Gdy z początkiem lipca wyruszałem w podróż do Dalmacji, nasze media donosiły, że w tym roku najmodniejsze są wczasy w kraju.
Ostatnia noc była nieznośnie gorąca, bezwietrzna i jasna oślepiająco, gdyż na bezchmurnym niebie księżyc w pełni pysznił się tak bardzo, że nawet gwiazd w jego blasku nie dało się dostrzec. Lepką ciszę czasem przerywały tylko szakale wycia, gdybym jednak wsiadł na skuter i pojechał do nabliższego dalmatyńskiego miasteczka, dominującym dźwiękiem byłoby coś innego, niż przeciągłe jęki psowatych. Byłaby to mowa polska, dominująca za dnia na dalmatyńskich plażach, wszechobecna i nocą, w tutejszych barach czy konobach.
Gdy z początkiem lipca wyruszałem w podróż do Dalmacji, nasze media donosiły, że w tym roku najmodniejsze są wczasy w kraju. Różne podawano powody tego odwrotu od zagranicznej turystyki: wreszcie uświadomioną dumę z piękna ziem naszych, mniej zasobny stan portfeli rodaków, optymistyczne prognozy pogodowe. Ale jestem tu już dwa tygodnie i widzę wyraźnie, że w południowej Dalmacji najwięcej jest turystów z Polski. Miejscowi wręcz mówią, że w dobie kryzysu, gdy mniej przybywa Niemców czy Włochów, Polacy po raz kolejny ratują sezon właścicielom knajp i kwater.
Pamiętam świetnie początki tych chorwackich peregrynacji. Zaraz po wojnie domowej w Jugosławii, gdy nasi masowo ruszyli nad Adriatyk, ceny w Chorwacji zdawały się nieprzyzwoicie wysokie. Mimo to jeździli, biorąc ze sobą zapuszkowane mielonki, mleka w kartonach i zupy w proszku, byle tylko móc wynająć kwaterę i nurzać się ciepłym morzu. Co roku jeździło ich coraz więcej, a każdego lata coraz mniej spożywczych substytutów kładli do bagażników. Od dawna nie zaglądam już do wspólnych kempingowych lodówek, lecz znajomi Dalmatyńcy mówią mi, że ze swymi puszkami przyjeżdżają teraz raczej Czesi lub Holendrzy. Nasi domagają się ryb i lokalnych mięs z rusztu i coraz trudniej wcisnąć im makrelę w miejsce dorady.
Wczoraj spędziłem dwie godziny w poczekalni jedynego na półwyspie ośrodka zdrowia. Skok z falochronu, woda w uszach, normalna wakacyjna przypadłość. Razem ze mną na przyjęcie przez pana doktora czekała też para rodaków. - Przy śniadaniu rozcięłam sobie dłoń, nic groźnego - powiedziała ona. - To nic - wtrącił on - gdyby pan wiedział, jak kapitalną wycieczkę odbyliśmy wczoraj - dodał. - Byliśmy na wyspie Mljet, co za ryby, przepłaciliśmy, znam się na tym, pracowałem w knajpie w Londynie i wiem, że sprytny facet nas podszedł. Ale nie żałuję, ryby były genialne, a skaleczenie to głupstwo.
Tak mówią nasi w Dalmacji. Co się stanie z tym optymizmem, gdy wrócą do kraju?
Robert Makłowicz
Pragniemy skupić wokół siebie mądry entuzjazm ludzi twórczo zmieniających świat na lepsze. Redakcja nie boi się opisu zjawisk negatywnych, ale pielęgnuje myślenie pozytywne i walczy z czarnym postrzeganiem świata i Polski.
Nowości od blogera
Inne tematy w dziale Rozmaitości