Wczoraj w Szczecinie miała miejsce mała apokalipsa. Czy aby na pewno? Nie. Nie było żadnej apokalipsy. Nikomu nic się nie stało. Szpitale uruchomiły awaryjne generatory, zamiast tramwajów na ulice wyjechała komunikacja zastępcza. Niektórzy nie mogli oglądać odmóżdżających telenowel. Jednak czy nieoglądane telenowele stanowią wystarczające źródło dewastacji wszechrzeczy, aby mówić o apokalipsie? Nie sądzę. Przynajmniej nie dla mnie. Można przejść z tym, jak to się mówi, do porządku dziennego i stwierdzić, że to kolejny dęty show ku uciesze społeczeństwa, któremu od wizji katastrofy jeży się włos na plecach. Jednak można spojrzeć na to wydarzenie z innej perspektywy. Można spojrzeć okiem, które wyłuskuje (czy oko może wyłuskiwać?) ze społecznych zachowań oznaki jego kondycji.
Co się właściwie stało? A no nic. Nic się nie stało. Zabrakło prądu. Kiedy mieszkałem na wsi prądu brakowało średnio raz na 2 tygodnie. Jesienią było to częstsze zjawisko ze względu na wiatry, które obalały drzewa na linie wysokiego napięcia. Było to irytujące, ale bynajmniej nie odczułem ani razu, że jestem światkiem końca świata. Co innego Szczecinianie. Oni odczuli dotyk gniewnego bożego palucha. A, raczej media starały się mnie przekonać, że w Szczecinie jest lokalny koniec świata. Newsroomy prześcigały się w przerzucaniu liczbami miejscowości pozbawionych prądu, liczbami zamkniętych szkół, opisami oszołomionych ludzi, którzy pozbawieni prądu nie wiedząc co ze sobą zrobić snuli się bez celu po ulicach i z niedowierzaniem obserwowali machinę, której zabrakło pary, podobnie jak z ryby wyciągnięte z wody nie mogą się nadziwić, że oddycha się jakoś ciężej.
Pomimo tego, że nikomu nic się nie stało jeszcze dzisiaj na Onetach i Gazetach można przeczytać na czołówkach kolejne dęte newsy o zagrożeniach sanitarnych, o kontrolach, o miejscowościach, które nadal pozostają bez prądu. Któż z nas miał tyle szczęścia, że nigdy w życiu nie doznał zatrucia pokarmowego? Dlaczego nie było wtedy w naszych kiblach kamer?
Zrośliśmy się z cywilizacyjnym technopolem. Jesteśmy jego częścią. Podobnie jak powyższe ryby po wyciągnięciu z wody nie giną od razu, tylko obserwują nieznany, dziki i wrogi świat, tak my ogołoceni z cywilizacyjnych dobrodziejstw, w miejscach gdzie powinny one być, jesteśmy jak przestraszone dzieci. Szczecińska nadymana apokalipsa przemawia do nas Frankensteinem. Cywilizacja może się obrócić w każdej chwili przeciwko nam. Ile razy w filmach widzieliśmy jak cywilizacja w dialektycznym akcie dokonuje zemsty na samej sobie i pogrąża się w mrokach. Mad maxy, Terminatory, Nowe wspaniałe światy, Matrixy, Frankensteiny, Wodne światy, Dni niepodległości, Godzille. Każde zdarzenie choć trochę przypominające technopoliczną autodestrukcję koresponduje z tymi wrośniętymi w nas wizjami, wywołując lęk zmieszany z dreszczykiem emocji.
Poulkulturowy głód zagłady zmaterializował się 11 września 2001 w Nowym Jorku. Wtedy dialektyczne dzieje spłodziły zdarzenie, którego złymi prorokami byli demiurgowie kultury masowej. Technika niszczy technikę i ostatecznie obraca się przeciwko człowiekowi. Brak prądu jest delikatną wariacją opartą o motywy apokaliptyczne. Budzi to w nas lęk, bo uruchamia mad maxowe skrypty. Budzi też w nas troszkę dreszczyku emocji, bo przypomina o radosnym „niespieszeniu się” (jak się spieszyć skoro wszystko nie działa).
W 1974 w Californi na kilka godzin zabrakło prądu. Od tamtej pory motyw ten wykorzystany został w dziesiątkach filmów. Wachlarz przyczyn, przerwy w dostawie energii, przedstawiany przez autorów dzieł był oszołamiający. Terroryści, agenci, UFO. Wszyscy maczali w tym obleśne paluchy. Najgłębiej paluchy unurzała jednak zbiorowa wyobraźnia, zbiorowe fobie, lęki i manie. Nieoczekiwanym (a może i oczekiwanym) wynikiem braku prądu w 1974 był spory przyrost ludności w 1975. Czy w Szczecinie za 9 miesięcy pojawi się nadspodziewanie dużo dzieci?


Komentarze
Pokaż komentarze (2)