Turcja coraz bardziej oddala się od świata zachodniego, który jej nie chce. Procesy te są dwustronne i dlatego - bezszmerowe. Jedyne zgrzyty rozlegają się na linii Turcja-Izrael; zapoczątkował je w styczniu premier Tayyip Erdogan, potępiając operację przeciw Hamasowi w Strefie Gazy. W reakcji na to Izrael zrezygnował z mediacji Ankary w kontaktach z Syrią.
Teraz z kolei Turcja wykluczyła Izraelczyków z udziału w manewrach lotniczych NATO, a Erdogan chlapnął coś efektownie o „atakowaniu fosforem palestyńskich dzieci”. Jego szef dyplomacji Davutoglu podpisał dziś w Damaszku umowę o zniesieniu wiz - fellahowie ze zbankrutowanej Syrii zrekompensują Turkom utratę masowej turystyki izraelskiej (?)...
Wygląda to wciąż na przepychanki w rodzinie, ale sprawa jest dużo poważniejsza i może wskazywać na kompletne przeorientowanie zagranicznej polityki tureckiej. Towarzyszy temu coraz wyraźniejsza dekemalizacja, czyli - forsowane przez islamistów - rozmydlanie proeuropejskich pomyslów Ataturka. Ich orędownikiem była dotąd armia.
Po raz pierwszy od dawien dawna na kursy oficerskie w Turcji przyjmowani są ludzie, deklarujący się otwarcie jako wyznawcy islamu. Dwukrotnie już, w 2002 i w 2007 roku, kemaliści przegrali wybory powszechne. Nic dziwnego, że nie widać też najmniejszych przejawów sprzeciwu ze strony wojska wobec antyizraelskiej linii dyktowanej przez ekipę Erdogana.
Turcja (pomna swej przeszłości imperialnej) chce mieć wpływy w Azji, na Kaukazie, Bałkanach i w Oriencie. Z Europą nie wyszło, więc Ankara usiłuje zapewnić sobie pozycję „mocarstwa regionalnego” - która kiedyś przełożyć się może na stosunki z UE. W relacjach ze światem arabskim Erdogan chce zluzować przeznaczonego do odstrzału Ahmadineżada.


Komentarze
Pokaż komentarze (15)