Jakiś już czas minął już od, nazwijmy to, wybuchu w Rykach. Przypomnijmy: młodzieńcy jednej z tamtejszych szkół niewłaściwie układali sobie stosunki z tamtejszym nauczycielem. Oczywiście jest to powtórka z rozrywki. Były już kosze na głowach, gumy do żucia okręcane wokół szyi, a moja kuzynka nauczycielką niemieckiego będąc została nazwana przez swojego ucznia słowy niecenzuralnemi. Pocieszny Tato Janusz Korwin Mikke udaje, że tłumaczy przyczyny stanu obecnego, nic właściwie nie tłumacząc i proponuje wychłostać bydlęta, aby sprawa się nie powtórzyła. To jednak według JKM rozwiązanie niwelujące skutki. Bo myśl JKM jest jak Ogr – ma warstwy. Więc chłosta jest warstwą wtórną, a warstwą pierwotną jest sam System, bo jako żywo, JKM jest cybernetykiem. Kiedyś rzeczy takie się nie zdarzały, więc wystarczy tylko powrócić do czasów minionych, aby wszystko było ok. Czy ktoś słyszał, żeby Wesoły Dzikus wkładał kosz na głowę swojemu nauczycielowi? Oczywiście, że nie, bo nie było koszy na śmieci; i to jest podejście systemowe, co się zowie. Zostawiając w spokoju obłożonego książkami (dość cienkimi) JKM wypadałoby się zastanowić, co się zadziało złego i w których miejscach, bo akurat w kwestii dysfunkcjonalności Systemu z Korwinem Mikke się zgadam.
Na fali rocznicowej przetacza się przez kraj dyskusja o pokoleniu 89. No i uczniowie z Ryk zabrali w niej swój głos. Nie był to chyba rocznik identyczny, co rok produkcji owalnego mebla, ale z pewnością zbliżony i do dysputy uprawniony. Sami o sobie. Co cechuje rykowskich kozaków? To samo, co jest styczną ogromnej części dzieci transformacji.
Ucieszony Ciapek podchodzi do nauczyciela i się pręży. Bo stado patrzy. Bo kozaki z Ryk, to ponowoczesne stado, w którym toczy się walka o kolejność dziobania. Chłopcy zamiast posłuchać Darwina i wyrwać się z ewolucyjnych pęt zostali dopadnięci przez dewolucję. Zdawałoby się, że kolejność dziobania wśród ludzi powinny wyznaczać inne przymioty niż prymitywna, naga siła fizyczna. Niestety. Nie wśród kozaków. Kozaki zostały zostawione na pastwę doboru naturalnego. Nikt nie ingerował. Bo wszyscy mają w dupie małe miasteczka.
Aż trudno zacząć wymieniać przyczyny, które złożyły się na tą nie-ingerencję w małych, większych i największych miasteczkach. Po pierwsze dzieci transformacji, to dzieci, które zostały zostawione przez swoich rodziców. Pokolenie, które powiło dzieci transformacji to pokolenie, które rzuciło się w wir hiperkapitalizmu uznając, że to, co społeczne jest frajerskie. Wyznawali zasadę greed is good, nawet jeśli większość z nich znała lepiej rosyjski niż angielski. Tatowie i mamy zostawiły dzieci pod pilnym okiem telewizora i ruszyły do pracy, aby jak najwięcej wycisnąć z rewolucji pełnych półek. Społecznik? A co to za zwierzę? Indywidualizm głupcze! Nasiąkli, więc rodzice magicznym indywidualizmem, którym następnie nasączali swoje telewizorowe dzieci. Współczucie? A, to czasami mama, jak oglądała w telewizji „biedy” w Sprawie dla Reportera. No, ale to były prawdziwe biedy, bo w telewizji. A te, co w okolicy, to nie były biedami, bo ich w pasmach z biedami w telewizorni nie pokazali. Hiperrealne telewizyjne cierpienie stało się dla mam protezą empatii. Tatowie w tym czasie oglądali skacowanego Bruca Willisa, który zabijał złych ludzi w wieżowcu. A między tym wszystkim siedziały dzieci przełomu epok. Twardy tata, mama miękka tylko podczas oglądania biedy w telewizorni i ogólne przeświadczenie, że ten, kto współczuje i społecznikuje, ten frajer.
Zawiodła szkoła. A może przede wszystkim ona. Bo o ile rodziców można usprawiedliwić ich własnym zagubieniem, a tyle system edukacyjny był tylko i wyłącznie funkcją niekompetencji decydentów. I jest nią nadal. Szkoła polska od morza do Tatr, od Odry do czegośtam a wschodzie jest szkołą dysfunkcjonalną. Bo zamiast uczyć tego, co jest potrzebne i użyteczne nadal uczy o piastach. Nie ma w szkole zajęć, które pokazałyby, że dziewczynki nie służą do macania, nauczyciele nie są wieszakami na kosze na śmieci, a prezerwatyw się nie połyka. Polska szkoła to szkoła fikcji. Dla ucznia bardziej realny jest YouTube niż nauczyciel. To jest ostatecznym i najważniejszym, moim zdaniem, miernikiem odrealnienia klasy politycznej, która patologii szuka wśród układów nie przeciwdziałając rodzeniu się jej w zarodku.
Dzisiejsze młode pokolenie to pokolenie emocjonalnych kalek, które uczą się żyć naśladując bohaterów telenowel i seriali. Ich aspiracją jest dostanie się do klasy wyższej, w piramidzie, której szczyt stanowi Kasia Cichopek, albo Oliwier Janiak; czy tam Mariusz. Relacje, które budują to relacje tak samo narcystyczne, jak Jola Rutowicz i równie głębokie jak jej myśl. Młode pokolenie to pokolenie skonsumowane, które idąc do sklepów nie patrzy pod nogi. Ci, którzy są na niższym szczeblu są niewidoczni. To ci, którym się nie udało, bo za mało cwaniakowali i za mało kozakowali. Tylko najsilniejsi przetrwają. Nauczycielom można założyć kosz na głowę. Młode pokolenie robiąc glazurę w Glassgow w 5 dni zarobi tyle ile nauczyciel w miesiąc, a w wakacje tyle ile nauczyciel przez rok. Stawka wyższa: Oliwie Janiak.
JKM ma rację, że zawiódł system. Tylko książki, które w tle zadają lansu w jego videopostach chyba są ciut stare. System zawiódł, bo nie pomyślano o tym, kluczem do dobrego życia jest społeczeństwo obywatelskie. Takie społeczeństwo, w którym indywidualizm nie kłóci się z kolektywnością. Ci, którzy decydowali (poleciało Lepperem) hołubią książki tak stare jak te, którymi szpanuje Korwin Mikke. O kilka osób za dużo w dupie miało małe miasteczka.


Komentarze
Pokaż komentarze (9)