3 obserwujących
25 notek
75k odsłon
  2435   0

Taxi, krawiec, but na wymiar. Pomysł i fach nie do przecenienia

Postój taksówek przy ul. Marszałkowskiej w Warszawie, 1976 r. Fot. NAC
Postój taksówek przy ul. Marszałkowskiej w Warszawie, 1976 r. Fot. NAC

Profesjonalne suszarki do włosów – dodawała – „pojawiały się dopiero w latach 80. Główny ekwipunek fryzjerki w PRL stanowiły zatem wałki, szpilki i siatki. Po lepsze kosmetyki jeździło się do Warszawy, średnio raz na miesiąc. Na co dzień fryzury klientek usztywniało się siemieniem lnianym i piwem”.

Na pewno w tych latach nie było fachowych żurnali dla fryzjerów. Co najwyżej w magazynie „Uroda” można było znaleźć kilka zdjęć fryzur. – Kiedyś do cechu w Łodzi przyszedł jeden żurnal ze zdjęciem fryzury wymyślonej przez brytyjskiego geniusza, Vidala Sassoona. Nazywała się „na grzybka”. Była to pierwsza geometryczna fryzura. Niestety, w środku nie znaleźliśmy żadnego opisu technicznego i nie wiedzieliśmy, jak należy strzyc. Jeden rysownik z cechu rozrysowywał fryzurę na tablicy szkolnej przez kilka tygodni. W końcu doszliśmy do tego, że nie możemy ścinać po zewnętrznej, tylko po wewnętrznej stronie – śmiał się pan Zbigniew.

Fryzjerzy i goniące za modą Polki podpatrywali więc zachodnie fryzury w telewizji albo u artystów przyjeżdżających np. na festiwal piosenki do Opola. To tu odkryli np. „moką Włoszkę”: trwałą, w której loki wyglądają jak wilgotne. Francuzi używali do tego specjalnych płynów, w Polsce był tylko jeden Pewex w Warszawie, gdzie za bony można było kupić żel do „mokrej Włoszki”.

Usługi kosmetyczne miały jeszcze trudniej, gdyż w sklepach dostępne były przeważnie tylko szare mydło i krem Nivea służący do twarzy, ust, ciała i opalania. Za balsam robiły też oliwki dla niemowląt, np. Jacek i Agatka. Dlatego te usługi funkcjonowały głównie państwowo i w hotelach. Prywatnie można było głównie np. wyregulować brwi, przekłuć uszy, czy zrobić manicure. No i makijaż, bo o kosmetyki „kolorowe” było nieco łatwiej. W każdym razie w PRL kosmetyczki były postrzegane jako coś dość luksusowego i zawsze miały wzięcie, bo usług było jak na lekarstwo.

Ufryzowani i umalowani Polacy ruszali na wesele i bale, gdzie zabawiali ich kolejni prywatni usługodawcy: kapele i orkiestry, bo muzyka musiała być na żywo, oraz wodzireje. Ryszard Rembiszewski, prezenter radiowy i telewizyjny, który często prowadził bale sylwestrowe wspominał, że w latach 80. poprowadził nawet dwa jednocześnie!

Krawcowe. Domowy „banan”

Także na opolskim festiwalu Polki pokochały spódnicę-bananówkę, którą w biało-niebieskiej wersji miała na sobie w 1973 r. Maryla Rodowicz, śpiewając przebój „Małgośka”. Bo krawcowe miały problem podobny do fryzjerów: do dyspozycji tylko nieduże rubryki w „Przekroju” czy „Szpilkach”, gdzie Barbara Hoff radziła co do czego dopasować. Dopiero w latach 80. jakimś sposobem ściągały na przykład niemiecką „Burdę” z wykrojami, czasem „Elle”. 

Mowa rzecz jasna o krawcowych „domowych”, które w PRL były poszukiwane i cenione jak złoto, bo w sklepach straszyły pustki albo szaro-bura sztampa. Moda Polska dla Polek była za droga, a Hoffland tylko w Warszawie… zostawała domowa krawcowa.

– Wszyscy mieli krawcową. Przypuszczam, że przeciętny Polak, czy też częściej Polka – fajne ciuchy szył u krawcowej albo na domowej maszynie. Dotarłam do badań z przełomu lat 60. i 70., z których wynikało, że jeśli chodzi o płaszcze i suknie wizytowe, to szytych było 70 proc. wszystkich! Ze wspomnień o krawcowych i o szyciu w domu, bo Polki wtedy potrafiły szyć, mogłabym ułożyć osobną książkę. Panie z warszawskiej elity jeździły do jakichś ubogich mieszkań, godziły się na czekanie na sukienkę miesiącami, wybaczały kłucie szpilkami i niesłowność, po to tylko, żeby mieć modne ubrani – mówiła Aleksandra Boćkowska, dziennikarka i autorka książki „To nie są moje wielbłądy. O modzie PRL” (wywiad „Kobiety z warszawskiej elity wybaczały kłucie szpilkami”, Tygodnik TVP).

Nie mogło być dwóch takich samych sukienek, a krawcowe z głowy musiały tworzyć wykroje do modeli, które klientki wymyślały dość swobodnie. Wymagało to zatem dużej wyobraźni i fachowości. Dodatkowo nie było materiałów, w sklepach królowała elany i bistory, więc szyło się np. z materii na zasłony, poszewki czy z obrusów. Ale te stare wytwory krawcowych dziś, w epoce vintage, wciąż służą młodym Polkom, wyciągnięte z szafy mamy czy babci. Są trwałe i niepowtarzalne.

Magiel, repasacja pończoch, nabijanie syfonów

usługi w PRL, repasacja pończoch
Repasacja pończoch w PRL. Fot. NAC

Patrząc na potrzeby rynku, w PRL otwierano też prywatne magle oraz punkty repasacji pończoch i rajstop, bardzo wówczas popularne, bowiem – co dziś wydaje się bardzo dziwne – na rynku trudno było te produkty dostać. Były również panie, które szydełkowały. Zamawiano u nich np. koronkowe obrusy. I takie, które robiły na drutach swetry, szaliki, czapki, rękawiczki, kapcie – dziś to też poszukiwane, tzw. rzemieślnicze dzieła.

W dużych miastach działały prywatne pracownie kapeluszy. Bardzo zyskowne były usługi kuśnierskie, zwłaszcza te działające na Podhalu. Całości wyglądu człowieka PRL dopełniali rzecz jasna szewcy. Butów także brakowało w sklepach, nie kupowano ich na sezon, tylko na lata. Małe zakłady szewskie naprawiały więc fleki, dziury i wypełnione były tzw. kopytami czy prawidłami do własnego wyrobu obuwia. Niektóre wciąż oferują buty wysokiej klasy na wymiar – każdy klient ma w nich swoje własne prawidła.

Wspominając usługi w PRL trzeba też wspomnieć o zegarmistrzach, których całe rodziny sprzedawały i naprawiały czasomierze, a czasem i dbały o stare zegary np. na ratuszach. Pamiętamy też o szklarzach i takiej „drobnicy” jak punkty nabijania syfonów, snycerze, czy szlifierze, którzy chodzili po podwórkach krzycząc: „Noże, noże, nożyczki!”.

Wiele tych zawodów nie przetrwało, wypieranych przez gorszej jakości, ale tańszą masówkę. Ale pokazują, jak przedsiębiorczy Polacy potrafili sobie radzić w trudnych czasach i zarabiać. Część z nich poradziła sobie nadzwyczaj dobrze w czasach kapitalizmu i pokonując nierówną konkurencję działa do dzisiaj.

Tak świetnie, jak jedno z rodzinnych przedsiębiorstw szewskich o przedwojennej tradycji, uważanych za najstarsze działające i najbardziej prestiżowe w Polsce, które zostało przez angielski almanach „Europe's Elite 1000” zaliczone do 1000 najbardziej ekskluzywnych i elitarnych marek w Europie! Mają tysiące kopyt i dziesiątki zeszytów z obmiarami. Przed wojną szyli buty np. dla Bodo i Ćwiklińsiej, a dziś dla Donalda Sutherlanda czy Stevena Segala. Polak potrafi.

BW


Lubię to! Skomentuj24 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Gospodarka