Placyk Trafalgar z kolumną - admirał Nelson, ostry facet, który pogonił flotę „małego kaprala” i uprawiał bara-bara z lady Hamilton. Zginął w pełnej gali na mostku kapitańskim od kuli napoleońskiego snajpera. Nie urządzono mu pogrzebu morskiego - jego zwłoki przewieziono do Anglii w beczce z rumem.
W Tel Awiwie, zanim jeszcze powyrastały wszędzie standardowe do pulpitacji śledziony galerie handlowe - najlepszym miejscem z knajpami z parasolami i butikami z markizami była centralna ulica Dizengoff. Tam na wprost pasażu z teatrem i deskorolkarzami mieściła się jedna z moich „met jedzeniowych”.
Był to narożny barek, gdzie jadałem odziedziczoną w Izraelu po Turkach osmańskich „szwarmę” z dodatkiem sałatki pomidorowej zw. Sałatką Nelsona. Do dziś nie wiem, skąd się ta piękna nazwa wzięła - nie spotkałem się z nią nigdzie indziej. Możliwe, że była pomysłem miejscowego knajpiarza.
Nie znosiłem nigdy sałatek pomidorowo-ogórkowych, gęsto siekanych w drobne kosteczki, spotykanych w Izraelu na każdym kroku. Izraelczycy podpatrzyli je niewątpliwie u arabskich ludów ościennych, podobnie, jak puste w środku placki zw. pitami i „falafel” (smażone w oliwie kulki z ciecierzycy).
W Sałatce Nelsona pomidory były zawsze klarownie pokrojone w duże kawałki i oblane śmietaną. Oczywiście w myślach łączyłem je sobie z admirałem Nelsonem, a nie np. z rezydującym kiedyś w wiosce rybackiej pod Ejlatem (Taba) - Rafi Nelsonem. Legendarnym „królem izraelskich hipisów”.


Komentarze
Pokaż komentarze (20)