11 obserwujących
337 notek
130k odsłon
1844 odsłony

Chyba już mogę...

Wykop Skomentuj117

Chyba już mogę wreszcie spokojnie pożegnać się z Łapą.

Wszystko zaczęło się przeszło 12 lat temu w sierpniu. Jechaliśmy z żoną na wakacje na Suwalszczyznę. Pogoda była piękna, czasu mieliśmy dużo więc zaproponowałem żeby w ramach popasu zatrzymać się przed Grajewem we wsi gdzie jak kiedyś czytałem ostał się niewielki dworek, obecnie świetlica wiejska. O dziwo żona nie protestowała, że lepiej by było gdzieś w lesie a nie wśród chałup. No to skręciliśmy. Raptem trzy kilometry od głównej trasy. Podjechaliśmy pod dworek. Nic specjalnego. Ot większa wiejska chałupa. Ale na szczęście dzięki przydatności dla miejscowej ludności ostał się. Nie pochłonęła go bezmyślność ani pazerność. Na siedzibę dla nowobogackich za mało reprezentacyjny, na karczmę źle usytuowany, ale ostał się i ludzie mieli gdzie organizować zebrania, spotkania, święta ludowe...

Dla mojej żony to było bardzo obojętne więc spacerowała rozglądając się po okolicy. No i oczywiście natychmiast wypatrzyła pięknego owczarka niemieckiego choć zabiedzonego. Właściwie to chyba on ją wypatrzył bo zanim do nich dołączyłem pochłonął wszystkie kanapki przygotowane na drogę. Każdy pies biegający luzem jest dla mojej żony psem bezdomnym. Poszliśmy do najbliższego gospodarstwa zapytać czyj to pies. Od gospodyni dowiedzieliśmy się że to jej pies i że wabi się Cywil. No i zaczęło się bo na nasze powitanie przybiegło spore stadko dzieci Cywila. Dorodne i rozbawione. Dopiero po chwili przyczłapała Ona. Potykając się o przednią prawą łapę jakoś się dokaraćkała do miski, którą jej rodzeństwo już zdążyło opróżnić. Była chyba trzy razy mniejsza od swoich braci. Szara i brudna. Moja żona natychmiast postanowiła ją zabrać. Długo perswadowałem że jedziemy do ludzi nie wiedząc czy można z psem Negocjacje były trudne, ale obiecałem że za trzy tygodnie wracając zabierzemy, Żona obiecała że w Warszawie znajdzie dla niej dom bo przecież w domu już mieliśmy psa, Gunię.

Przez całe wakacje byłem bombardowany apokaliptycznymi wizjami nieszczęść jakie na pewno spotkały szczeniaczka a ja spokojnie zażywam wakacji. Wytrzymałem dwa tygodnie. Potem spakowałem nas i w drogę. Nie przeżyłbym jeszcze tygodnia takiej obróbki psychologicznej.

Gospodyni na nasz widok zaczęła że ona nam da najładniejszego z całego miotu pieska. Ale moja żona nic nie chciała słyszeć ani widzieć. Wszędzie szukała tej najmniejszej. Cała rodzina gospodyni została wciągnięta w poszukiwania. Trochę to trwało, ale w końcu znaleźli. Wpadła w jakąś dziurę, cała utytłana i śmierdząca gnojówką. Dostaliśmy pudełko po butach i w drogę bo zaczynało się robić późnawo. 

Nie muszę chyba mówić że musiałem wyłączyć klimatyzację i otworzyć okna. Psina jechała grzecznie w pudełku na kolanach żony. W pewnym momencie zaczęła cichutko popiskiwać. Żona próbowała ją karmić ale widać nie o to chodziło. Zatrzymaliśmy się na poboczu, wysiedliśmy, wyjęliśmy ją z pudełka na trawę a ona ku naszemu zdumieniu grzecznie się załatwiła. I pojechaliśmy dalej. Nie wiem skąd to umiała bo nie z podwórka. Nikt jej tam tego nie nauczył. A jednak wiedziała. Nigdy nie załatwiła się w domu czy na chodniku. 

Po przyjeździe do domu, po rozpakowaniu bagaży wziąłem ją na dłoń, usiadłem przy biurku pod lampą i zacząłem oczyszczać jej sierść. To było przerażające. Spod skorupy pcheł nie było w ogóle widać skóry. Nawet mnie, który dzieciństwo spędziłem na podwarszawskiej wsi gdzie zapchlone psy były normalką, zemdliło. Skubałem i tłukłem godzina po godzinie a efektu nie widziałem. Ona słodko spała na mojej dłoni pod lampą a ja po czterech godzinach poddałem się.

Następnego dnia znowu pudełko i jedziemy do Kliniki SGGW. Na szczęście okazało się że mają tam taki szampon dla nawet tak małych psów. Umywalka po kąpieli prawie się zapchała. Ale piesek pozbawiony wspólników wyraźnie się ożywił. Jeszcze kilka razy jeździliśmy do różnych weterynarzy żeby leczyli jej łapkę. Bo ciągle się o nią potykała. Wszyscy zgodnie twierdzili że łapka jest w porządku a pies dalej się potykał. Chyba po tygodniu przestała się potykać. W ogóle szybko zaczęła nadrabiać to co jej uciekło. 

Wtedy padło pytanie. Jak ją nazwiemy. No jak inaczej jak nie Łapa.

Kiedy ją wspominam, zawsze z wielkim wzruszeniem, to najczęściej widzę jak była jeszcze taka mała ale już umaszczona jak jej tata. Miała piękny diadem jak prawdziwy owczarek na szyi, tylko uszy nie mogły się zdecydować czy mają być kłapciaste czy sterczące. Siedzi na chodniku z łobuzerskim uśmiechem patrzy mi w oczy i czeka na zabawę  a lewe uszko niby sterczy, ale po chwili nie klapie tak normalnie tylko wywija się jakoś dziwnie i przykrywa czoło.

 Naturę miała bardzo łagodną można nawet powiedzieć że filozoficzną. Każde polecenie musiała najpierw przemyśleć zanim podjęła działanie. Tylko piłeczka była bodźcem wymagającym natychmiastowej reakcji bez zastanawiania. Łapa miała też swoje fobie. Przez całe życie bała się ludzi. Czasami w weekendy wychodziła na podwórko i widząc tłumy ludzi zawracała do domu. Żeby pójść z nią do weterynarza trzy ulice dalej to trzeba było brać Gunię. Z nią szła wszędzie. 

Kiedy zabrakło Guni to Łapa kontynuowała jej obyczaje. Ulubionym miejscem spacerów pozostała górka, dla Guni był to bufet bo bezdomni czasem się tam stołowali i pozostawiali resztki a dla Łapy ulubione miejsce obserwacyjne okolicy. 

Łapa uwielbiała zimę. Latem zawsze było jej za ciepło. Uwielbiała gonić pod latarniami lecące z nieba płatki śniegu. Albo rozgarniać nosem świeżo spadła warstwę śniegu. Zimą była w swoim żywiole. Jako młody pies kochała też kąpiele w parkowym stawiku ale i kałuża była dobra dla ochłody.

Po przejściu na emeryturę mogłem już przejąć od żony wszystkie spacery z psami. Zabierałem książkę szliśmy na górkę ja siadałem na pieńku, przy mnie kładła się Łapa za mną Kofi i godzinami delektowaliśmy się urodą świata.

Kiedy Łapy zabrakło nie potrafiłem tam pójść. Snuliśmy się z Kofim po parku ale na górkę pójść nie mogłem. Dopiero kiedy otrzymaliśmy prochy Łapy i zakopałem je pod drzewem przy którym siadaliśmy, mogłem znowu zacząć tam chodzić.

Serce ciągle boli, ale jeśli św. Franciszek prowadzi schronisko dla psów, które musiały pozostawić swoich ziemskich przyjaciół, to Gunia już z pewnością uczy Łapę tamtejszych obyczajów tak jak tu uczuła ją ściągać kanapki z kredensu. Łapa robiła to wyłącznie na polecenie Guni, nigdy sama tego nie robiła.

Okazało się że tak zupełnie spokojnie ciągle jeszcze nie potrafię o tym opowiedzieć. Ale to dobrze.  

Wykop Skomentuj117
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Rozmaitości