Barack H. Obama chce przełamać pesymizm, który niepostrzeżenie ogarnął Ziemię-planetę na początku XXI wieku. Pierwszym poletkiem doświadczalnym ma być Bliski Wschód, którym zajmować się będzie specjalny wysłannik prezydencki - b. senator George Mitchell. Ma on za sobą record dyplomatyczny, jako mediator w Irlandii Północnej.
Po otrzymaniu nominacji Mitchell zadeklarował, że „nie ma takiego konfliktu, który nie dałby się rozwiązać”. Jak dotąd jednak, wszystkie porozumienia i inicjatywy pokojowe zawierane pod patronatem USA na Bliskim Wschodzie - przynosiły rozczarowania. Począwszy od Camp-David (1979), poprzez układy z Oslo (1993), aż do Annapolis (2007).
Nawet w przypadku Egiptu i Jordanii, które pogodziły się z Izraelem - nie przełamało to izolacji politycznej Izraela w „morzu arabskim”. Jednym z powodów jest to, że umowy zawarte przez oligarchie rządzące tymi krajami, nigdy nie zostały zaakceptowane przez szerokie warstwy, które po prostu nie chcą mieć Izraela w okolicy.
Nałożyła się na to ostra eskalacja islamizmu w całym świecie arabskim, której integralną częścią jest Hamastan. Nie wygląda więc raczej na to, aby administracji Baracka Obamy udało się zdziałać cuda. W najlepszym razie, USA zdołają zamrozić nieco konflikt bliskow schodni, gdyż głównym problem w najbliższych latach jest Teheran.
@
W Izraelu jak zawsze zmiany następują błyskawicznie; jeszcze nie przeminęły echa Płynnego Ołowiu, a już tematem nr 1 są wybory (10 lutego). Dodatkową rozrywką są też wrzaski wycieruchów lewackich w Europie, odgrażających się Izraelczykom kapturowymi procesami... za rozbicie Hamastanu. Najgorsze niedojdy, jak zwykle, wycierają sobie dzioby Holokaustem.
Komentarze
Pokaż komentarze (9)