Polityki mam na razie po kokardę więc dziś ani słowa o polityce. Dziś będzie opis naszej ostatniej wycieczki do lasu. Takie małe jesienne dywagacje.
Nadeszła jesień. Dni coraz krótsze, klony jesionolistne stanęły w żółtych szatkach jako pierwsze. Jaskrawo żółte odcinają się od jesiennej bo jesiennej, ale ciągle jeszcze zieleni innych drzew.
Byłem w ostatnią sobotę w lesie na spacerze. Spacerze bo pobyt w lesie od 14:30 do 16:00 trudno nazwać grzybobraniem. Efekt naszego spaceru był i tak dość imponujący. Szesnaście borowików to ostatnio znaleźliśmy chyba trzydzieści lat temu. Do tego jeszcze pół koszyka podgrzybków i trzy wielkie zdrowiuchne kanie. Kań było więcej ale robaczywe. To dziwne rosły w zasadzie w dwóch miejscach. W jednym wszystkie były robaczywe a w drugim zdrowe. Dwie jeszcze nie rozwinięte zostawiłem. Niech sobie rosną.
Przypomniały mi się oczywiście grzybobrania mojego dzieciństwa o których już kiedyś pisałem. Z wiekiem robię się coraz mniej odporny na wspomnienia. Znowu znalazłem się na leśnej polanie wraz z dziadkiem drzemiącym po posiłku zakrapianym nalewkami przywiezionymi przez prawie każdego męskiego uczestnika grzybobrania i babcia półgłosem rozmawiająca z przyjaciółkami przy wstępnym czyszczeniu grzybów i my, ja i moja siostra kręcący się niespokojnie żeby tylko wyrwać się z koszykami po następne grzyby. Niestety byliśmy zbyt mali żeby samodzielnie chodzić po lesie. A las był wielki nie to co dziś. Konie wyprzężone z bryczek spokojnie pasły się lub pogryzały obrok. Ptaki śpiewały las szumiał niby dziś też ptaki śpiewają, las szumi, ale szumi już inaczej śpiew ptaków też inny. Ech… pięknie było.
Ale wracajmy do rzeczywistości.
Po zbieraniu grzybów i krótkim posiłku pod sosną (bez zakrapiania i drzemki, dziadkiem jeszcze nie jestem) moja żona o dziwo stwierdziła że nie chce wracać tą samą drogą. No to mnie dwa razy prosić nie trzeba było. Pojechaliśmy nad Wisłę na przystań promową i przeprawiliśmy się maleńkim promem, mieszczącym ledwie dwa samochody, na prawy brzeg. I lokalną drogą w nienajgorszym stanie wracaliśmy do Warszawy. Po drodze niespodzianka. I to jaka! Uwaga! Uwaga! Znaleźliśmy opuszczoną plebanię. Piękna dworkowa architektura od frontu cztery drewniane toczone kolumienki, od podwórza dwie, dach wprawdzie nie polski tylko naczółkowy ale wszystko razem urokliwe. Za domem jeszcze stodoła i inne zabudowania gospodarcze. Teren dość duży jak na siedlisko, jednym słowem cudeńko. Cudeńko ma jedną wadę, trochę za mało jak dla mnie drzew. Ale co tam. Zatrzymaliśmy się pooglądaliśmy i spotkaliśmy księdza proboszcza. Od słowa do słowa zaczęła się rozmowa. „A państwo to tak oglądają z ciekawości czy mają jakiś interes?” No to co miałem udawać walę wprost „ Tak oglądamy i zastanawiamy się czy parafia nie myśli o sprzedaniu plebanii bo jeszcze rok, najwyżej dwa i nie będzie co sprzedawać”. I tak rozmawiając doszliśmy do porozumienia że będziemy w kontakcie. Ksiądz dał nam numer telefonu do siebie, i pożegnaliśmy się.
Słowo daję nie zamierzam rezygnować mimo że ksiądz jak się zorientowałem jeżeli zdecyduje się sprzedać będzie robił wywiad środowiskowy czy nabywcy to ludzie godni bo stara plebania graniczy z nową i kościołem, więc nie może w niej mieszkać nikt niegodny. Najbardziej go interesowało co po naszej śmierci dzieci zrobią z plebanią.
Zobaczymy co z tego wyniknie. Jeżeli możecie to trzymajcie kciuki.
P.S. Natychmiast po powrocie do domu zrobiliśmy sobie kanie smażone na maśle mmmm .... pychota.


Komentarze
Pokaż komentarze (16)