W Boeingu 737, który o szóstej rano czasu miejscowego wyleciał z izraelskiego lotniska Ben-Guriona pod Tel Awiwem i po niecałych czterech godzinach zbliża się – nad chmurami prześwietlonymi słońcem - do krakowskiego portu lotniczego Jana Pawla II daje się odczuć nastrój ożywienia. Siedzący w tyle samolotu francuskojęzyczni pasażerowie, którzy jak dotąd nie różnili się niczym od otoczenia, okazują się nagle wycieczką belgijskich Żydów. Zakładają starannie zaprasowane „tality” i kołyszą się monotonnie w modlitwie w przejściu między siedzeniami.
Ten widok elektryzuje młodego amerykańskiego chasyda -„chabadnika” z laptopem i mp4, który prawie całą drogę przespał, chrapiąc z cicha, wtulony w kąt siedzenia. Teraz przytomnieje błyskawicznie, zrywa się na nogi i zaczyna „Belgom” gorączkowo wciskać wizytówki z zaproszeniami na piątkową modlitwę w odrestaurowanej niedawno ponad 360-letniej synagodze Izaaka - w starej, zabytkowej, przeżywającej niewiarygodny rozkwit, dzielnicy żydowskiej, która nazywa się Kazimierz.
Zza cienkiej ścianki z zasłonką, oddzielającej kokpit od służbowego boksu, dochodzą odgłosy gorączkowej krzątaniny: steward, który parokrotnie już prosił „Belgów” o zajęcie miejsc i zapięcie pasów pomaga stewardessie robić porządki. Już zaraz stuknięcie kół o betonowy pas lotniska; zza okien kołującego samolotu wyłania się pochmurny ranek z jaskrawymi odblaskami na niebie; na ich tle, jeśli akurat jest późna jesień, widać bezlistne drzewa; tak samo, jak w ostatnim filmie Andrzeja Wajdy pt. Katyń.
Stłoczonych w przejściu pasażerów z podręcznym bagażem zatrzymuje nagle niewyraźny, urywany komunikat z kabiny pilotów, wzywający do ponownego zajęcia miejsc, gdyż w terminalu portu lotniczego wystąpiły „drobne opóźnienia z powodów technicznych”. Po dłuższej chwili okazuje się, że na bramkach kontrolnych zatrzymano jakiś „podejrzany pakunek”. - Całkiem jak u nas; jakbyśmy w ogóle nie ruszali się w Tel Awiwu! - denerwuje się któryś z mówiacych po polsku izraelskich pasażerów.
Terminal na Balicach jest dosyć mały, a całe lotnisko przerobione z dawnego wojskowego. Czają się tam jeszcze klimaty i cienie przeszłości, np. stare, przerdzewiałe rosyjskie MiGi stojące na poboczach pasa startowego. Najbardziej charakterystycznym znakiem nowych czasów są jednak grupy młodych angielskich turystów, przylatujących do Krakowa tanimi liniami i po parodniowym maratonie w barach – przysypiających we wszelkich możliwych pozycjach w przeszklonej hali odlotów.
Z prawie godzinnym opoźnieniem wydostaję się z zatłoczonej strefy przylotów. Za barierką dostrzegam trzech topornych typów z gatunku - homo sovieticus - jakby żywcem wyjętych z dawnych karykatur wybitnego pols kiego rysownika, Andrzeja Mleczki; tylko im „berecików z antenką” brakuje - przypominam sobie ewenement obyczajowy, będący niegdyś nieodłącznym znakiem komuny. Cała trójka jest jednak gładko wygolona, zalatuje dobrym after shavem i trzyma kartoniki z drukowanymi szwabachą napisami: Dr. Rozenbaum, Miss Lichtenbaum i Prof. Birenbaum. @
„Fragmencik”-2 to poczatek mojej nowej ksiażki, która ukaże się w 09. – najpierw po hebrajsku w Izraelu, a potem - zwykłymi literkami - w Polsce. Jest to rodzaj reportażowego przewodnika - Kraków, Warszawa, Łódź, Gdańsk - połączonego z rozmowami z ponad 20 świetnymi ludźmi o tym, jak polska kultura przeszła przez „Morze Czerwone”. W krakowskiej części są m.in. wywiady z Wajdą i Mleczką. W wersji polskojęzycznej nie będzie wyjaśnień i przypisów,, których wymagac będzie edycja hebrajska i in.




Komentarze
Pokaż komentarze (32)