Poznaniak Marcin Libicki wyliczył sobie, że stracił 4,1 mln zł, bo gazeta "Polska Głos Wielkopolski" zamieściła w 2009 r. cykl artykułów na temat jego rzekomej współpracy agenturalnej z wywiadem PRL. Gdy sąd lustracyjny oczyścił go z zarzutów, Libicki pozwał wydawcę tego dziennika i zażądał takiej astronomicznej kwoty odszkodowania. Według Libickiego, stracił tak dużo wskutek tego, że po tych publikacjach został skreślony z listy PiS w wyborach do Parlamentu Europejskiego i nie został posłem. Kwota 4,1 mln zł to nie tylko równowartość utraconych wynagodzeń i diet poselskich, ale także obniżonej emerytury, która przysługiwałaby mu po zakończeniu pracy w europarlamencie.
Moim zdaniem, sądowy pozew Libickiego powinien zająć czołowe miejsce w plebiscycie na szczyt bezczelności w III RP. Libicki zakłada bowiem, że gdyby wystartował w wyborach, to na pewno zostałby wybrany posłem. Twierdzi tak na podstawie tego, że Konrad Szymański, który zamiast niego był jedynką na poznańskiej liście PiS, do europarlamentu się dostał. Ale to przecież nie jest żaden dowód. Libicki nie jest w stanie w żaden sposób dowieść, że gdyby to on był jedynką na liście PiS, to zostałby europosłem. Przecież zgodnie z ordynacją, wyborca głosuje nie na listę danej partii lub danego komitetu wyborczego, lecz na osoby na tych listach się znajdujące. Nie ma zatem gwarancji, że Libicki otrzymałby w głosowaniu więcej głosów niż Szymański. Niejeden raz zdarzało się przecież, że otwierający listę kandydat przegrał z kimś umieszczonym na dalszej pozycji.
Co więcej, nie wiadomo, czy gdyby Libicki wystartował w wyborach z listy PiS, to ta partia uzyskałaby w Poznaniu mandat. Wyborcy mogliby cofnąć swe poparcie dla ugrupowania, które umieściło na pierwszym miejscu swojej listy osobę podejrzaną o współpracę z peerelowskimi służbami specjalnymi. Jak wiadomo zwolennicy PiS są bardzo uczuleni na kwestie dotyczące lustracji. Umieszczenie Libickiego, któremu postawiono publicznie zarzuty dotyczące współpracy agenturalnej z komunistycznym wywiadem, na czele listy partii postulującej oczyszczenie życia publicznego z agentów, dałoby innym ugrupowaniom politycznym pretekst do atakowania jej, że stosuje podwójne standardy. W efekcie PiS mógłby uzyskać w okręgu poznańskim za mało głosów, żeby zdobyć mandat.
No i kwestia kwoty odszkodowania. Gdyby Libicki został posłem, to musiałby ponosić znaczne koszty w związku ze sprawowaniem mandatu (biuro poselskie, podróże, noclegi). Wątpię, czy występując o odszkodowanie, libicki uwzględnił to w rachunku.
Smaczku całej sprawie nadaje fakt, że portal gazeta.pl chwalił w 2009 r. Libickiego "za eleganckie wyjście z PiS-u". Po rezygnacji przez niego z członkostwa w tej partii, przyznał mu tytuł "gracza tygodnia". Uzasadnienie brzmiało następująco: "Libicki pokazał tutaj dużą klasę. A klasa i honor to w polskiej polityce towary ciągle deficytowe, dlatego postanowiliśmy to docenić. Libicki pokazał też, że nie zależy mu tylko na mandacie i diecie poselskiej. Po rezygnacji dostał trzy propozycje startu w wyborach, ale żadnej nie przyjął. (...) Nie mieszał z błotem gazety, która go atakowała, co może nie jest szczególnym osiągnięciem, ale politycy zazwyczaj najpierw atakują media ujawniające kompromitujące informacje, a dopiero później próbują się bronić".
Nie pierwszy i nie ostatni raz pracownicy Agory uznali, że odejście polityka z PiS-u jest godne pochwały i czyni go natychmiast "człowiekiem honoru". Ale w przypadku Libickiego bardzo mocno się pomylili. Okazało się bowiem, że tak naprawdę, to chodziło mu jedynie o kasę. A propozycji startu w wyborach z innej listy nie przyjął jedynie dlatego, że zdawał sobie sprawę, że do europarlamentu się nie dostanie. No i zamiast "zmieszać z błotem" "Głos Wielkopolski", postanowił go zrujnować. Jedyne prawdziwe zdanie w cytowanym wyżej fragmencie to stwierdzenie, że "klasa i honor to w polskiej polityce towary ciągle deficytowe".
Mimo że, moim zdaniem, roszczenia finansowe Libickiego są kompletnie absurdalne, to nie wykluczam, że sąd przyzna mu rację. Gdyby tak się stało, to powinien być on dokooptowany do grona posłów Parlamentu Europejskiego. A kolejne wybory do tego ciała ustawodawczego powinny być odwołane. Szkoda wydawać na nie pieniądze. Przecież z góry będzie wiadomo, kto zostanie wybrany. Przyznając rację Libickiemu, sąd uzna bowiem, że wyborcy nie mają na to żadnego wpływu.


Komentarze
Pokaż komentarze (18)