93 obserwujących
512 notek
332k odsłony
  126   0

Jacek Gulla: STYCZEŃ LAURY & NYCOŚĆ WWW. Cz 2

KU PAMIĘCI

W nazwisku nosi dym i to gdzie się
Dym rozwiewa ale po angielsku - ...sky -
Jaka by w piekle nie czekała
Sprawiedliwość choć on w piekło

Nie wierzy piekieł dla niego za mało
Stroi rzetelnego patriotę ale tak
Żeby dajmy na to Polakowi Polacy i Polskość
Wyszła - jak się to cierpi - bokiem

W Koronie Stu Poematów pozostanie
Jak długo ją czytać najpodlejszym
Ile tylko naj zmieści stu-okiego okrucieństwa
Wrogiem i zdrajcą światłości bytowania

ZA PÓŹNO

Zbyt długo w życiu myliłem
W dyskusjach przy kawie prawdę
Ze szczerością szczerość dziś wykpiona
Bo w błędzie a na prawdę - czasu już brak

WNIOSEK WYROKIEM

Obserwując precel co wytoczył się
Ze sklepowej torby wprost do kosza śmieci
Doszedłem do wniosku – w zasadzie
Jestem zbyteczny a mój głód – niech skonam

GRACZ

Nawet gdyby miesięcznej renty było dość
Nie obstawi wszystkich numerów naraz
Pewniak 100% on jednak cierpliwość
Ma za świeczkę tyle że w rękach sadysty

Gra metodycznie piątek w kiosku na Driggs
Wie jasno co hazardowi przyświeca
Kiedy trafi mega pokaże jak umiłowany
Zakupić polonijny Greenpoint pod cmentarz

Incognito naturalnie jak przy grobowcach
Zatrudnić ziomków tych co
Przed mogiłą zasługują na uczciwą płacę
Póki co pisze w głowie bajki

Opowiedziała mu się dziś ta o diable
Co tam OO7 on jest 666 trzeciej mu tylko
Czekać 6-tki zamiar obnosi po Polonii jawnie
Ale dlaczego pytają między nami czekać

Chce tak długo skona się między Polakami
Raczej niż 6-tki upragnionej doczeka
Anioła tu zamordowano diabeł drży
Ostatniego z przydziału na wasz naród

Tego akurat którego kochało nawet piekło
Przerażony myślę kto bajki takie w głowie
Nosi musi ich w głowie nosić więcej więc
Prosić więcej chciałem ale gość- gość mnie

Uprzedził pan stąd spierdala panie Jacku

PORTRET WISI W NYCOŚCI

Była - mówiło się - modelką Klimta
Nie z biedy rodzina dom maniery
Wychowywały ją w miłości do kasy
Liczyła – mówią – od numeru buta

Im mniejszy tym drożej
Pytana powinno być odwrotnie
Unosiła brew
Największym pozuje gratis

BEZ SKUTKU

Choćby niewinny jak makijaż fałsz
Można podejrzewać o wszystko
Tragedio wyobraźni
Strach cię dzielić z ciszą

Rzeczywistość to oszustwo
Słyszę we śnie
Budzę się pytajnikiem
Do świata bez skutku

URODZONY KUNG FU

Tyle że dowiedział się o tym nie
Od razu tańcząc Zorbę z filmu
W tempie nie do zarejestrowania
Na filmowej taśmie z radości

Oto odważył się skończyć z edukacją
Polonistkę winić dukała rymy
Których gdyby mu edukacja zezwoliła
Kontynuować samemu na głos dalej

Nie musiał by się sam wyrzucać z liceum
Obskoczyło go w tańcu kilku z dymiącymi
Sportami tak się tu nie tańczy
Cios uderzył o cios obojczyk nad żebrem się

Pastwić unikami między odważnemi
Powyjmował im z ust papierosy
Mówisz to mi nie dym
Wariat szeptano odtąd o jego tańcach

Dystans nawet wtenczas gdy
All Together Now zagrzmi na głośnikach
Jeśli dochodzi do wszyscy-na-jednego
Wszyscy na koniec są niewinni

On jeden sam za oknem pryskać w noc
Albo tam na niego czekają już inni
Zaczyna się zawsze niewinnie i idą gdzieś
Skąd wychodzi jak dotąd on sam

SEKRETNA LEKTURA

Umierać łatwiej jeśli obrzydzić
Sobie życie skonkludował nad książką
W chwili gdy wzrok trafił na tę właśnie
Mądrość we wstępnym omówieniu

Życie musi być rzeczywiście piękne
Żeby móc choć tyle resztę książki strona
Po stronie czytał przed wydarciem w ustępie
Nie podobało mu się w książce nic więcej

Kiedy została w okładkach stronica ostatnia
Westchnął z ulgą wytargał
I zjadł nie zrobił tego z żadną wcześniej
Stęknął no wreszcie i ostatkiem woli

Wodę spuścił po wszystkim
Bawcie się ale już
Beze mnie
Tyle że okładki zostawił żeby rur nie zatkać

CO TAM SZEKSPIR

Powiem wam nie trzeba być
Żadnym szekspirem żeby
Do przechodnia w NYCości
Król lear i homer wyciągali czapki

Z każdego kąta labiryntu
Zobaczyć tu na żywo bohaterów
Wszystkich tragedii razem
Na ciasnej scence wystarczy tylko

Znać się co nieco na poezji
Włosy dęba stają ale opaść to nie
Jak by wypadało po zakończonym akcie
W szatni przed wyjściem pani radzi

Niech pan włosy przygładzi
Jeśli nie stać
Pana na grzebień
Mam tu specjalny stajesz przez lustrem

Po omacku palce w sztywnym siwiejącym
Czubie żeby otworzyć oczy
Gdy włosy ulegną w pokorny przedziałek
Bezpieczny już z teatrem za plecami

Uciekać będziesz w wieczerzejący Kraków
Lustra ci extra aktem
Do tego nie trzeba żadnego szekspira
Żeby uciekać jak ty – gdzie nie ma gdzie

SPRAWIEDLIWY ANIOŁ

Przysiągł matce oskarżonego
Stróżować mu wiernie
Kiedy ona już zgaśnie
I stróżuje do dziś

Trzydzieści siedem lat będzie
Nie żeby się małemu
Nic nie stało
Chronić wszystkich wokół

KARNAWAŁ Z MIOTŁĄ

Tytuły do tego tu niezamierzonego
Zbiorku improwiza jak wszystko
Wystarczyły by same bez wierszy zapełnić
Długą półkę stycznia dzień ostatni

Tuż tuż a tytuły fruną przeze mnie
Jak za oknem śnieżek jak za śnieżkiem
Zawieja jak za zawieją zamieć
Zamieć śmieje mi się miotła w lustrze

Zamieć sobie sam bo ja właśnie byłam
U fryzjera przecież karnawał śmieje
Się miotła i kiwa i stuka kijem o ścianki
Kąta przy prysznicu tam tam taram tam

Sztalugi nie opodal zajęte dźwigają jak NYCość
Ogromny diament w nim się z wiecznością
Waży nieskończoność latarnia uliczna
Znieruchomiałym na mrozie mu wahadłem

Drabina na to rzuca w sufit talerzami blasku
W zależności od pory dnia roku i pogody
Za oknem jej aluminiowe lampy zmieniają
Sens wszystkiego wokół

Drabina w zdumieniu milczy wyniosła
Służebna zaufana jedyna i ostatnia do nieba
Na świecie reszta sprzętów czeka
Kanapa na gościa stół na wierne łokcie

O 7 WIECZÓR W PRL

Dzień dobry my z Kobry
Szukamy naszego mordercy
Zabił przecież z miłości - piszę to
I przypomina mi się tygodniówka

Bodajże we czwartek o siódmej w PRL
W PRL nie było widać własnych
Godnych Kobry przestępstw
Przestępstwa to kapitalizm

Po tamtej stronie Żelaznej Kurtyny
Nie jestem pewien scenariusze
Londyn Paryż New York Monachium
Pisał najprawdopodobniej niejaki

Joe Alex z Krakowa autor popularnych
Kryminałów i tłumacz jak się miało okazać
Po pogrzebie Powrotów Finnegana Joyce’a
Nie chcę tu rzec patrzcie jak życie

Powoli bo powoli ale naśladuje sztukę
Ale wybaczcie - braw też bić nie będę

A OTO KŁOPOT

Follow Forward
jak to przetłumaczyć
dla skołatanego po globie nadwiślanina
głowi się Ameryka i Anglia

głowi się bo sama
nie wie jak rozumieć rozkaz
Follow Forward
można rzeczywiście różnie

a wydał rozkaz przecież
przy mikrofonie no kto
Polak wiecie który
Ten po szóstej bani

BEZ WĄTPIENIA

Pewnie do dziś w Polsce
Dba się by obywatel umiał
Pisać i czytać biegle
Nigdy nie rozumiałem

Tego czytać - umiesz stawiać litery
Jak mogą być trudności z czytaniem -
Okazuje się że jest żeby nie rzec
Odwrotnie bo i rzeczywiście

Czytaniem uczyć się siebie i świata
Oczami już to autora już to bohaterów
To niestety sztuka
Nigdzie nawet tam gdzie świat ma dość czasu

Nie zrealizowana satysfakcjonująco
Na zdrową więc polską intuicję
Zabierać się do nauki czytania to tyle
Co byś z niedotrawioną wieczerzą

Wszystko inne co tylko byś mógł
W tym czasie wszystko
Co musisz chcąc czy nie
Co by się oczywiście opłacało z ekstra

Spuścił był jeśli klozet działa
Na przerwie
W robocie nazajutrz wcześniej przecież
Nie wolno

CHAŁWA DZIAŁA

Chałwa Działa
To wystarczy
Chałwie po
Zamknięciu sklepów

Czekać
Na efekty
Produkcji i eksportu
Chałwy

OSTATNIE LĄDOWANIE

Śpiesząc w śnieżek dziś sobotni
Po środki na zatoki
Zatoki wysadzeniem nosa mi grożą
Z posad czaszki i czasów

Poczułem frunę jestem wciąż
Wysoko na kumulusami
W drodze powrotnej
Zeszłego maja na JFK

Postrzępione podbiegunowe koronki
Pod skrzydłami sorry pod podeszwami
To Nowa Funlandia biel niknie
Massachusetts zaraz ujrzę wzdłuż krawężnika

Long Island lądować od północy
NYCość zapowiada się ogrodnictwem
Iście angielskiej skali i kunsztu szybko
Jednak topaz i szafir

Golfowych pól opale jezior
Złocisty lampas plaż wzdłuż
Wzdętego Atlantyku padają ofiarami reklamy
Reklamy i waste-land’ów

Te pożerają wszystko
Co zielenią co naturalne i lekkie
Co wolne wokół globalizujących metropolii
Rdza tak żre po drodze do celu

Dźwigi kolczasty drut zakazy wstępu
Jeśli nie z nierdzewnej zamówione blachy
Miałem przy sobie jak się okazało
O prawie $1000 za dużo w polskim złotym

Żeby przez inspekcje prześliznąć się
Bez podatków otwórz okno wyrzuć
Areszt i sprawa jeśli nie
Niemiec obok oglądał najnowszą wersję

Ludwika Szalonego complements of Lufthansa
Uśmiechnął się dużo herr pan wiezie
Owszem ale to żaden pieniądz pan wie
Zapomnieć łatwiej forsa musi istnieć musi

Na JFK kolejka ja padam po Krakowie
Przede mną „nasza” owszem owszem
Dowcipna patrz pan jak się turbany trzęsą
Do prezentacji paszportów i wiz

I rzeczywiście czy to rodziców starych para
Śpieszy tutaj z Dalekiego Wschodu
Na egzekucję ostatniej pociechy
Zwanej w ich mowie męczeńską

Przeszli na kolanach następny please
Moja rozmówczyni co tam się rozedrgać
„nasza” rozklekotała się w sobie
Kupa w luźnych majtkach tak kolana ściska

Wszyscy tu coś przemycają kiwa głową
Do swej urzędówki z daszkiem celnik
Bierze ze szkła mój już teraz paszport
Daszek poprawił i pyta

A jak długo w Polsce 6 tygodni wieczność
Trzęsę się owszem lecz nie żebym
Przemycał i ja a celnik doświadczony może
Zadzwonić po ambulans pyta i dodaje – sir

DO OSTATNIEGO SŁOWA
 
Właściciel via e –mail niestety
Galeria specjalizuje się w latach
’50 – ’60 a pan panie artysto
Przeżyje i nas i Trzecie Millennium

Chętnie chętnie jeśli galeria zrobi dziś
Wyjątek korony Krakowie i Tiarę ty już masz
Uliczki w zimę którymi wczoraj dźwigałem
Krzyż zawadzających wszędzie sztalug

Piękniejszym jesteś miasto na pewno
Niż Mediolan i tylko ty w EU
Wymawiasz to imię do dziś po łacinie
Wyrachowane ty niby wiedźma w bajce

Co to niszczy czego sama użyć
Już nie użyje miasto co śnienia swych
Ofiar znać nie chcesz snów co do
Tysiąclecia wierne wciąż dobudowują

Tu gotycki żuraw dla wdowiej Wisły ówdzie
Grotto nie z niebiosami w prześwitach
Lecz z frunącym w CzasoPrzestrzeń
Błękitnym Pacyfikiem Krakowie ponieważ

Tu a nie w Kłaju tu a nie na Cyprze
Tu a nie gdzie kolwiek indziej
Gdzie ciężarna kładzie się macierz do połogu
Tu otworzyłem oczy na światło

Tu pamiętliwe ty ale tym tylko czym truć
Z zawiści miłującego cię w innej dziś
Egzotycznej baśni gdy on do serca
Przerażone podnosi właśnie linie życia

Sam na sam ze śniegiem wieczności za oknem
W natłoku claustro malowideł którymi ty
Nie jesteś naj widoczniej zainteresowane
Tyłem do jutra nad werniksami z przed

Wczorajszą datą z sygnaturą imć profesora
Takich to synów ASP marnotrawnych
A światła obcego brańców jak ten tam
W lustrze ten co się właśnie w tył

Z krzesłem odchyla spojrzeć za znikającym
W łazience odbiciem
Ten co zaraz ruszy szukać Tomasza Manna
Wśród lektur sypialni - idę

Strona 13 „prorocy tego rodzaju
Urągając przyszłości mówią jej jaka będzie
By się wstydziła być taką na prawdę”
Krakowie piękniejszy ty niż Florencja

Piękno tylko przerażenia rosnącym jest
Początkiem Rilke miasto obłudy wszystko
Tutaj pyszne duszo moja Kraków żegnać
Z liniami istnienia sam na milknącym sercu

ZŁOTE LATA

Oddycha się nimi całe życie
Najpierw pierś do nich otwierając
Tajemne sacrum gdy pusta
Cieszy się i szykuje na rebusy jutra

Pokój bez wejścia tak pragnie
Zanim przez tę czy ową ścianę
Wedrze się pierwszy kilof jasności
Światło tragedia której mówi się nie

Aksjomat w którym strawić przyjdzie
Twórczą aktywność wolnego intelektu
Anonim od złotowłosego Kreteńczyka
Na Krecie wszyscy kłamią a której

To tragedii nie sposób odwrócić sama
W sobie światłość promienna z uśmiechem
Spokój z powiekami na oczach
Nigdy ich nie podnieść to sztuka

Piękno jednak to unieść powieki
A uśmiechu nie stracić dla świadków
Co o bezimiennej trwodze unieść
Nie unieść światło nie cierpi światło

Gaśnie cóż winna koperta że się ją rozdziera
Do słonecznych wieści że z listem już
Przy oczach depta się kopertę na ślepo
Całować błogosławioną kaligrafię

Zapomnieć we łzach ktoś się inny schyli
Przeczyta adres i westchnie
Dobrze że list dla mnie wciąż w drodze
Lata o których mowa pisać się pewnie

Wciąż uczą złotym atramentem - jak dobrze

CYTAT

Jak to się rzekło poecie o świcie
Dziś musi dojść do rękoczynów
I w dłoń poeta bierze w kałamarzu
Maczać wieczne pióro

Podkreśla tytuł „Kałamarz” kał marzy
Kał to kanty szkła atrament
Bezsenną nocą gwiazd cytuje mokre litery
Po co pisać więcej – pytajnik owszem zbędny

POEZJA STOSOWANA

Awangarda ścieżki odwiecznej światłości
W języku jeszcze bez składni z jutrem
Zatłoczone okopy Pierwszej Wojny
Łodziami Charona a Muzie wtedy na imię

Było Gaz Apollinaire na świadka on jeden
W obie strony upiornym rejsem
Wraca na brzeg pod fajerwerki zagłady
Nosi tylko te kilka słów

Przemyconych pod językiem tam z powrotem
Do ciszy ostatecznej po tamtej stronie światła
Pierdolić kurwa mać mnie rodzić
Nie pytała Gaz czemu się kurwa nie wyśmiać

Z musztardą w płucach z fajerwerków żywego
Mięsa awangarda musi się śmiać
Chwilowe triumfy nad wieczną ciszą
Jeśli nazywać ciszą eksplozje łańcuszkowe

Niemy hałas niemy chaos CzasoPrzestrzni
Nie słychać go nawet w godzinę rozejmu
Non grata jeśli nie tren jej na ustach
Do masowej anonimowej klęski jutra

Poezja w której klęskę przyswajać za klęską
Ja myślę o niej Stosowana trącam łokieć obok
Wyobraź sobie dłoń co się przedarła na tamtą
Drętwą i ciężką stronę naszej bitwy

Tam gdzie już tylko geometria zasad i praw
Mieli na pył nasze marne wszystko
Ręką po łokieć zasadzić tam kwiat można by
Oczywiście kalafiory ich chrupka świeżość

Była by jednak w treściach trutką
Czarną różę już lepiej zbierze się kolce
I pąki na pogrzebowy wieniec Wieczności
Kiedy ich już czarnych róż zasadzić dość

Wszechistnienie od neutronu po kresy
Drogi Mlecznej to eksperyment piękne fiasko
Jeśli spajać poezją i fiasko jeśli na tyle nie ma
Mocy składnia żeby chaos przepoić harmonią

DO RADOSNYCH GRZECHÓW

Słuchać słyszeć nie wiem
Urodzin dziś data czy śmierci
Tego co się pierwszy
Ważył roześmiać na głos

Do radosnego grzechu istnieć
Amadeusz ileż już w brzmieniu oktaw
Boskie szaleństwo A Mad Deus
Gra na siedmiu harfach naraz

Nie ma szaleniec grobu sprawić mu
W Krakowie pogrzeb cichcem
Austria może przechwyci niby to przygodne
Wykopalisko widać bez wartości

Pozostawione ot gdzieś za Kopcem
Ciekawskim do wglądu tym tylko należy
Się odkrycie grobu
Data narodzin 17 ileś ale bez daty śmierci

BRITT A BIT

Having known them
Sir Spender Prince Charles stood me beer
The Laurate Ted Hughes
Makes me Britt a bit

Britt brittle see teeth
Teeth lost to a car head-on salto mortale
Pk Ave South tunnel & E 39
Complements of 0013

DONOS NA FRANCISZKA LISZTA

Mógł więcej zaprzeczyć temu on sam
Nie zdoła jeśli rzeczywiście fortepian
I konfesjonał to wspólne drewno
Nie zaprzeczy usta odmówiły by grania

Jak by to ująć najdelikatniej wirtuoza zbyt
Zajętego arppeggio reggio żeby klawiaturę
Porzucać w potrzebie żeby nikogo nie
Urazić marszom żałobnym owszem z Polski

Prawda kraj nie istniejący płakać niestety
Łkać niech płacze sąsiad ciszej
On Franciszek waty pchać w uszy nie skory
Rozpiętość długich biegłych palców

Siedem oktaw z łokciem excuse moi
Chopin chudeusz niech się w ZOO wykaszle
Kto mówi o lepkich nie zmytych klawiaturach
A za złe mieć stopę na złocistej dźwigni

Czy można grać granie grać granie na
Fortepianie bez grania muzyki z braku
Właściwszego słowa grać po aktorsku Liszt
To ideał do dziś można można i to

Z powodzeniem - rozmarzyć zapożyczonym
Sentymentem dłoni dać niech powisi umilkłą
Nad akordem z kluczem w innych nutach -
Było by tak łatwo a tego wybaczyć nie sposób

Grawiury ówczesnych journali
W załączniku z NYT Review nie po to
Żeby machnąć ręką - z ambony salonowej
Skarżyć się skarżyć forte na brak duszy piano

Kto mówi o nadwrażliwcach wystarczy
Spojrzeć na wirtuoza oczami żałobnych
Marszów żeby pokręcić głową - czego się nie
Wybacza dla życia - śmierć niech milczy dalej

I PROSZĘ

A czy nie mówiłem daleki panie publicysto
Cóż dziś odległości treść wyprzedza myśl
Czy nie ostrzegałem nie należy się przyzwy
Czajać cierpliwość cierpliwość i proszę

Świt mnie dziś budzi z tytułem na ustach
Zaduma JS Bacha na trąbce jak światło
Światło wraca a wie już za dużo Alice Bolton
STYCZEN LAURY I NYCOŚĆ. WWW

WOLNOĆ EWOLUCJI

To polska specjalność na wynos
Tolerować Rodzajowi że prze dziś
Dalej każden za własnym głodem sekretnym
Jawnie już z dumą za wszystkich i owszem

Wolnoć ewolucji przyznaje roztropny Polak
Czy wypada - otóż Polak wolny odmówić i ewolucji
Wolnoć to tyle co pierdnąć przy tłocznym stole
Stół wybaczy - a wolność ta od stołu wstaje

Od kiedy pojedynki zabronione tradycje
Przepadły etykieta dmuchanie w lufę
Palce gdy zadrżą podkręcając muszkę
Zawsze w krawacie gdyby przemókł proch

To niestety dawne piękne czasy nie wiem
Jak się dziś załatwia w Polsce sprawy
Honorowe ja się w Krakowie trwożyłem
O kapelusz Fortuna – kłodą w mordę i tyle

DUSZA A POEZJA DO JUTRA

Historia poezji Claustro-Miasta zaczyna się
Niesamowicie - w tym piekle
Duszę rodzi się samemu - a jak to właśnie ty -
Chyba że dokonać się stosem dym plus prochy

Keats - Londyn on czy nie -
Gdy słowik zakwili odkrył nocą śpiewam i ja
A kury jak gdaczą
Od bożego kurnika tak i gdakać będą

Pojutrze - słowika śnieg pochowa
Harmider albo w czekoladzie się poda słowika
W antrakcie w Filharmonii - języczki jeno
Nadziewane cremem d’coeur

Gerard de Nerval wtulał się uciec od paryskich
Hal w delty nie badane dotąd tam gdzie
Palce się garną przez sen Venerze 13 wiosny
Zwłokom - tym tyle co podyndać gdzie się

Jedna z drugą delta w drodze do Licee
Przez jardin dyndaniem nie przerazi
Widać tyle wynagrodzi bóle rodzenia
Jeśli wcześniej dusza nie nada się gdzie indziej

Jeśli rodzić ją bez cielesną dusza to w naj
Lepszym przypadku uczciwy rachunek
Sumienia - sztuką rodzić ze skutkiem
Tę której brak doskwiera Claustro-Miastu

I wszechświatu wokół - Chopin mowa wolna
Od niemożebnych wygibasów
Od trybów czasów i deklinacji polszczyzny
Obyż dusza ta- modlić się dziś do świętego

Papieżego - chciała trafić pod farbowane
Strzechy ondule i grzywki Narodu
Może Naród pokocha siebie z ciekawości
Ścieżkami jutra z palcem na ustach każden

Jak z butami w ręku śpieszy się przez pusty
Kościół po grzechów odpuszczenie
Urodzić-odkryć odkryć-urodzić to coś więcej
Niż odkryć coś co i tak będzie odkrytym

Odkrytym minus wola ryzyko i trudy
Wygodnisia co o odkryciu pomyślał był
W wannie - rodzić to męczarnie - kobieta wie
A ten co rodzi duszę drży - ciąża

Urojona - próbować pomimo aż się słowo
Ciałem obróci przeźroczystym w słońcu
A pełnym słońca nocą nocą nawet i tą
Kamienną zanim na planecie flora się zalęgła

Powiedzieć łatwo – radość odkrywania
Radością trwa póty w Jutro przeć oddechowi
Rezultatami cieszyć się przyjdzie ktoś później
Wdzięczny nawet za brak rezultatów

Bo to dużo -nie powtórzyć błędów czasu
Przeszłego w trybie dokonanym popełnionych
Z jasną jak moja wolą duszy przez kogoś
Kto nie pozostawił śladów innych niż błędne

Odkrywszy-urodziwszy duszę we własnych
Żebrach każden bohema już wtedy liczna
Europa wiek XIX
- żyć plecami do kieratu targu i produkcji -

Znalazła w opium i laudanum w absyncie
W trzeźwiących solach wszelkiej maści
Nawóz można rzec na skiby płodnych półkul
Poszerzać zgłębiać eksperymentem

Karmić refleksją efemeryczną obiecującą
Substancję - pewnik im wspólnotą - na nie -
Jak żyć nie należy żeby żyć rzeczywiście
Pewnik ciasny wokół byle pięknoducha

Claustro-Miasto pod złotą szubienicą dźwigu
Śmiać się póty się dynda świadomie
Dusza jeśli zalewa się łzami to tylko dlatego
Że śmiać nie ma się z kim

Śmiej się w sympatycznym atramencie
W tym co łez potrzebuje żeby czytać treść
W PRL po atrament sympatyczny
Tłoczyć się było po kolejkach długo i na próżno

Dlatego po duszach tych dojrzewających
Po polsku pierwsze pokolenie co od 378 lat
Nie zaznać miało wojny w Ojczyźnie
Po tych duszach łzy dziś ronić na biały papier

To marnować sól kto wie 3 euro za kg
Łzy pytają co dalej a pisać
Dłoń wzdraga się jak przed autografem
Pod wyrok śmierci pod wyrok na samą

Siebie - podpisać pięknie
To kaligrafia zimne nerwy a jak żyć później
Już po dekapitulacji duszy to wykręty
Pranych namiętnie skarpetek krawat

W palcach co zaciągają węzeł z dnia na
Dzień inaczej tzw pismo węzełkowe
Pra pra początki efemerycznego bytowania
Bo dziś niestety niestety dusza to byt tępiony

Odpowiedzialność za duszę własnej piersi
Mogła by się śmiałkowi od wyższych tęsknot
Wydać odpowiedzialnością za świat w duszy
Reżyserzy życia zbiorowego drżą

Nie można się dziwić że drżą rodzi się przecież
Duszę jeśli się odważyć ciernistej cierpliwości
Właśnie z obrzydzenia gaciami co trzęsą się
Na bohaterach dnia w czasie bieżącym

Do dokonującej się trybem przyśpieszonym
Egzekucji o której gazety jeśli napomkną
To tylko te na które szkoda światła
Tytuły nazwy uczelni skróty z dużej litery

Mówię przejrzyście przejrzyściej nie zdążę
Jednak coraz częściej dorozumieć się
Sensu wczorajszych słów przychodzi
Dopiero po jutrze duszę rodzi się w piersiach

Samotnie owszem i tam też najlepiej niech
Dusza pozostanie w żebrach klatki radzi
Jednemu z drugim pięknoduchom Rynek
Dusza jednak rośnie jeśli nie podpisać wyroku

Życie rzeczywiste zaczyna się kiedy nie dusza
W tobie ale kiedy ty żyjesz już w swej duszy
Mały w niej coraz mniejszy zniknąć się chce
Wewnątrz tak świat zupełnieje

Ciało tylko własne – własność moje twoje
Niczyjego brak już nawet w czasie przyszłym
- ciało tylko ono jedno drogie uwiera wciąż
Świetlistości objawienia – cień skalpela

Przy operacji na źrenicy - ciemność nocy
Cieniem jest teleskopu co obserwuje galaktyki
- Dusza A Poezja Poezja A Dusza nawet Marks
Przyklaśnie – otóż i sprzężenie zwrotne –

Tyle że dziś i tyle lepiej szeptem - wyskakiwać
Z Marksem Darwinem w kwestie
Gdzie cień ambony rzuca się najdłuższy gdzie
Się dusza dusić musi sama –usta w sępi dziób


HEAR ME OUT ONE LAST RHYME

I am taking off the mask my face see
Halloween trick where o where
Did you rent this beauty
It deceieved too long the gone ones

Tables change little days’ crowd stays same
Poses same question mark eloquent
Wines are only two dollars up
The chandelier pity Bob didin’t know my nb

Consider poet a lighting designer each poem
A lantern against winds that the winds
Blow out not the light is true poet’s biz
Not each lamp worthy the services sorry

The light is what makes our story eternal
Chandelier would hang above tables now
Of my chisel my concept how would it look
For one a massive ring of bronze

Inviting desperate world to dangle from
Dead or alive answers lumini’s worth
Every time any index finegr ventures dark
After the switch inside the door frame

Stage lights by the mike are vaudeville inferno
Heads of the copper Freedom’s torch
Not that they don’t resemble heads rolling
Past guillotine head thinks cool 47 secs

Wall paper Dore should have been his
Divine Comedy’s comb gravioure a paradise
Pre human makes spectators here beasts
Let me howl to light Allen gone ahead

And others many each now History’s. comma
Let me hoooowuuuulll wolfs run when I howl
Pack or two packs wolfs starving too
Basement is OK given a choice librarette

It would make wait pleasure and profit
If the book picked for sitting fails to do
As is expected of poetry there remains
A choice doubt your verdict take it home

Flush or return the volume when leaving
Poetry is light take-or-scoff at word’s face
Reach out turn the on off if still any
Light off poetry stands from pages bright

You should see verse-clad universe within
Of human understanding misery and evil
And impossibilieties ahead to write through
The way electricity lits neon alphabet NYC

As it heads face to face with the missing mass
The missing link the missing component
Pushing all directions simultaneously the
Living realm of poetry wide - silence retreats

Silence listens to light yes though only we
Who drop pens too to listen awe and grace
Have the eye enough
To hear song of the eternal light-string

Now to return to my offer as I say my biz
Is – don’t get me wrong – in light’s caskets
The dream is of course lumini no source
No frame be it blue lilies of da Vinci

I give it best and better on my word
Should Bowery Poets desire after this
My petition here to risk the necessary bills
For the general say no rhyme enlightement

HOMO VERBOTEN

Agree they did indeed no jokes here
If he the guy is the guy he stands chances
Tests once twice won’t do if he does
Outmaneuver a second opinion you know

To make sure if three if four and five
Leave him laugh on ahead the next snare
After all what’s our war room for -games -
And they need not be any fun on the fellow

Not a screw not a pin less than any other day’s
Cold cuts cusine cruel are gears
Of quest will he or not will he or not
Not that anyone gathered here should

Wish any bad the subject quite the contrary
The thing is what what then if the houdini
Of our trial makes all this the trap of ours
As he would gentlemen yes

Should the puzzle outsmart state of art
Nooks and crannies and angles set to figure
His secret out of commission
What then

That is not possible my connections work
Add mine shakes head the seat next
And the next one too grins to his calculations
The guy can not be the guy we sires are after

He has to prove human has to sires has to
Death sure is human but it’s hardly all
There is to our tomorrow sorry you know
Life I meant in general sir

Let’s review the worse outcome again
The fellow unschooled as he is our best
Intelligence tells us lives dancing past
Our curious game anawares let him say I

Let him do not do not enlighten the subject
Reasons forbid on his own subject let live
The question perfectly blind to light
Let him say I

Let him - say all know how truth is absent
From small and large talk in our hemisphere
Our war games are only computers
See how folk street-wise folk random finds

What we so far in vain are after bet we soon
Applaud turning the back cover on his file
Divine be suspected in every one of us
Living as we do - not knowing who we are

EAR TO MOUTH

Of the language say it looms taller inscrutable
Above the Freedom Tower too quick
For an impatient expectant newcomer
To dream it one day one’s breathing

Lingos left behind at journeys’ outset turn
With the planet’s weight the weight contains
Of echoes past the dearest ominous faden
Birds outside any bedlam sound louder

English the challenge the sanity ahead
My first poetry lesson at Roosevelt’s
Birthplace E 28th Dame Edith Sitwell’s last
Breath drowning the wheel chair audience

Human oddities numb ear white iris
In lull of music and wisdom beyond them
One entirely unfit I under manicured ceilings
More wheel chairs down the oaken stairs

This is poetry Jacek I shook head of worries
Never understood but within these two
Temples who knew yes NYC is fastest
But noise makes sense only here – here

And my fingers bracket the scull rigdit
The scull a helmet Hamlet on ear phones
Long before I understood princely questions
Still hell of years to come to shake head yes

Yes and not and please and thank you and
Why and no-to-now tomorrow never perhaps
Today to answer the soliquoy I need no more
Than these the words of my ardent beginning

The rest I perfect down elements permitting
Vocal now full Oxford Dic but pensive
Say one thing another thing it means short
Life later – good night NYC - wheel chairs doze

A-NEW AGAIN

No body shall know you entire
The music makes feet dance
O music O dances rampant on light but think
No body shall know you entire

Dances part with the dancer soon enough
Weightless now geometry evolves on pure
Hand that gives curve to light straight
Connects in time Eternity’s circle

No body shall know you entire
Feet dance past thought they drag sooner
Than stop but to think a-new again
No body shall know you entire

MINERVA IN FLIGHT

Owl the FB cosmic circler
The Moon dial volcanic spent enormous
The owl’s eye the epi-center
Of nothing nothing capital N

N as in No as in No Air out here one breath
N of neither/nor of never
N nil the air dissolved to dust
Moonwards-swept Space a void to lips

Owl’s feathery circle ‘round tense iris
Shimmers puzzling is the dread
The owl does behold
The iris tenser each heart beat

The heart losing breath to void no return
Boom-boom boom-boom my temples
How does the owl stay here the owl think
Shimmering poised necro capital N

N as in no chance no way square of no
To the n-th power darkness transparent all
From one end to the next and the next
Dark throughout whatever is the story

Unfolding outside blood-fed senses
The eye didn’t blink
The two of us the owl and the enigma
Human tense iris drills we are the last

Specimen of life left in airless TimeSpace
This moment the owl flies
awesome silence carries
But how N no nothing no never to glide on
Still the owl glides navigates past

The Moon dead lifetime of the solar system
Past thought way ahead
Of imagination laws of physics sans matter
Kind of – one owl now to look out there after

TO NIE JA

Moja bajka jak wszystkie bajki
Musi się jak wszystko skończyć
Moja pt To Nie Ja dobiega kresu
Jak żadna prozaicznie

To nie ja – ja to więcej bardziej wbrew
Pomimo wszystko -tak mi stukała
W skroniach krew tak się zaciskały
Młode żuchwy i taki też do dziś mój puls

To nie ja – dziękować zachłannie
Odstawiać prezenty na później w kokardkach
Dary nowego już świtu muszą być muszą
Lepsze niż ich wciąż nie rozpakowany skład

To nie ja – jeśli komuś oszczędzałem siebie
Miażdżyć krytycznym intelektem
To właśnie ich którzy zasługujecie
Ciekaw czy wola duszy zmienia charakter

To nie ja – nieludzki tyran szczęściem reszty
W klopsie upiór dziewic
Wdów starych panien zmienić płeć z miłości
Do własnej całować siebie ustami śmierci

To nie ja – ja dzionkami młodymi szastałem
Jakbym miał Wieczność do dyspozycji
Każda bajka kresu dobiec musi
Wszystko inne trwa nieskończnie wielkie

To nie ja – innymi mi się było cieszyć troski
Niż naj słynniejsi dziś mędrcy Historii
W tejże inności jak kolwiek nie pożądaną jest
Wątpliwą nie wartą umierania – istnienia dar bez zwrotny

To nie ja – winiono mnie o wszystko winić
Winić winić nie mylić z vini vidi vinci
Z da Vincim ani z Janem Kiepurą on
Tenor a ja bas baryton z altem w mezzo

To nie ja – nie będziesz we mnie wmawiał
Własnych grzechów słabości ani sprytu
Być o tzw Innego większym z dumą
A nie własnemu zabójcy robić miejsce w sercu

W srocu by warto owszem– ale to nie ja –
Ja nigdy nie odważyłem się szczerości
Uświadamiać na kogo się szcza to Michał
Anioł na starość we Florencji - nie ja

Nie ma nie było nie będzie tych dni
Tych na które się wciąż czeka – nie to nie ja –
Ślimaczyć się kiedy ktoś To Ostania Niedziela
Zanuci w zamorskim – zanuci - tramwaju – nie ja

FEMME FATALE

Naga 24/7 Hiszpanie widać alternatywni
Obrusza się Polak pisać o nagiej kobiecie
Nuda siedem grzmotów jasnych tak nie
Przeraża domowej strzechy

Jeśli znaleźć odwagę oglądać ją w ruchu
Sprzęty osobistego użytku przeźroczyste
Czytać je ze spojrzeń
Z funkcji dłoni pustych na oko z kroku

Płachty folii chronią ją od deszczu
Zimą opuszcza folię wokół klatki
Przeciąga się przed klimatyzatorem ziewa
Perfum cieplarniane czesze ją i pieści

Turysta potakuje oto Piękno co dziwne
Obok kłódki na kratowanych drzwiach
Wisi na gwoździu klucz delegacja Hirohito
Debatowała z tym kluczem w rękach

Proponowali ZOO wymianę
Za ich siedem białych kruków
Na rok biorą do Kioto klatkę etc klucz
Chętnie zostawią jeśli nie ufać samurajom

Mamo jak dobrze że to nie ty beczy
Pociecha z prowincji matka tu za robotą
Ale niestety wszystkie klatki zajęte
Zaproponowała ZOO Kochające Dziecko

Takich przecież mniej niż Femme Fatale
Nałykała się łez czary daremne
Z nudnej zmęczonej bajki Austryjacy inaczej
Rodzina walcem do letniego dzionka

Rozkladają parasole wina owoce
W cieniu nieopodal rzeczonego eksponatu
Cóż z zapewnień dyrekcji Tu Eksponaty
Traktuję Się Po Ludzku Wiedeń lubi sprawdzić

Pół dzionka mija
Ci jakby klatki tuż obok na świecie nie było
Nie ma ich nic ich nie obchodzi
Jaka Femme Fatale żeby dyrekcja nie chciała

Popisywać się wjazdem urodzinowgo tortu
Na pokaz a tu nic tyle że nuda
Się nudzi a nikt nie poda książki mieli tylko
Mapę przez kraty zwitek

Ta nawet nie spojrzy zjada połyka
Bez słowa rodzinkom na złość bo głodna
Przecież nie była
Choć i nie było urodzinowgo tortu

Irlandczyk Szkot i Walijczyk dęby karłowate
W baletkach deptać świętości i obrządki
Wystarczyło im odcyfrować napis
I
Klucz na gwoździu wisiał dalej nie tknięty

Ich się tylko echa długo niosły po lesie
Co by Femme Fatale spotkało
Pod muchomorem gdyby była wolna
Tatry w Norwegii Bałtyk w Chinach Chiny

W Urugwaju Antarktyda gdyby była wolna
Wycieczki z Izraela tego dnia nie dowieziono
ZOO to nie cmentarz
Sami by się Chasydzi czarne aurole pośmiali

Aż by ich na Synaju było słychać więc szkoda
Musiała dochodzić pora zamykania
Bo oto pracownik się zbliża stuka biała laska
Ostrzegawcze okulary

Maca sięga po klucz otwiera wchodzi
Niewidomy eunuch bo Femme Fatale jakby
I pracownik był przeźroczysty
Enigma przed niewidzialnym zwierciadłem

Tyle dnia - widowisko zaczyna się
Rzeczywiście godne najdłuższej podróży
Dopiero ze zmierzchem
Jest sam a ujrzeć go w bambusach za latarnią

Od razu wiadomo że skrada się „nasz”
Ma latarkę celuje światłem
W dwa słowa te nad kluczem klatki
Odczytuje litery kilkakrotnie

Ustami które słyszy tylko on i dym i filter
Latarka zapala się znowu i znowu
Eksponatu wewnątrz światło jednak unika
Wyobraźnia żywi się imieniem

Sprawdzać potem przy latarce jak się imię ma
Do nagiego faktu ale to dopiero potem
Później kiedy „nasz” się zdecyduje
Kiedy klucz przekręci i zazgrzytają kraty

Klucz kluczem - w myślach staje w progu
Co dalej jeśli Femme Fatale wypuścić
Okolica ma gwarantowany dziennik
Z nieznanym sprawcą w niewyjaśnionych

Okolicznościach policja szuka śladów
Chyba że by się Femme Fatale we mnie
Zabujała strach myśleć „nasz” pokręci głową
Nie trzeba gazet ani kurwa filmów

Sam na sam z decyzją
Tylko tę jedną noc mocuje się „nasz” ze sobą
Zamykasz za sobą kraty ale teraz co
Jak zacząć o tym pomyśl żebyś nie płakał

Krat nie otworzyć od środka
Bo zwiać z życiem za późno nie sposób
A ty ty chcesz przeciwnie do dna
Gdzie się ekstazą pasą fauna i perwersje

Strach co jak co ale zawieźć się na FF
W perspektywie - z nią pod rękę czy nie z nią
Murowane czeka nudziarstwo - nie zdradzam
Gdzie ZOO – „nasz” tam rozważa noc w noc

CZARNA OSTATECZNOŚĆ

Czy czeka mnie taki dzień
Kiedy nie trzeba będzie
Choć jeden raz spojrzeć
W twarz Czarnej Ostateczności

Nie myśleć dalej niż na szybach szron
Niż sad oto w soplach się iskrzy czeresień
Choć jeden taki dzionek nie myśleć
O wiośnie inaczej niż tęsknie

Komuż wakacje dziś w głowie czytać
Włączyć tylko TV komuż dożynki śpiewać
Śpiewają jak wczoraj pewne jutra
Nie sposób zasnąć z pytaniem czy ja się aby

Zdążę obudzić jak budzę się na razie
Czarna Ostateczność zwleka cierpliwica
Cywil w szach-mat choćby nie grał w szachy
Nawet gdyby - a co to szachy – chciał pytać

Oferując pokojową fajkę w skansenie
W Timbukuszu albo na wyspie Jawa
Wzięli nas cywili w dwa trzy cztery ognie
Czekać rozkazu milczkiem

Rozkaz musi dotrzeć  a kłopot jak dotrze
Nie tam gdzie powinien lub w ogóle
Żłobki urządzać bez-załogowym celownikom
Skończy się gorzej niż źle

Czy czeka mnie taki dzionek choć jeden
Od Czarnej Ostateczności odetchnąć
Choć na chwilki dwie jedna stracona tylko
Zechcieć ulotnego dzionka - O please

YOU TUBE SCRIPT (C)

Church bells toll and toll long shot
ADAM & EVE 201
7 NYC
Until Eve picks up the home phone

Is it you Adam
I am not talking
to you again
period

the church bells toll again furious
Is it you again Adam O it isn’t
Who is it Delivery Deliver what
Apples apples plus

Plus what
Plus everything else
What’s everything else hands helping
With apples miss

Got viagras too
Tons plus pluses miss
Come up
Watch the dog first floor

Say Pity Pity than jump
Apples plus pluses miss helpings
Jump what is it a yorkie
Yes a yorkie guys plus guys big plus

I live on top
On top of the yorkie
No stupid
Summertime roofing

Winters
Apt 18 easy does it
What’s in between
In between me and the top the roof

No in between you
And the yorkie
Animals need love
They are not into sex entire

Good we are buzz us in
or the apples fucken go
and pluses too
get gone

why wait
wait my phone is ringing the church bells toll
and toll and toll who is it bells stop
Adam is that you again

You Shall Not Eat Of The Apple Eve
Who is it
Yes stay silent but save me on the phones
period

I must go I expect
Apples sour good for pregnancies Eve
Good bye Adam
Period period period

Hey apple men where are you O where hey
Hey hey
Eve Ellen Turietta
Script camera plus Jacek Gulla

The End

NIE Z EZOPA

...słońce o dżdżownicy
To istnienie drąży
Mój blask
Pszczoła się stroszy

A ja co robię
Cień rzucasz
W słoneczną aurę
Pszczółka nie zadowolona

Chciała bym jak ty
Jesteś owszem
Światłość bije z każdego życia
Tyle że ja świecę jeszcze jaśniej

Bez dżdżownicy bez pszczół
(Od tamtej lekcji cokolwiek ją przetrwało
Pusty śmiech
Jaśniej i jaśniej komu czemu i po co - ha-ha...)

POGRZEB MODIGILIANIEGO

Hrabia spojrzał po sobie ze wstydem on
Który dla pięknoducha ostatniego w Europie
Nie raz przyszło że odjął pociechom
Byle Amadeo nie wyszedł o pustej

Kieszeni taka się Francja Elegancja zwaliła
Do konduktu za trumną
Zaprząg białe pioropusze dzwon przy broży
W dekolcie to drobne po przegranej fortunie

Znał owszem rozpoznawał znaczy się z prasy
Skąd że jednak tutaj damy bank i dygnitarze
Matko Boska skok z okna to w Paryżu wtorki
Ale te trzy dni które spędziła w łóżku z trupem

Na oczach Le Monde rodzince wstydu za sou
Nie oszczędzić tak kochać
Hrabiemu ukłonił się ktoś z ciżby ktoś
Z rodzaju tych którzy znają cię lepiej niż ty

Z najgłębszym przy tym szacunkiem
Kapelusze z głów woalki od suszenia szeptem
Hrabio że też trzeba było aż tak smutnej okazji
Byśmy mogli się poznać monsieur XCZ

Nie mogę się pogodzić pan hrabio wybaczy
Pan hrabia okazał się z nas wszystkich
Mowa o najserdeczniejszych przyjaciołach
Jakich młody wiek XX zaoferowac mógł był artyście

Jakby to ująć jedynym przewidującym sercem
Hrabia niósł się w krok konduktu ale ale ale
Jak ktoś kto w ciemności niesie na tacy
Wyżej wymieniony organ Murano dmuchane

To dziwne nigdy mi Amadeo o monsieur XCZ
Nie wspominał jak zresztą o nikim innym
W żałobnym marszu owszem Jarry Picasso
Brać od maczania pędzla w absyncie

Ci trzymali się na uboczu jak kto porzucił
Warsztat ale madame Maxime von Fontenuovo
I dziwić się tu młodej że wolała okno niż klucz
Do drzwi niż żandarmów niż bokobrody wója

Trzy dni dobijać się do ciszy albo Fairdain Louzarre
Albo sekretarz Ministra jak zwykle incognito
Skąd tutaj wysokie sfery hrabia słuchał
Monsieur XCZ jednym uchem dopóty tenże

Nie wymienił sumy w starych luidorach
Sumy o jakiej hrabiemu
Mogło się tylko śnić i to tylko w święta
Uląkł się owej sumy hrabia bo po pewnym

Zerze w liczbach tego rzędu włosy siwieją
Na dłoni jeśli śpieszyć do kasy ile pyta dla pewności
Niiieee hrabia za obrazy nie był zapłacił
Ani dziesiątej z oferowango mu czeku

Mogłby kłamać ale przy trumnie to nie on
Kłamstwa te których się wstydzi to jeśli
Dzieci podsłuchiwały przez ściankę jak tato
Odmawiał pięknemu żebrakowi

Nie mam nie mam wiedziały dobrze że ma
W szufladzie w książce do mszy ostatni
Banknot nie wiedząc jak to dzieci co to
Banknot ostatni oglądać nim się go puści

Z rąk co rozpacz nocą co strach
Kiedy dzieci już śpią sprawdzić je jeszcze raz
Owszem hrabia nie mówił nie ofercie
Nie weźmie jednak więcej za obrazy niż sam

Wysupłał był dla pędziwiatra trumna świadkiem
I taki też sprawy spuścizny po zmarlym
Wzięły obrót nim się ostatnia łopata gliny
Doklepała pod wieniec hrabia uśmiechnął się

Do dzieci do żony do spłaconych kredytów
Złożył czek nie bez cermonii monsieur XZC
Pan nie wie ile panu zawdzięczamy
Nie żeby nie było mu żal malowideł

Po prostu za szafami ciasno a wieszać
Na ścianach przecież się nie ważył
Nie że nagość ta jest wiecznie grecka
Ile w nagości Grecji to piękno lub kicz

Jakże jednak siadać do obiadu społem
Pod jedną z drugą latarnicami z narożnika
Tylko Amadeo widział je wyciruchy
Smukłymi jak amfory wiele nie ujmując

Z podobieństwa a dzieci jak to dzieci
Pchały noski w nie swoje jeszcze sprawy
Oby nigdy przenigdy nie musiały ichże
Stać się te i takież sprawy oby oby oby

Hrabia odetchnął w domu miejsca
Starczy dziś wieczór na tańce nareszcie
I wino do kolacji i nowe buciki dla małej
A zwalił się Jarry i Picasso

Picasso z wodą święconą a Jarry z cyjankali
Stypa Ostateczna po Wiecznej Młodości
Oglądać obrazy wołają od trunków
Gdzież one miałeś ich przecież hrabio

Pełen stryszek Picasso wywalił orbity
Wzrok go tylko wpity w twarz hrabiego
Zdawało się trzyma od dematerializacji
Jarry zaś usta otwiera w cytacie z Ubu Roi

Praca uszlachtnia tych którzy nie trudnią
Się pracą dokładnie w tym samym momencie
W Casino Mondo w ustroniach St Germain
Cena jednego byle płócienka przerosła

W dyskretnym kącie po trzykroć sumę
Za którą hrabia był się pozbył calej niewygody
W kondukcie o poranku
Picasso wskoczył na stół brawa bił Jarry

Picasso wezwał w swym kubistycznym
Dialekcie artystów dziś i jutro gdziekolwiek
Zdarza im się tragedia zwana pragnieniem
Piękna twórzcie tak by handel omijał z daleka

Ciąć z pędzla po oczach jak szybą gdy pryśnie
Z wystawy na Saint Michele najszykowniejszej
A Jarry tragikowi od mielonego mięcha
Zabulgotało w trzewiach O Mon Dieu Amadeo Adieu

Hrabia milczał uśmiech owszem przygryzł
Gorzko Mądry Polak po szkodzie ale tak w sercu
Trudno się mówi i kocha się dalej wzdychał
Do kompanii sam w lęku - nie pobudzić pociech

POMYLONE CZASY

Wszystko naraz w trzech
W dokonujacym się trybie pełna Jednia
I dziw się tu
Że wraca się jeśli się musi wariatem

Czyli nigdy już naprawdę

Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale