Ponieważ z powodu nawału pracy (nowy projekt) nie mam szans na wakacje w tym roku, naszły mnie refleksje nad dawnymi wakacjami i zmieniającym się światem. Ściślej mówiąc jaki wpływ ma na nas cały ten postęp cywilizacyjny.
Na sobie trudno to zauważyć. Wydaje nam się że na nas to nie ma żadnego wpływu. Dopiero kiedy mamy możliwość latami obserwować jakąś społeczność i potem przypomnieć sobie jaka ona była na początku obserwacji a jak jest teraz jesteśmy zdumieni jak wszystko w ludziach się zmienia. Pytanie, czy zmiany te to postęp. Przez postęp rozumiem doskonalenie, zmiany pozytywne. Odpowiedź na to pytanie jest trudna. Ludzie jako jednostki zyskują na postępie bez wątpienia ale społeczności już raczej nie koniecznie.
Kiedy w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych zabrałem swoją wówczas jeszcze narzeczoną na wakacje na wieś gdzieś na krańcach mojej ukochanej Suwalszczyzny, bo mam trzy miłości to moja żona, Suwalszczyzna i góry, spotkała się tam z ludźmi jakich istnienia nawet nie podejrzewała.
Nie myślę wcale o Filiponach, o których może kiedyś napiszę, myślę o zwykłych ludziach. Moja narzeczona, bywała w świecie, studentka Sorbony z podziwu wyjść nie mogła spotykając się na każdym kroku z niezwykłą otwartością i życzliwością. Kiedy wysiedliśmy z autobusu PKS i zaczęliśmy rozmyślać gdzie szukać miejsca na obozowisko oczywiście natychmiast usłyszałem że w pobliżu ludzi będzie bezpieczniej bo to i czasem na cały dzień trzeba będzie wszystko zostawić to lepiej żeby ktoś miał na to oko. Nie mogła zrozumieć że wszędzie jesteśmy równie bezpieczni i nasz dobytek jak w domu u kogokolwiek z tej wsi. Poszliśmy więc do pierwszego z brzegu domu zapytać czy można rozbić namiot gdzieś na ich terenie. Kobieta, którą zastaliśmy w domu niemal przepraszała że u niej nie ma warunków bo właśnie są żniwa i przy ich skromnym obejściu ani spokoju ani miejsca nie będzie bo zwożą właśnie wszystko do stodoły. Poradziła nam iść na pobliski malowniczy wzgórek gdzie stała biała chatka pod sosnami bo tam mieszka dwoje emerytów i tam nikt nie będzie nam przeszkadzał. Więc poszliśmy. Staruszka gospodyni natychmiast zaproponowała nam miejsce w domu bo i tak połowa stoi pusta, ale że woleliśmy nad rzeczką w sadzie to oczywiście ubolewając nad trudami takiego koczowniczego życia w namiocie zgodziła się. Zanim na dobre urządziliśmy nasze obozowisko wśród jabłonek babcia przyszła z poczęstunkiem bo przecież „Państwo z drogi to na pewno utrudzeni to i zjeść i odpocząć powinni”. Wieczorem poznaliśmy męża naszej gospodyni. Przemiły staruszek cały dzień spędził na jeziorze łowiąc ryby. Fukną na babcię że pozwoliła żeby ludzie męczyli się w sadzie zamiast pokój im przygotować. Trudno mu było wytłumaczyć że mamy wszystko co jest nam potrzebne i że w namiocie jest nam bardzo wygodnie.
Kiedy szliśmy przez wieś każdy napotkany człowiek pozdrawiał nas. Nie sposób było nie odpowiedzieć. W sklepie kolejka ale wszyscy proponują żeby podejść bez kolejki bo oni miejscowi to nawykli do czekania a nie wypada żeby goście stali w kolejce. Aż nam głupio było odmawiać. A przecież fajnie było stać w takiej kolejce i słuchać pięknego śpiewnego języka.
Następnego dnia po naszym przybyciu odwiedzili nas miejscowi WOPiści.Choć strefa nadgraniczna zaczynała się po drugiej stronie drogi to jednak przyszli sprawdzić nasze dokumenty. Wieczorem cała wieś wiedziała skąd przyjechaliśmy i czy jesteśmy małżeństwem. Nasza babcia wszystko nam powiedziała. Bawiło nas to że jesteśmy obiektem takiego zainteresowania.
Po kilku dniach i odwiedzinach u różnych gospodarzy a to po mleko, a to po jajka czy swojski chleb, moja luba powiedziała do mnie – Słuchaj oni tu w ogóle nie zamykają drzwi jak wychodzą z domu, nawet na cały dzień. A po co mieli zamykać jak każdy każdego znał i wiadomo było wszystko co się dzieje. Obcego natychmiast wszyscy widzieli. Gospodyni, którą naszliśmy pierwszego dnia po przyjeździe mieszkała najbliżej przystanku i każdy kto wybierał się gdzieś autobusem zachodził do niej jak do poczekalni. Drzwi nigdy nie były zamknięte a nigdy im nic nie zginęło.
Tak wyglądał ten zakątek świata przeszło trzydzieści lat temu. Kiedy ostatnio tam byliśmy rzeczywistość była już inna. Witano nas nie mniej serdecznie, ale język już nie był śpiewny tylko taki prosto z telewizora i zamki w drzwiach się pojawiły, Ludzie znacznie mniej się interesowali przyjezdnymi, za to każdy powoli zamykał się w obrębie własnego gospodarstwa, własnych spraw. Już nie byli tacy otwarci. Z pewnością wiele zyskali na postępie i zmianach cywilizacyjnych ale wiele również stracili. Oni sami z pewnością nie dostrzegają ceny jaką zapłacili. Ale ja człowiek z zewnątrz widziałem to boleśnie. Żal mi tego świata i tych ludzi. Z pewnością ja również podlegam takim procesom choć sam tego nie zauważam. Moja mama potrafiła zabrać do domu (mieszkaliśmy wtedy w pięknym wielkim podwarszawskim domu) grupę młodych ludzi bo pora była już późna i żadnych widoków na transport do Warszawy. Innym razem już w Warszawie, spotkaną na ulicy dziewczynę która po operacji plastycznej nosa nie miała się gdzie podziać a na hotel nie było ją stać, zabrała do domu nakarmiła położyła spać, a rano zostawiła klucze i powiedziawszy gdzie ma je zostawić wychodząc, pojechała do pracy. Kiedy mieszkała w Paryżu zachowywała się podobnie. Dlatego przez jej dom przewijali się ludzie będący akurat w potrzebie. Ja chyba bym tak nie potrafił, choć bywało że robiłem różne rzeczy dla bliźnich o których moi koledzy mówili że chyba zwariowałem.
Tak, rozwijamy się, ale czy kierunek tego rozwoju jest dobry? Tracimy więzi, ufność, otwartość. Paradoksalnie teraz mówi się nam że powinniśmy być bardziej otwarci i tolerancyjni wtedy nie trzeba było tego mówić. Mimo komuny, mimo trudności z niej wynikajacych. Mamy dziś coraz mniej znajomych, a przyjaciół prawie wcale, zamykamy się w naszych domach, chronimy naszą prywatność. Czy jesteśmy bezpieczniejsi i co ważniejsze czy jesteśmy szczęśliwsi?


Komentarze
Pokaż komentarze (3)