Stanley Kubrick skręcił niegdyś bardzo ciekawy film opowiadający osadzoną w XVIII wieku historię młodzieńca z zubożałej szlachty, który dzięki swej przebiegłości pnie się po drabinie prestiżu. Po drodze młodzieniec walczy w wojnie siedmioletniej, ratuje życie ważnemu oficerowi, kantuje grając w karty, dezerteruje, żeni się z kobietą, której syn z poprzedniego związku wyzywa głównego bohatera na pojedynek, skutkiem, którego główny bohater musi przejść amputajcę kończyny dolnej. Ponaddwugodzinne dzieło kończy się mottem, które chyba każdemu, kto oglądał film zapada w pamięć: „Za panowania Jerzego III przedstawione tu osoby żyły i toczyły spory. Były dobre i złe, mądre i głupie, bogate i biedne, piękne i brzydkie. Teraz są równe.” Barry Lyndon, Lady Lyndon, jej syn, kolega Lyndona, kapitan Potzdorf, żołnierze, wieśniacy. Przyszła kostucha i spełniwszy swoją powinność wszystkich ścięła równo. Nikt nie wystawał. Przejechał walec śmierci i wyrównał. Wobec sympatycznej szczupłej pani w czarnym uniformie dzierżącej narzędzie przydatne podczas sianokosów wszyscy byli tacy sami. Ale to było dawno i nie prawda. Teraz Kostucha podała została zaprzęgnięta do branży infotainment. Barrego Lyndona wraz z jego małżonką, wieśniakami i kapitanem Potzdorfem ścięła równo, a dzisiaj na ekranach telewizorów kostucha uprawia florystykę.
Prezydent ogłosił osiemdziesiątą siódmą żałobę narodową za jego kadencji. Jego decyzja wydaje się być funkcją wywiadów z ofiarami pożaru w Kamieniu Pomorskim, czarnobiałych fotosów i pompatycznej muzyki. Śmierć jest warta tyle ile jej medialna estetyka. Najważniejsi dla spektaklu są ci, którzy umierają gromadnie i nagle. Miarą etyki ostatecznej jest ilość ciał, gwałtowność zdarzenia i estetyka medialna tragedii. I te smutne mordy dziennikarzyn przeprowadzających wywiady z płaczącymi matkami. Wszystko to rozpuszcza tragedię w medialnym spektaklu.
Nikt inny nie umarł od osiemdziesiątej szóstej żałoby. Wszyscy żyli długo i szczęśliwie. Drogi były niczym korytarze powietrzne, gdzie zderzenie z drzewem było niczym uderzenie o chmurę. Nikomu nic się nie stało. Nowotwory pięknie żyły w symbiozie ze swoimi żywicielami. Noże w konkubinatach służyły tylko do smarowania masła na świeżym pieczywie. Zima bezdomnym fundowała ciepłe pierzynki ze puszystego śniegu. Śnieg był normalnym dla nich tylko wtedy, kiedy chcieli się porzucać śnieżkami, kiedy syci i szczęśliwi jak dzieci wychodzili z wykwintnych restauracji. Zawały serca były niczym orgazmy. Ktoś doznał go raz, natychmiast chciał kolejny. Wylewy były jak zaciągnięcie się marihuaną. Z AIDSem każdemu było do twarzy. Kobiety delikatnie traciły na wadze, co podkreślało ich wdzięki, mężczyźni natomiast nabierali od niego ostrych rysów twarzy, przez co przystojnieli. Tylko autobus gubiący przez trzy dni dach zaburzył ten arkadyjski klimat. Na szczęście nikt tam nie zginął.
Patrząc na czarne wstążeczki przy telewizyjnych logotypach widzę mrugające oko osób, które były odpowiedzialne za ich umieszczenie. Widzę kolegia redaktorskie, na których w wesołej atmosferze robi się podśmiechujki z pożaru, które za chwile muszą zmienić się w smutne mordy na ekranie i smutne głosiska w radiu.
Dzisiaj o północy znikną czarne wstążeczki. O ile w tych szczególnych dniach nic od normy nie odbiegało, poza tym, że smutny był prezydent, premier i dziennikarze, tak teraz wszystko do normy wróci. Drogi będą niczym korytarze powietrzne, nowotwory przyjaciółmi swoich ofiar, noże będą służyły do tego, o czego służą w reklamach, zima będzie niczym wczesnoletni poranek, zawały serca na powrót staną się orgazmami, wylewy dobrym buchem trawy a AIDS najlepszym kosmetykiem dostępnym nielicznym. Wszystko będzie takie do czasu, kiedy kostucha znowu nie zajmie się florystyką uprawianą do spółki z infotainment, a prezydent nie ogłosi osiemdziesiątej dziewiątej żałoby narodowej.
Komentarze
Pokaż komentarze