednak w warunkach rekordowej inflacji (Holandia 10 proc., Wielka Brytania 9 proc. Belgia czy Hiszpania 8 proc.) woda zaczyna im podchodzić do gardła.

W Polsce od lat wzrost płac wyprzedza inflację

Ktoś powie, że to wciąż mniej niż w Polsce. Owszem. W Polsce w kwietniu było 12 proc. Jest jednak podstawowa różnica. W Polsce od lat wzrost płac wyprzedza inflację. Na Zachodzie zaś inflacja wyprzedza wzrost płac. Też od lat. W efekcie mieszkańcy Holandii, Wielkiej Brytanii, Belgii czy Hiszpanii są na minusie. I to nie przez miesiąc czy dwa. Ale stale. Oni mają sytuację - brzmi konkluzja wspomnianych ekonomistów z Banku Rozrachunków Międzynarodowych - w której trochę tak bardzo u nas demonizowanego mechanizmu spirali cenowo-płacowej by im się przydało. Bo ich spragnione gospodarki i sfrustrowane społeczeństwa potrzebują jej jak kania dżdżu!

Nasi malkontenci powiedzą, że nasze dane o wzroście płac są niereprezentatywne, bo nie dotyczą małych firm. A na dodatek: co z tymi, którzy nie pracują? Owszem, zgoda! Na samym rynkowym wzroście płac nie można polegać. Dlatego tak ważne są interwencje rządowe. Czyli świadczenia w stylu 13. i 14. emerytury. Oraz pchanie do góry dynamiki płacy minimalnej. I akurat przed tym rząd Zjednoczonej Prawicy się nie uchyla. Właśnie mamy na przykład: konsultacje społeczne dotyczące płacy minimalnej na rok 2023. Na stole jest propozycja sporej podwyżki z 3010 zł do 3500 zł. To podwyżka znacząca. Do tego strona społeczna chce w połowie roku drugiej podwyżki do 3700 zł.

Dynamika płacy minimalnej w Polsce 

Warto przy okazji spojrzeć na dynamikę płacy minimalnej w Polsce na przestrzeni kilku ostatnich lat. W 2010 roku wynosiła ona 1317 zł., a w 2015 r. 1750 zł. W relacji do średniej krajowej płaca minimalna oscyluje już w granicach 50 proc. To bardzo dobre wiadomości dla ludzi najsłabiej zarabiających i dowód na mocny równościowy zwrot w polskiej polityce ostatnich lat.

I jeszcze jedno. Niedawno Eurostat opublikował dane, z których wynikało, że siła nabywcza polskiej płacy minimalnej (a więc to, co faktycznie można za nią kupić) jest u nas już teraz wyższa od tego, co mają we wszystkich krajach naszego regionu (Bułgaria, Węgry, Słowacja, Chorwacja, Czechy i kraje bałtyckie). A także do realnej siły minimum wage w Grecji i Portugalii a nawet w… Stanach Zjednoczonych (tu Joe Biden zapomniał o swoich szumnych obietnicach z kampanii wyborczej). Do Niemiec i Luksemburga nam trochę brakuje. Ale Hiszpanów czy Słoweńców gonimy.

Pułapka "wolę polskie gówno w polu niźli fiołki w Neapolu”

Nie chcę nikogo przekonywać, że Polska jest rajem na ziemi, bo to nie jest prawda. Warto jednak trzymać się faktów. A fakty są takie, że nasz sposób radzenia sobie z inflacją podażową (to znaczy związaną najpierw z wygaszeniem globalizacji przez Covid-19, a teraz z wojną na Ukrainie) jest całkiem sensowny. Owszem - nasza inflacja jest przez to trochę wyższa niż na Zachodzie. Ale dzięki temu nasze społeczeństwo odczuwa ją w mniejszym stopniu niż wspomniani Holendrzy, Belgowie albo Brytyjczycy.

W szkole przestrzegają nas by nie popadać w triumfalne „wolę polskie gówno w polu niźli fiołki w Neapolu”. Zgoda. Ale warto też uciekać z pułapki odwrotnej. Każącej wierzyć, że wszystko co polskie musi być z zasady oczywiście gorsze i głupsze od tego co na wspaniałym Zachodzie.

Rafał Woś
Lubię to! Skomentuj95 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka