Ludzie wierzący, mimo deklarowania swojej miłości do Boga, tak naprawdę czują się nim zmęczeni; być może nawet go nienawidzą. Mocne słowa; dlatego postaram się uzasadnić tę brutalną, wydawałoby się bluźnierczą tezę. Jak to tak; przecież my kochamy Pana Boga, modlimy się codziennie, a bez niego nie wyobrażamy sobie życia, jak więc możemy go nienawidzieć? Nie można jednocześnie kogoś kochać, i nienawidzeć. Ależ można. I mówię to jako kochający Boga człowiek. Chociaż zapewne już w tej chwili, jawię się Państwu jako opętany przez Lucyfera pachołek zła, chcący wydrzeć Państwu z serc życiodajną wiarę.
Pali i żyje...
Czy spotkałeś kiedyś człowieka, który lubi swój nałóg? i owszem, każdy palacz chrypiąc i pokasłując powie Ci że na coś trzeba umrzeć, a on zna kogoś kto nie pali i umarł na raka płuc, a ten, o proszę; ma osiemdziesiąt lat, pali i żyje w zdrowiu. Nie o “take” wyznanie mi chodzi; tylko o szczere. Gdy ktoś Ci ufa, zawsze usłyszysz to samo, że nie może rzucić, że próbował. Jego umysł cały czas kombinuje jak rzucić nałóg, przykłada do ciała miedziane płytki, idzie na akupunkturę gdzie nabijany igłami, wygląda jak pęknięty jeż i krzyczy z bólu; modli się, afirmuje, wpłaca pieniądze na cel charytatywny, żuje gumy z nikotyną, przepala paczkę na raz by obrzydzić sobie nałóg... po czym demoluje mieszkanie w furii, gdy nie może sobie puścić uspokajającego dymka. Papieros daje ulgę od napięcia, można się wyluzować, odsapnąć, by za chwilę czuć się obrzydliwie, doświadczać “kapcia” w buzi, wzrostu ciśnienia tętniczego, zaburzeń oddychania. Sam paliłem kilkanaście lat, więc trochę wiem na ten temat. Każdy nałogowiec, czy pali marychę, pije piwo w ilości sztuk dziesięć dziennie (i oczywiście nie jest alkoholikiem, bo on to kontroluje, a jak nie wypije to musi przylać żonie, więc pije dla dobra rodziny) albo bez seksu pięć razy dziennie staje się roztrzęsionym, psychicznym wrakiem...
Oni wszyscy nienawidzą swojego nałogu, za to lubią efekty pozytywne jakie im daje. To najczęściej ulga od psychicznego napięcia, wyluzowanie. Natomiast każdy nawet jeśli tego nie rozumie, to wyczuwa że jest po prostu niewolnikiem, kimś będącym na czyimś sznurku, jak teatralna kukiełka. Wystarczy by złamało go w krzyżu, i nie mógł dwa, trzy dni wyjść po papierosy do kiosku; bez mrugnięcia okiem zamieni wszystkie leki przeciwbólowe, na jednego dymka. To upadlające, poniżające. Przyjemności która przyjemnością nie jest (to uwolnienie od napięcia które stworzył sam człowiek jakimś warunkiem, np. gdy nie będę dyrektorem, będę czuł się nieudacznikiem, co oczywiście tworzy ból i cierpienie, a gdy nim będę to wtedy będę szczęśliwy) towarzyszy cena jaką trzeba zapłacić za nałóg; zdrowie, pieniądze, rodzina, estetyka, krótsze życie boleśniej zakończone.
Wyobrażenie Boga a nie Bóg
Ludzie wierzący, wyznawcy którzy wierzą w jedną z idei religijnych, zostali tak wychowani że potrzebują Boga. Podkreślmy że nie jest to prawdziwy Bóg, tylko czyjeś wyobrażenie Boga. Buddysta widzi w wizji oświeconego, brzuchatego Buddę, muzułmanim Mahometa, a chrześcijanin Jezusa. Zanim przejdziemy dalej, udowodnię Państwu że mam rację; Panie Boże, jeśli faktycznie istniejesz, oślep proszę wszystkich moich czytelników; i wygarbuj im skórę, bo moje konto bankowe coraz lżejsze, coraz subtelniejsze... jak mniemam, nic się nie stało, prawda? ano właśnie. Bóg mnie nie wysłuchał, milczał teraz w trakcie naszego eksperymentu, jak też w czasie wojen, klęsk żywiołowych, epidemii... Ludzie wierzą w wyobrażenie Boga, które zostało im “dane” w dzieciństwie (kiedy nie mogli protestować, nie mieli zmysłu obiektywnego), a więc nie jest nawet ich własne, tylko z zewnątrz. Podobnie jak z obrazami dalekich planet; nie wiemy jak wyglądają, tylko wierzymy naukowcom którzy tworzą ich wizualizacje na podstawie skąpych informacji. Myśląc o planecie, nie widzimy jej taką jaka jest naprawdę, tylko ukazuje się przed naszym wewnętrznym wzrokiem, wizja grafika z agencji kosmicznej. Widzimy efekt kreacji grafika, dobrodusznego Pana Kazika który uwielbia pizzę i dobrze pospać.
Podobnie z Panem Bogiem; zamykając oczy, nie mamy kontaktu z prawdziwym Panem Bogiem (jeśli ktoś twierdzi że ma, to niech Pan Bóg coś, cokolwiek zrobi poza tą wyobraźnią) tylko z tworem jakiegoś człowieka. Ktoś go wymyślił, a my to powtarzamy bez żadnej refleksji, ponieważ tak zostaliśmy wyuczeni. Niektórzy są nawet dumni z tego, że wierzą bezkrytycznie w czyjś obrazek i czyjś opis obrazka. No cóż, ja bym się wstydził. Jeśli mam mieć jakiś obraz Boga przed oczyma, to prawdziwy a nie jakiegoś człowieka, który uważał że ma kontakt z Bogiem. Teraz takich ludzi wsadzamy do zakładów psychiatrycznych, śmiejemy się z nich... i wierzymy prawdopodobnie jednemu z nich Może nie dał się złapać, albo ścinał głowy tym co chcieli... i tak mu uwierzyliśmy. Nie twierdzę że nie miał racji, możliwe że miał; ale spytać go nie możemy, Bog na nasze pytania nie odpowiada, więc pozostaje rozum albo wiara. Wybieram rozum z szacunku do Boga; po coś mi go chyba dał, prawda? nie mogę go odrzucać, ponieważ kapłan jednej z tysiąca jedynie słusznych religii uzna że bez wiary, będę w piekle. Gdyby Bóg nie chciał bym miał rozum, nie dałby mi go, i wtedy byłbym politykiem, albo jednym z wyznawców, bo i po co im rozum, jak z niego nie korzystają? wierzą w to, co mieli podane “na talerzu” od dzieciństwa. Rozum już jest niepotrzebny. Zwierzęta nie mają rozumu, a potrafią sobie znaleźć jedzenie, umyć się, spłodzić wychować i zadbać o potomstwo.
Bóg - prozac
Gdy ktoś potrzebuje codziennie Boga, bo inaczej źle się czuje, to traktuje Boga jak środek przeciwbólowy, jak prozac na codzienny ból istnienia. Są ludzie którzy bojąc się śmierci w grzechu, codziennie chodzą do spowiedzi by się oczyścić. I tak całymi dekadami, więc pytam się, jak można kochać Boga który jest nam potrzebny by czuć się lepiej? jak można kochać Boga który jest mi potrzebny, bym czuł się lepszy od ateistów, bezbożników, ludzi myślących inaczej niż ja? To katorga, wielkie nieszczęście, i ciężar dzień w dzień noszony na sercu. Czy można kochać coś, bez czego czuję się jak szmata? I bez czego w razie śmierci trafię do piekła? Czy przypadkiem ludzie nie wykorzystują tego biednego Pana Boga? może dlatego milczy, może dlatego dał nogę? kto by wytrzymał z ludźmi, którzy Cię potrzebują by móc spokojnie zasnąć?
Ja wybieram Boga Przyjaciela, Boga Kumpla. Żeby móc go kochać, nie mogę go potrzebować, nie muszę mieć “musu” by codziennie się modlić, chodzić do świątyń. Podobnie jak wyklęty przez kościół Anthony de Mello, wyznałem: Boże, nie potrzebuję Cię do szczęścia. Mogę być sam z siebie szczęśliwy. Nie muszę już Cię wykorzystywać by czuć pobożnym, czystym, naładowanym energią, czuć się lepiej od innych. Kocham Cię jak kumpla, a nie nadzorcę niewolników. Nie jestem niewolnikiem, stworzyłeś mnie na swój obraz i podobieństwo, więc jestem dumny z siebie. A w niedzielę lubię sobie dłużej pospać, i jest to sen spokojny, niezmącony lękami przed wiecznym potępieniem. A i sakiewka ciężka. No! cięższa. Reasumując, odczepcie się wszyscy od mojego najlepszego Przyjaciela. Dajcie mu spokój, dajcie mu odetchnąć. Nie wykorzystujcie go do waszych gierek, do waszych codziennych starć z innymi ludźmi, do podwyższania swojej samooceny. Nie wiem jak wygląda, w końcu Bóg jest duchem, może jak jaszczurka? jak mgiełka? skąd szalona myśl, że Bóg ma wyglądać jak brodaty starzec? nie wiem. Felieton ten dedykuję Panu Bogu, jako jego wierny fan, przyjaciel, miłośnik.


Komentarze
Pokaż komentarze (17)