Zdaniem Wojciecha Sadurskiego głoszenie, że poglądy różniące się od jego własnych albo grona ludzi, których uznał za drogowskazy, są niedopuszczalne to przejaw liberalizmu i obrona prawdziwej wolności. To postawa dość typowa dla zwolenników - kiedyś konstytucji, a teraz - traktatu europejskiego - pisze publicysta.
Zostałem ostatecznie zdemaskowany. Wojciech Sadurski w tekście "Liberalizm arogancki i ignorancki ("Rz 2.08.2007), Europejczyk całą gębą, uznał mnie za aroganta, ignoranta, kołtuna spod znaku LPR albo UPR straszącego spokojnych ludzi Unią Europejską, przyznając równocześnie rangę popularnego publicysty. Nie wiem, co spod takiego pióra jest większą pochwałą - nazwanie mnie kołtunem, arogantem czy ignorantem. Osobiście wybieram kołtuna.
Między nami kołtunami
To stwarza między nami - Wojciechem Sadurskim i mną - stosunek równowagi. Ja jestem kołtunem sceptycznym, a on entuzjastycznym. Niestety, szczera pogawędka między nami - jak kołtun z kołtunem - nie jest możliwa. Ja jestem kołtunem tylko z nominacji, wstawionym do kołtuńskiego kąta dla wygody polemicznej i oszczędności argumentacyjnej. Sadurski, obawiam się, jest kołtunem wprawdzie europejskim, postępowym, ale najściślej odpowiadającym definicji tego bytu. To znaczy człowiekiem posługującym się zamkniętym systemem myślenia, niedopuszczającym żadnych wątpliwości, które mogłyby zachwiać jego światopoglądem albo po prostu ideologią, a na wszelki sprzeciw reagującym irytacją dość blisko graniczącą z chamstwem.
Oczywiście Sadurski uważa głoszenie niedopuszczalności poglądów różniących się od jego własnych albo grona ludzi, których uznał za drogowskazy, za przejaw liberalizmu i obronę prawdziwej wolności, a pozbawianie tych, którzy je artykułują, wszelkich walorów intelektualnych, a nawet cech ludzkich za triumf prawdy. Jest to dość typowa postawa dla zwolenników - kiedyś konstytucji, a teraz traktatu europejskiego. Żadnych dyskusji. My, narody i obywatele Europy, otrzymujemy w darze od światłej elity dokument doskonalszy od dziesięciorga przykazań i powinniśmy, padłszy na kolana, trzymać gębę na kłódkę. Valery Giscard d'Estaing i premier Luksemburga Jean-Claude Juncker sformułowali to zresztą inaczej, ale w sposób bezpośredni i niepozostawiający wątpliwości - istotna treść i znaczenie traktatu nie powinny być Europejczykom znane. Po co? Maul halten und weiter machen.
Idea z przymiotnikiem
W imię sprostytuowanego liberalizmu, do którego przyznaje się Sadurski, Unia Europejska tworzy właśnie skrajnie zbiurokratyzowane superpaństwo, a w imię wolnego rynku najszczegółowiej uregulowaną gospodarkę świata. Tak zwane prawa socjalne wpisane do Karty praw podstawowych nie są niczym innym jak orężem państw UE, które zafundowały sobie absurdalne i niszczące gospodarkę instytucje opiekuńczości publicznej dla zduszenia wolnej konkurencji.
Kto w wolności szuka czegoś innego poza nią samą, jest zrodzony do niewolnictwa - to Tocqueville. Zarzucił mi Sadurski, że nie czytałem Dworkina i Marcina Króla i nie mam pojęcia o liberalizmie konstytucyjnym. Ależ mam - liberalizm konstytucyjny jest tym samym co sprawiedliwość społeczna, realny socjalizm albo krzesło elektryczne. Idea z przymiotnikiem zmieniającym istotę rzeczy. Mamy do czynienia z nurtem, który za pomocą pseudomoralnych argumentów przekształca interesy grupowe w prawa, kamuflując ten zabieg hasłami o większej albo prawdziwej wolności.
Utylitarysta wulgarny
Wbrew wątpliwościom Sadurskiego trochę jednak czytam. Nie muszę się przy tym ograniczać do przekładów. Czytam między innymi Radnitzky'ego, Doeringa, Boulliona, Petroniego, Bucklera, de Jassaya i Fliszara. Ten ostatni, szef niemieckiego Liberale Institut określanego jako think tank liberalizmu, tak pisze o liberalizmie konstytucyjnym? "Przyznanie każdego nowego prawa jednym jest związane z przymusem wobec innych. Przy każdym nowym prawie nie zauważają jednak - ani uprzywilejowani, ani przymuszeni - podstawowego faktu: im więcej obiecanych praw, tym mniej zrealizowanych. Taki prawny liberalizm staje się liberalizmem bez zasad. Prawa zarówno w sferze deklaracji, jak i urzeczywistniania zostawione są rozstrzygnięciom polityków. A to oznacza koniec państwa prawa.
Zdaniem de Jassaya liberałowie konstytucyjni są po prostu utylitarystami. Kiedy czytam namiętną filipikę Sadurskiego, pracownika jednej z instytucji unijnych, nie mogę się pozbyć brzydkiego wrażenia, że jest on właśnie utylitarystą w wulgarnym znaczeniu tego terminu. Tak jak kiedyś obok prawdziwych materialistów dialektycznych byli też materialiści wulgarni.
Najdziwniejszą rzecz napisał jednak Wojciech Sadurski, odnosząc się do mego (potraktowanego jako knajacki żart) terminu "liberał rozporkowy". Sadurski twierdzi, że walczy o maksymalne wycofanie się państwa z regulacji dotyczących życia intymnego i osobistego. Doprawdy? To już nawet logikę, nie tylko liberalizm, rozumiemy inaczej, bo dbałość urzędowa o równouprawnienie sposobów zaspokajania popędu płciowego, prawna afirmacja ich różnorodności, prawa pisane mniejszości seksualnych są dla mnie przeniesieniem spraw intymnych w sferę zainteresowania publicznego.
Dowiedziałem się właśnie, że konstytucyjnie liberalna UE będzie w ramach szerzenia swobód obywatelskich i gospodarczych kształcić i egzaminować z dojenia owiec polskich baców. Bacowie, równie ciemni jak ja, stanowczo się temu sprzeciwiają. Być może czują instynktownie, że europejskie dojenie owiec to naprawdę dojenie baców.




Komentarze
Pokaż komentarze (20)