Rozpierzchła się ostatnio po kraju szkalująca fala tsunami niosąca błoto, pomyje, szczątki różnej maści i ogromną ilość mięsa. Epicentrum znajdowało się w USA, gdzie nastał już zmierzch białego człowieka. Czarny człowiek położył swoją czarną rękę na administracji i się zaczęło. Departament Stanu ogłosił Raport, który każdego Polaka powinien doprowadzić, co najmniej do złości. Napisane w nim, bowiem, że kraj, co prawda przestrzega praw człowieczych ale... No i to „ale” zdaje się być najważniejsze. Departament uznał, że w Polsce panuje antysemityzm, że policjanci nadużywają władzy, że więzienia są przepełnione, że w aresztach się siedzi za długo i niepotrzebnie, że mniejszościom seksualnym jest nie najlepiej, że tryby żarna sprawiedliwości mielą długo. Na szczęście są jeszcze odważni Polacy, którzy, jak niegdyś w przeboju słów Jacek Cygan użył: przełamują falę. Tym, który stawił czoła powodzi półprawd i przekłamań zasługując na miano Davida Hasselhoffa był Dominik Zdort. Pominął on kwestię tego, że w gruncie rzeczy Departament dobrze ocenił Polskę, skupiając się na pomyjach. Stwierdził, że rząd amerykański się skompromitował, jako ten, który czerpie informacje „od działających nad Wisłą aktywistów radykalnych lewackich organizacji, oderwanych od rzeczywistości i żyjących w świecie własnych wyobrażeń”. Jakie to organizacje, wszyscy wiemy.
Proponuję, więc redaktorowi Zdortowi kilka eksperymentów, aby sprawdzić, czy odosobnione przypadki, są aż tak odosobnione. Najpierw poleciłbym wyruszyć z siedziby Rzepy do księgarni Naszego Dziennika. Na Solidarności; do rzeczonej placówki z budynku Rzeczy jest rzut, nomen omen, beretem, więc można dla zdrowia przejść się spacerkiem. Następnie należy postać, poprzeglądać pozycje na półkach nasłuchując jednocześnie, o czym rozmawiają kupujący. Po tym wzbogacającym doświadczeniu, które polecałbym każdemu młodemu adeptowi psychiatrii i psychologii, zaleciłbym redaktorowi Zdortowi kwerendę na forach internetowych. Moim ulubionym przykładem jest Leszek Hirszenberg: Żyd, którego nie było. Po przeczytaniu wielu niepochlebnych opinii odnoszących się do rzekomego pochodzenia nieistniejącego artysty (o którym to nieistnieniu oczywiście nie wiedziały osoby zabierające na owych forach głos) zalecam, w poszukiwaniu wymyślonego przez oczywiście „radykalne lewackie organizacje” ansytemitymu, udać się na wschód Polski. Tam należy pochodzić po domach, porozmawiać, kto winny jest biedzie na wsiach. Kiedy już okaże się że Żydzi, należy przystąpić do kolejnego eksperymentu.
Proponuję pozbyć się garnituru od Zegny, czy innych przynależnych klasie wysokiej gadżetów wejść w konflikt z prawem i czekać na interwencję władzy. Z policjantami nie jest tak źle oczywiście, więc próbę należałoby powtórzyć tyle razy, aby metodologicznie wszystko było poprawne (polecam odwiedziny na meczu). Kiedy już dostanie się niezupełnie zawinienie pałą po plecach można dalej badać odrealnienie lewaków.
Niechże Pan redaktor złapie za rękę red. Pawła Lisickiego i wyruszy wieczorową porą na ulice małego miasteczka, o którym niegdyś tak niepochlebnie pisał Andrzej Bursa. O ile homoseksualistę udać dość łatwo, to dość trudno udać murzyna. Tutaj bezpośrednia obserwacja może okazać się niemożliwa, jest, więc red. skazany jest na opowieści czarnych Polaków. Oczywiście murzyn jak murzyn, może kłamać. Wiadomo, jak to było z Mollem…
Kolejny eksperyment polegałby na wkroczeniu do zakładu karnego. Też może być trudno. Zwłaszcza, jeśli chodzi o obserwację uczestniczącą. Zresztą tej ostatniej nie polecam, bo w przeludnionej celi intelektualista, który nie wyciska 150 pompek na jednym ręku mógłby mieć przekichane.
Z własnego doświadczenia dodam, że sprawa o kradzież portfela sprzed półtora roku, ciągle jest w toku. A gdybym nie oglądał amerykańskich filmów szpiegowskich, które pomogły mi wykoncypować jak znaleźć złodzieja, zapewne nie udałoby się policji znaleźć człowieka, który dopuścił się czynu zabronionego (to a propos opieszałości sądów).
Kiedy już redaktor Zdort przeprowadzi sumiennie wszystkie eksperymenty, może się okazać, że zarzut odrealnienia skierowany w stronę „lewackich organizacji znad Wisły” mógł zostać sformułowany pochopnie, albo przynajmniej nie z tym wektorem, co trzeba. Bo Rzeczpospolita, to nie tylko się mieści na Prostej, ale również w małych miasteczkach, o których tak nieładnie pisał kiedyś Bursa.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)