z cyklu: "Spotkania z ciekawymi ludźmi." (1)
Często parkujac samochód pod swoim blokiem widziałem jednego ze swych sąsiadów. Zazwyczaj ciągnął za sobą dwukołowy wózek, wypełniony rozmaitym śmieciem. Pustymi butelkami, kartonami, gazetami, plastikiem, chińskimi butami z bardzo sztucznej skóry, monitorami i telewizorami, a raz nawet konsolami do gier pewnej firmy z Bardzo Dalekiego Wschodu. Spotykaliśmy się przy windzie, gdzie z racji starszeństwa puszczałem go przodem wraz z wózkiem, by następnie wtulić się w pozostały skrawek windy (za to z dostepem do klawiszy). Pan zawsze grzecznie odpowiadał na moje "dzień dobry", ładunek z racji małobiologicznego pochodzenia raczej nie trącił, a karaluchy, tak zazwyczaj chętne towarzyszeniu ludziom z podobnymi upodobaniami z upodobaniem omijały nasz blok, więc z czasem nawet polubiłem Pana z Wózkiem.
Nosił starannie utrzymany sarmacki wąs, przy rytualnym "dzień dobry" uśmiechał się nieśmiało, patrzac gdzieś w dal niedosiężną, choć jednak ograniczona szybem windy. Wózek zaopatrzył w odboje ze starych opon, by nie obijać postronnych użytkowników swego otoczenia twardymi kantami. Słowem - ideał lekko zdziwaczałego sąsiada.
We wtorek (a może to było w środę, nie pamietam, bo wracałem około południa z pracy, niedospany z brakiem nadziei na niedopicie), sąsiad tuż po sakramentalnym "na dziewiąte proszę", zagadał.
-Pan się pewno dziwi?
-A czemu? - spytałem zdziwiony.
-No, że ja, z tym wózkiem, codziennie w windzie...
Zaprzeczyłem grzecznie. Zdziwiony bowiem byłem. Z moich obliczeń, poczynionych mimochodem podczas wielokrotnej mej drogi z pracy do domu wynikało bowiem, że Pan z Wózkiem zwiózł w miedzyczasie naszego wspólnego pomieszkiwania w jednym bloku do swojego mieszkania kubaturę odpadków cywilizacyjnych dającą sie zawrzeć w płaskowyżu Dekan. Wraz z wszystkimi zamieszkująjącymi ten obszar Hindusami.
-No cóż, są na świecie rzeczy, o których sie nie śniło Euklidesowi. -mój przyjazny uśmiech chyba przełamał lody typowego sąsiedztwa, gdyż Pan z Wózkiem chwycił mnie z nagła za rękę, przycisnął do swej piersi i wyznał:
-Muszę panu coś wyznać!
Bardziej odsunać się już nie mogłem. Kąt windy tuż obok klawiszy nie jest zbyt obszerny. Sąsiada lubiłem, ale tak raczej na zasadzie skojarzenia z sikorkami na parapecie zimą. Przyjemnie popatrzeć, a parapet wciąż niezasrany.
-Wciśnie pan parter? - zapytał nieśmiało.
To nie był zły sasiad. Wcisnąłem.
-Dziękuję. Żyję, jak pan zapewne wie, samotnie. I brakuje mi osoby, z którą mógłbym się pożegnać.
-Pan gdzieś wyjeżdża? -zapytałem zaskoczony, gdyż od siedmiu lat przyzwyczaiłem sie do stałych zwyczajów Pana z Wózkiem, a często nawet będac na wakacjach odruchowo myślałem o nim o ustalonych porach.
-To krótka historia, ale sam nie wiem, czy ma pan tyle czasu. Pan przeważnie na siódme.
Przeważnie! Jeśli on to zauważył, to pewnie lada moment zauważy ktoś inny... Może nawet żona. A może ja lubię wysiadać na siódmym? Może nie ma to nic wspólnego z panią Moniką? I jej biodrom jak wiolonczela Amatich. I jej... Nie, to nie ma nic z tym wspólnego!
-Lubię mieć trochę ruchu po pracy, pan rozumie, osiem godzin na krześle... -byłem zażenowany, ale starałem się, by było to nieprzesadne.
-Rozumiem! Przepraszam, ale tak rzadko z kimkolwiek rozmawiam, że sam nie wiem, co mam rozumieć, a co nie. - nie żenował się, raczej z solidarności męsko-męskiej, niż z własnej potrzeby.
-Ależ proszę bardzo. Na dziewiąte?
-Prosiłbym...
W okolicach drugiego piętra sąsiad zaczął.
-Wyrastałem w biednym domu. Moja mamusia miała tylko mnie, jedynego, a na domiar nieślubnego. Jak się po latach domyśliłem, tatusia nie miałem. To był czas już nowoczesnych imprez integracyjnych, a jednak wciąż podtrzymywanych wódką z czerwoną kartką.
Mamusia była księgową. Od dziecka jedynymi przyrządami mechanicznymi w domu, tak pociągającymi mężczyzn płci męskiej, prócz pralki "Frania", były - maszyna arytmetyczna z korbką, oraz dziurkacz żeliwny.
Kalkulator nie pociągał mnie. Poznawszy zasady jego działania z rozczarowaniem stwierdziłem, że 2+2 za każdym razem równa się 4. Będąc dzieckiem ubogim po rodzicach, aczkolwiek rozwinietym (z tej samej strony) zdecydowałem, że 2+2=4 nie będzie stranowić o moim życiu.
Dziurkacz był o wiele ciekawszy. Dziurki co prawda miały stałą średnicę, za to przy odrobinie dobrej woli (oraz dzięki napojom alkoholowym, gdyż w międzyczasie dorosłem), stawały się coraz to bardziej nieprzewidywalne, a co za tym idzie, ciekawsze. Postanowiłem więc poświęcić się tej dziedzinie. Pokochałem ją, zwłaszcza, że z czasem zacząłem osiągać zadziwiające rezultaty w tej sferze. Już w wieku 18 lat byłem ekspertem, którego koncerny serowarskie błagały o pozytywną recenzję ich serów, a zwłaszcza najbardziej cennych ubytków w ich serach, a Akademia Nauk ZSRR prosiła o komentarz na temat przestrzeni między oficjalnymi danymi, a wynikami badań jej co bardziej niepokornych akademików. Konwicki pisząc "Dziurę w niebie" osobiście czytał mi świeżo napisane fragmenty. Nurkowałem z Cousteau, z Hawkingiem rozstrzygnęliśmy wyścig na wózkach (widzi pan te wgiecia na ramie? Zepchnął mnie do rowu pod Bełchatowem, twardy zawodnik!). Aż po tak wielu latach zajmowaniem się teorii dziur, zdecydowałem się swoje domysły sprawdzić empirycznie.
-A miał pan jakieś rezultaty? Empiryczne mam na myśli - spytałem, jak to się mówi, "dla podtrzymania razgawora".
Zmieszał się chyba. Bo, choć o tym nie wspomniałem, z wygladu był człowiekiem skromnym i pozbawionym egocentryzmu.
-Miałem. A nawet wciąż mam. Możemy na górę?
Teraz już zaciekawiony wcisnąłem przycisk na panelu windy.
-To całkiem świeża sprawa, eksperymentuję nad nią od najwyżej siedmiu lat. Stworzyłem dziurę w czasoprzestrzeni.
Jako, że interlokutor zdążył mnie już zafascynować, nie zdziwiłem się. Ale lekki niepokój pozostał.
-Czarną? -zapytałem z niepokojem.
-Nie, jak pan widzi- zademonstrował wyciągając ze spodni kieszeń z imponująca dziurą wewnątrz - raczej szarą. No, szaroburą, sam pan rozumie, swoje lata już ma, a łatwiej mi umieścic pralkę w dziurze, niż na odwrót.
Wyglądał na lekko zawstydzonego, więc pośpiesznie zapewniłem go o swym zrozumieniu. Z wyglądu tak dziury, jak i spodni, tudzież wytartego paletka wyraźnie było widać, że Pana z Dziurą nie stać na cotygodniowy zakup nowej pralki.
-I do czego ten wynalazek może służyć? - zapytałem, już całkowicie zafascynowany Panem z Wózkiem, a właściwie z Dziurą.
-No jak to? - Pan z Dziurą lekko pokiwał głowa nad moją miedomyślnością. - Sam pan wie, jakie ilości śmieci wytwarza nasza cywilizacja! Gigametry kwadratowe! Więc ja, w miarę swych sił staram sie je utylizować. Czyli prościej, upychać w swojej dziurze. Ze świata codziennie znika nieco śmieci, choć powiem panu, że moja wydajność oczyszczająca w stosunku do chęci samozagłądy świata jest dalece niewydajna... Ale staram się. - tu znów sie uśmiechnął, patrząc, teraz już wiem, na swoją dziurę w kieszeni, a nie w podłogę windy. -Można jeszcze na parter?
Wcisnąłem przycisk na panelu windy. Do głowy cisnęły mi się tysiące myśli.
-To wspaniałe, co pan robi! Szkoda, że nie opowiedział mi pan o tym wcześniej! Miałem mnóstwo butelek, plastiku, oraz inne niebiodegradawalne odpadki!
-Pana śmieci, pan wybaczy, też podbierałem. A dziś chciałem się po prostu pożegnać.
-Ależ! Pan gdzieś wyjeżdza?
Nieco skrępowany zadreptał w miejscu.
-Dzielnicowy ostatnio pytał o moją żonę. Sam pan rozumie, tyle pytań i tak mało odpowiedzi. Pewnie będę ją musiał poprosić o wyjaśnienia na piśmie dla władzy... A panu serdecznie dziekuję za rozmowę, dobrze się wreszcie komuś wygadać...
Wykonałem minę rozumiejącego faceta. A sąsiad wyjął z kieszeni dziurę, i ze słowami "Pan wybaczy, ja po żonę spadam" wszedł w nią. I spadł.
Wcisnąłem siódme.
Muszę sie odstresować. Nasza cywilizacja niestety nie potrafi odróżnić pereł od karmy dla wieprzy. A przecież w internecie jest tyle stron o skarmianiu nierogacizny...
-----------------------------------------------------------------------------------------
Na wszelki wypadek płacę od pół roku czynsz sąsiada. W końcu tak niewiele osób chce z nami szczerze porozmawiać...



Komentarze
Pokaż komentarze (3)