„Otczizna nasza została podzielona na trzy czensti. Jedną wzięli Germańcy, drugą – Awstryjcy, a trzecią – my!”. Tak przedstawiał historię rozbiorów Polski uczniom Szkoły Morskiej w Tczewie jeden z wykładowców.
Wynika stąd morał, że trzeba zwracać szczególną uwagę na zaimki osobowe, o czym przekonała się także pani hrabina Sobańska w rozmowie z Julianem Klaczką. Opowiadając mu, jak to Mickiewicz był już o krok od „zbawienia” w ramionach tajemniczej D.D., ale nie dostąpił nawet „wpół-zbawienia”, wyznała w pewnej chwili, że kiedy „młody człowiek” nadto się zbliżył i zaleciało odeń nieznośnie taniego gatunku pomadą – „to m n i e po prostu zniechęciło”.
Wprawdzie obrady Sejmu 24 sierpnia zostały utajnione, toteż nie wiemy, jakich właściwie zaimków osobowych uzywał baron Kaczmarek podczas swoich konfesat przed komisją do służb specjalnych. Sądząc jednak po jego zachowaniu podczas konferencji prasowej, można się domyślać, że starannie unikał nie tylko pierwszej osoby liczby pojedynczej, ale chyba i pierwszej osoby liczby mnogiej. Jeśli już posługiwał się zaimkami, to najpewniej w trzeciej osobie liczby mnogiej – że wzystkiemu winni są „oni”, ewentualnie – „on”, czyli nienawistny Zbigniew Ziobro.
Domyślam się, że dla siebie baron Kaczmarek przeznaczył rolę swego rodzaju świadka koronnego, który przeniknął do najtwardszego jądra faszystowskiego reżymu Kaczyńskich, by zdemaskować go przed światem. Najciekawsze, że może to być bliskie prawdy, bo wiele wskazuje na to, że Janusz Kaczmarek rzeczywiście uczestniczył w rządzie premiera Jarosława Kaczyńskiego jako l`agent provocateur razwiedki.
Czy został do niej zwerbowany jako słuchacz wykładów dla oficerów politycznych, czy jako lektor komitetu partyjnego w Gdyni, czy może już po sławnej transformacji ustrojowej – tego nieprędko się dowiemy, o ile dowiemy się w ogóle, bo ten przypadek pokazuje, że i minister Antoni Macierewicz chyba jednak porusza się po omacku. Czyż w przeciwnym razie bracia Kaczyńscy upatrzyliby sobie akurat barona Kaczmarka na strażnika tajemnic państwowych?
Dlaczego „barona”? Ano, wiele wskazuje na to, że Janusz Kaczmarek mógł być bombą z opóźnionym zapłonem, niespodzianką razwiedki dla braci Kaczyńskich i jej sekretną bronią.
Dzięki niemu nie tylko miała ona wiadomości o najtajniejszych zamiarach rządu (ile z tego sprzedała państwom trzecim, Bóg jeden wie, bo że sprzedawała i sprzedaje – to sprawa pewna. Czyż w przeciwnym razie „prasa międzynarodowa”, podobnie jak „europejska” alarmowałaby tak bardzo o „zagrożeniach demokracji” w Polsce?).
No a teraz nie bez kozery Janusz Kaczmarek postanowił rozwinąć pawi ogon swoich talentów narracyjnych akurat przed sejmową komisją do służb specjalnych. Teoretycznie ma ona „kontrolować” tajne służby, ale – jak słusznie zwraca uwagę JK-M, żeby zostać członkiem tej komisji, trzeba najpierw uzyskać od bezpieczniaków glejt o dopuszczeniu do konfidencji. Czyż w tej sytuacji bezpieka wystawi taki glejt komuś, kto nie cieszy się jej zaufaniem? Wszystko to być może, jak jednakże wkładam to między bajki.
W tej sytuacji Janusz Kaczmarek mógł mieć pewność, że w tej komisji wszystko co powie, spotka się z pełnym zrozumieniem, bo przecież tacy wytrawni znawcy problematyki służb specjalnych musieli przynajmniej słyszeć o metodzie dezinformacji.
Polega ona, jak wiadomo, na umiejętnym wymieszaniu banalnych informacji prawdziwych z różnymi fantastycznymi rewelacjami, którym tamte banalne prawdziwe maja przydawać wiarygodności. Dla słuchacza kursów dla oficerów politycznych nie są to żadne arcana, bo przecież tego rodzaju formacje były specjalnie szkolone dla robienia ludziom wody z mózgu.
Stąd też przypuszczam, że konfesaty Janusza Kaczmarka przed surowymi kontrolerami służb specjalnych mają wszelkie cechy opowieści barona Munhausena i dlatego też pozwoliłem sobie obdarzyć byłego ministra spraw wewnętrznych tym arystokratycznym tytułem.
Dodatkową przesłanką, jaka mnie do tego skłania jest widoczna już na pierwszy rzut oka ostrożność i przezorność Janusza Kaczmarka. Wprawdzie, jak sądzę, unika on w swoich opowieściach pierwszej osoby liczby pojedynczej, niemniej jednak oskarżenia miotane pod adresem faszystowskiego reżymu Kaczyńskich, w przypadku Janusza Kaczmarka muszą mieć charakter swego rodzaju spowiedzi.
Trudno bowiem uwierzyć, by wykorzystywanie służb specjalnych do działalności przestępczej mogło odbywać się bez wiedzy i bez aprobaty ministra spraw wewnętrznych, którym przecież był właśnie Janusz Kaczmarek. Nie wierzę, by umiłowanie demokracji i praworządności dominowało u niego nad instynktem samozachowawczym, a w tej sytuacji jest bardzo prawdopodobne, iż jego rewelacje są bardzo podobne do opowieści barona Munhausena, w których Trybunał Stanu nie będzie miał żadnego punktu zaczepienia.
W tej sytuacji jedyna korzyść, jaką przyniosło pierwsze nocne czytanie opowieści barona Kaczmarka w Sejmie, to podniesienie poziomu czytelnictwa wśród posłów. Obawiam się bowiem, że z braku czasu („praca posła ciężka, szczera; z rana poseł się ubiera, fagas listy mu otwiera, on tymczasem się wybiera... do Puchera!”), wielu wpływowych mężów stanu czyta bardzo niewiele, więc jeśli marszałek Dorn, podobno płynnie, odczytywał stenogramy konfesat barona Kaczmarka, musiało wpłynąć to na poziom kultury literackiej polskich parlamentarzystów i być może skłoni wielu z nich do sięgnięcia po pierwowzór.
Posłom narodowym, preferującym literaturę polską, polecałbym opowieści Karola księcia Radziwiłła „Panie Kochanku”. Jedna z nich nawiązuje do romansu, jaki książę Karol miał z syreną. Jego owocem, jak wiadomo, było potomstwo złożone ze stu tysięcy śledzi. Takimi rezultatami nie może pochwalić się nawet wpływowy mąż stanu, poseł Łyżwiński, będący akurat pod śledztwem z powodu bliskich spotkań z Anetą Krawczykową, prawdziwą femme fatale Samoobrony.
W tej sytuacji jedyna niewiadomą staje się porozumienie, do jakiego miało dojść w trakcie czterogodzinnej rozmowy prezydenta Kaczyńskiego z Donaldem Tuskiem. Rozwój sytuacji pokazuje, że musiało to być chyba porozumienie dżentelmeńskie, albo – że Donald Tuska tak naprawdę nie panuje nad własną partią, w której tak naprawdę karty rozdaje razwiedka.
Właśnie tygodnik „Wprost” doniósł, jakoby „dotarł” do listy członków przyszłego rządu Platformy Obywatelskiej. Już mniejsza o to, jak „dotarł”, bo w charakterze premiera występuje tam „charyzmatyczny” Jerzy Buzek, jak mało kto przyzwyczajony, że ktoś steruje nim ręcznie z tylnego siedzenia, no i – Leszek Balcerowicz na stanowisku wicepremiera i ministra finansów. Czyż to nie dowód, że razwiedka zaplanowała rekonkwistę w najdrobniejszych szczegółach?
Komentarze
Pokaż komentarze