Polska.Ma.Sens Polska.Ma.Sens
305
BLOG

Tapczany nowe i stare

Polska.Ma.Sens Polska.Ma.Sens Rozmaitości Obserwuj notkę 0

Odcinek 6 cyklu „Z prawego łoża”: Tapczany nowe i stare

 

W dniach, które poświęciliśmy lekturze powieści Andrzeja Horubały, w fabule „Czasu niedokonanego” Bronisława Wildsteina doszło do zasadniczych zmian. Zuzanna Brok, łączniczka KOR-u, nieudana żona nieudanego Benedykta wciąż z nim jest, choć coraz częściej nie dotrzymuje mu wierności małżeńskiej. No więc, mimo że mamy już „Solidarność”, ona się dalej puszcza, a pierwszy karnawał wolności jakoś nie zmienia jej promiskuitycznej natury i wcale nie odmienia oblicza. Na plus dla Zuzanny, zaznaczmy, znajdujemy fakt że romansuje ona wyłącznie z ludźmi o poglądach niepodległościowych.


Rzecz jasna pierwsza „Solidarność” to ostre imprezowanie, a po balangach, wiadomo....„Wchodzą po schodach obskurnej kamienicy. Zuzannie nie przeszkadza nawet dziwny, nieco zjełczały zapach, który ogarnia ją po wejściu do maleńkiego przedpokoju, skąd Biela wprowadza ją do pokoiku. Opadają na tapczan i Zuzanna tylko na moment przypomina sobie Benedykta, choć stara się o nim myśleć, co jej się udaje, gdy ogarnia ją fala błogości, która pozwala zapomnieć konkrety, gdyż jest fragmentem ich wspólnego zwycięstwa” (str. 222).


Nam nigdy nie przeszkadza zjełczały zapach, ale trudno powiedzieć, co na tak skonstruowaną frazę powiedzieliby Wyspiański, Balzak i Mann, do których tak łacno światowa krytyka porównuje Bronisława Wildsteina. Założywszy, że posiedzieliby chwilę nad tym fragmentem przy flaszce koniaku albańskiego z pepsi, ulegliby być może pokusie działań komparatystycznych.


Popatrzmy. Z kuferka stojącego w „maleńkim przedpokoiku” wyjęliby zapewne powieśćRomana Bratnego „Losy”, wydaną w „Czytelniku” w roku 1973 (wczesny Gierek). Sceny tam mamy takie: „Pod kolanem te piękne wiązadełka i już jego usta na nerwowej skórze brzucha...” To zacząłby na głos czytać autor „Wesela”, ale autor „Jaszczura” pogoniłby go pewnie ostro, bowiem we francuskiej pamięci kołatał mu się fragment nieco dalszy: „Osunął głowę na jej piersi i znów dotyk sutki przepędził obudzoną jej słowami delikatną czułość. Miał ją w ustach, gniewała jego wargi, jątrzyła rosnąca twardością...”. Tu na pewno wtrąciłby się surowy twórca „Buddenbrooków” i ruchem kielicha kazałby przeskoczyć Stanisławowi Wyspiańskiemu na następną stronę. Znajdujemy tam opis nieruchomości podany podobnie, jak u Wildsteina: „Teraz rozróżniał w ciemności kontury gratów wypełniających bez sensu ten wielki pokój. (...) A ledwie otwarła drzwi od korytarza, (...) walcząc jak w bójce upadli na tapczan...”. Najpewniej wszyscy trzej pisarze poddaliby się owej „fali błogości” mając w rękach dzieła tak sobie bliskie, i tak silnie ryjące w ludzkiej fantazji.


„Czasie niedokonanym” chwile uniesień erotycznych nie trwają na razie tak długo jak u Bratnego, autor poddaje się bowiem uniesieniom innym, mniej nas zajmującym i niestety zapomina, że pisze powieść. Przez kolejnych wiele stron, ba! wiele arkuszy drukarskich, mamy do czynienia z historycznym brykiem skierowanym do uczniów technikum. Nazwiska, fakty, daty, wydarzenia stanu wojennego, wybory czerwcowe z 89 roku, upadek Ceausescu, muru berlińskiego - Wildstein nie ma za grosz litości dla niedouczonej młodzieży. Referuje, srogo odpytuje i baczy, czy aby nie zapomnieliśmy, jak miał na nazwisko pierwszy niekomunistyczny premier Polski. Oczywiście zapomnieliśmy i za te przypomnienia jesteśmy szalenie wdzięczni. Wdzięczni, ale chcielibyśmy poczytać o tym, jak to wtedy, za mroźnej nocy grudniowej i za tej cudnej czerwcowej się dymało, kto był w jakiej bieliźnie i jak to się naonczas oldskulowo robiło, bo techniki poszły wszelako od tego czasu do przodu.


Rzecz jasna ( i nie jest to uwaga złośliwa, a czysto faktograficzna) w odróżnieniu od autora byliśmy tu na miejscu, i pamiętamy to i owo. Zgadzamy się bez bicia pałami, że zawsze dobrze jest posłuchać mędrszych, zwłaszcza gdy szmat czasu przepędzili we Francji, legendarnej krainy rozpusty.

Podpisując lojalkę, że do książki Wildsteina wrócimy, gdy atmosfera się rozluźni, otwieramy sobie dla relaksu czysto estetycznego, książkę publicysty „Rzeczpospolitej” Piotra Zaremby„Plama na suficie” to jego debiut prozatorski z roku 2004 (wyd. WAB). Jest to utwór reklamowany jako wybitny, pełen grozy, groteskowych postaci i niebywałej akcji. Nie zniechęceni takim postawieniem sprawy, wertujemy ją w poszukiwaniu potrzebnych nam fantazji autora. Na stronie 100 dostajemy nader interesujący kawałek: „W dziesięć minut później stała przy oknie, oparta biodrami o parapet. Zrzuciła z siebie niebieską bawełnianą koszulkę, cisnęła na tapczan. Miętosząc liliowymi paznokciami własne sutki, obserwowała metalową, dawno nie malowaną siatkę odgradzającą od ulicy pobliskie liceum.”

Oczywiście obserwacja niemalowanej siatki ogradzającej liceum zawsze jest dla nas, lewaków, pretekstem do miętoszenia sutek, ale pamiętajmy że mamy tu do czynienia z prozą prawicową. To przynosi spostrzeżenie takie, że się jednak aż tak bardzo nie różnimy i przynajmniej na tym tle uważamy wojnę polsko-polską za zakończoną.



Stanisław Mancewicz

Pragniemy skupić wokół siebie mądry entuzjazm ludzi twórczo zmieniających świat na lepsze. Redakcja nie boi się opisu zjawisk negatywnych, ale pielęgnuje myślenie pozytywne i walczy z czarnym postrzeganiem świata i Polski.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości