Sarkozy pozytywnie zaskoczył paru ludzi na świecie. Najpierw myślałem, że jeszcze jeden facecik z show-biznesu dorwał się do koryta, a tu proszę...Carla Bruni, po krótkim spacerku pod piramidami etc. zniknęła z frontu wydarzeń, ustępując wybiegu... Dalajlamie i mojemu ulubionemu „Persowi”, jak nazwał go ostatnio prezydent Egiptu, Hosni Mubarak.
Oczywiście, że spotkanie Sarko z Dalajlamą XIV i to właśnie w Gdańsku na rekolekcjach noblowskich Lecha Wałęsy - było fantastycznym wydarzeniem. Chińczycy dostali piany na pyskach - jakże słusznie - bo uśmiechnięty łagodnie Tybetańczyk w połyskliwej pomarańczowej todze, chętnie i gietko się kłaniający, to przeciwnik groźny jak tsunami.
Gdyby taki Dalajlama objawił się np. w Oriencie wśród miłujących pokój Palestyńczyków, to od dawna - proszę mi wierzyć - mieliby własne państwo, obfitujące w dobra wszelkie. A tak to wizja seraju zaczyna coraz bardziej się rozwiewać - jak arkadyjskie obrazki z japońskimi gejszami, których cenną cechą jest dwuwymiarowość.
Wróćmy jednak do ulubionego „Persa” – jak nazwał Ahmadineżada wciśnięty stale w kamizelkę kuloodporną prezydent Egiptu Hosni Mubarak... Nicolas Sarkozy na rekolekcjach z okazji 60-lecia uchwalenia Deklaracji Praw Człowieka ONZ w Paryżu powiedział, że nigdy nie podałby ręki Ahmadineżadowi - za to, że groził zniszczeniem Izraela.
W dodatku Sarko wygłosił swoje expose głównie pod adresem Jimmy Cartera, chcącego spotkać się w Libanie z Nasrallahem - liderem Hezbollahu, czyli libańskiej przybudówki Iranu. Ten zaś odmawia spotkania.


Komentarze
Pokaż komentarze (16)