Jakiś czas temu Donald Tusk postanowił przemówić do lewicy dorzucając do listy do PE Danutę Hubner. Pragnąc podbić serca zwolenników skompromitowanej prawicy do listy na Podkarpaciu dorzucił Krzaklewskiego. Teraz Tusk postanowił przemówić do tej niszy, która do wyborów do PE raczej się gremialnie nie uda, ale a nuż zapamięta gest i przechomikuje go w głowach do wyborów prezydenckich. Postanowił on wyjść naprzeciw oczekiwaniom czytelników tabloidów. Jego słowa dotyczące sposobu finansowania partii politycznych, które padły z sejmowej mównicy przypominały poetykę jedynek najbardziej poczytnych dzienników w Polsce i bynajmniej nie mam tu na myśli tytułu redagowanego na Czerskiej.
„Niemoralne procedery”, „nikczemne hipokryzje”, „wstydliwe spektakle” i „wyciąganie milionów złotych z kieszeni podatników”. Brakuje jeszcze „pijanych urzędasów”, „darmozjadów z sejmu” i „bezwzględnych bydląt”. Jest szansa, że na jutrzejszych pierwszych stronach zamiast wyliczeń ile kosztuje partyjne życie będzie Donald Tusk i jego heroiczna walka z establishmentem, przepraszam, z nierobami z Wiejskiej. A jeśli nie na jedynce, to może jakaś wesoła pani z piersiami na wierzchu, najprawdopodobniej Ania (22l.) z Sanoka, szepnie ze strony ostatniej, że jest dumna z jej premiera, bo jako osoba ambitna, młoda i przedsiębiorcza głosowała na PO w ostatnich wyborach.
Platforma jest partią typu catch all. Łapie lewice, prawice, biedaków, krezusów, tych z wielkich miast, a tym z małych obiecuje, że poprzez akt głosowania zbliżą się oni trochę do świata, który oglądają za szkłem kineskopu. Tajemnica sukcesu PO tkwi w tym, że toczy ona bój na wszystkich frontach. Reprezentuje wszystkich, więc tak naprawdę nie reprezentuje nikogo. Reprezentuje pracodawców, pracowników, katolików, ateistów, zwolenników i przeciwników polityki IPN, a kiedyś, kiedy jeszcze Jan Rokita, ostatnio ciężko pobity, był członkiem jednoosobowej frakcji w PO, reprezentowała również anarchistów, i broniła ich przed PiSowską tyranią.
Partie catch all reprezentując interesy wszystkich nie reprezentują w rzeczywistości żadnych interesów, poza swoimi własnymi. Są one maszynkami do głosowania, tworami o stu twarzach, z których jedna się uśmiech, inna warczy, a jeszcze inna boleje. Polityka w wykonaniu maszyn do głosowania to polityka gestów i symboli. Staje się ona domeną teatru. Należy tutaj wspomnieć, że każdy sposób uprawiania polityki ma coś igrzysk. Chodzi jednak o przeniesienie akcentów. Tutaj igrzyska są permanentne, a widownia ciągle dywersyfikowana. I wszyscy są szczęśliwi. Jest trochę chleba, trochę igrzysk, Chińczycy zrobią tanie buty i tanie komputery, a jutro na jedynkach będzie heroiczna walka. Albo Ania z Sanoka (22l.) przemówi swoimi piersiami do mężczyzny szukającego męskich emocji w postaci kulejącego Fabiańskiego (bez urazy). Jak go interesują ostatnie strony ze szportem, a nie interesuje go kwestia finansowania partii, to może zajmą go piersi.
Komentarze
Pokaż komentarze