Wczoraj kryzys wygnał mnie do jednego z dyskontów. Poczyniłem pewnych obserwacji; najszły mnie reflekcje. Były one kontynuacją obserwacji sprzed kilku dni, kiedy do dyskontu udałem się z dobrym kolegą, któremu, tak zwane życie, nie dało możliwości nigdy opuszczenia owych przybytków.
Kobieta siedząca za ladą rozmawiała przez telefon komórkowy zakrywając go kołnierzem firmowego znoszonego polaru. Na pytające spojrzenie jednego z kupujących, wyjaśniła, że kamery patrzą, a na sklepie rozmawiać przez komórkę nie nada. Wszystko wydaje się być oczywiste, bo sklep o miejsce pracy, a nie pogaduszek, z małym tyko zastrzeżeniem, mianowicie, że człowiek nie jest kasą fiskalną, a istotą, która czasem musi z córką o zakupach na obiad pogadać.
Wiele jest nazw pokoleń. Jest pokolenie JPII, Róbta co chceta, System 09, generacja nic, generacja X,Y,Z. Jest również określenie ludzi siedzących na kasach. Nie wiem czy mowa o „pokoleniu” jest tutaj nazwą właściwą. Rozsławione pokolenie 1200 brutto, to właściwie przekrój przez wszystkie pokolenia. To, co ich łączy, to bezalternatywność żywota. To jest „grupa społeczna 1200 brutto”.
Pracownicy junk job. Wykonują pracę nudną do wyrzygania, przez 8 godzin dziennie. Kamery bacznym okiem filują, czy jakiemuś pracownikowi przypadkiem nie zebrało się na pogaduszki przez komórkę. Working poor nie mają zbyt wielkiej szansy na awans, nie mają zbyt wielkiej szansy na podwyżkę. Są to ludzie, którzy zostali zapędzeni w róg. Praca w McJob jest ich jedyną możliwością zarobkowania poza szarą strefą. Albo to albo kradzież, przemyt, sprzedawanie papierochów wagonami na Rondzie Daszyńskiego.
Chyba popłynę w straszny banał: to są ludzie, którym bójki o IPN nie pomogą. Nie pomoże im rewolucja moralna, ani powrót do standardów. Jest to grupa na tyle słaba ekonomicznie i na tyle bierna, że z jej interesami mało, kto się liczy. Współczujący konserwatyzm współczuje pokrzywdzonym przez miniony system opozcjonistom, lewica (ta od Dyducha) współczuje byłym emerytowanym funkcjonariuszom SB, liberałowie współczują młodym przedsiębiorcom, którzy borykają się z rozdętą biurokracją. I oczywiście każda partia współczuje swoim związkowcom. Pracownikom junk job nie współczuje nikt. Żadna licząca się partia nie ma interesu w poruszaniu tej kwestii. A Jarosław Kaczyński nie robi zakupów w LIDLu.
Dla nich system, który narodził się po komunizmie jest systemem gorszym niż komunizm. Wczesniej płaciło się im mało za leserstwo. Teraz płaci się im jeszcze mniej, ale za wyczerpującą pracę pod okiem kamery, i przełożonego-w-służbie-kapitalizmu, który jeśli wymaga tego sytuacja zabroni pójść się wysikać. Może za to polecić pielucho-majtki. Pracownicy junk job zostawiają prawa obywatelskie w domu. Idąc do roboty stają się niewolnikami. Nie ma obowiązku pracy w dyskoncie, ale żeby żyć jest obowiązek jedzenia. Ten z kolei trudno realizować bez pieniędzy. „Prawa obywatelskie zawieszone w godzinach 8-17”.
Komentarze
Pokaż komentarze (26)