Co się tyczy rosyjskiego prezydenta Medwiediewa - jak już mówiłem wczoraj - Rosja na chama pcha się na Bliski Wschód. Oczywiście, jest to częścią jej najnowszych aspiracji mocarstwowych. Najpierw próbowała uzyskać to, posługując się kartą irańską, ale doszła najwyraźniej do wniosku, że opcja atomowa może okazać się groźną bronią obosieczną.
W obecnych warunkach wciąż jeszcze najlepszą metodą wepchnięcia łap na BW jest gotowość do przewlekłego mediowania w konflikcie izraelsko-palestyńskim. W tym celu jednak konieczna jest nie tylko gotowość do zaangażowania w sensie koncepcyjno-dyplomatycznym, lecz także finansowo-pomocowym. Tego zaś Rosjanie boją się bardziej niż wojny.
Drugim warunkiem mediacji rosyjskiej byłoby znalezienie dwóch antagonistów chętnych do rozmów... w dającej się przewidzieć przyszłości. Trudno jednak wyobrazić sobie, że Izraelczycy zechcą negocjować z terrorystycznym Hamasem, będącym przy tym przybudówką Teheranu. Zresztą "przybudówka" też nie chce gadać z syjonistycznym reżimem.
Rwący się do mediacji Rosjanie chcą zatem choćby spod ziemi wydobyć antagonistów, na użytek których mogliby wykorzystać cały swój wdzięk dyplomatyczny. Nie należy to oczywiście do zadań prostych, ani miłych. Można się było o tym przekonać najlepiej, gdy Medwiediew ściskał grabę czarnobro dego terrorysty Haleda Maszala w Damaszku.


Komentarze
Pokaż komentarze (24)