Przywiązanie do swej kobiety, jest uważane przez Panie za bardzo ważną cechę prawdziwego mężczyzny. Ktoś potężnie przywiązany do swej rodziny, kobiety i dzieci, nie widzący sensu życia poza nią, staje się w oczach Pań supermęskim; niestety, oczy Pań widzą tylko to co chcą widzieć, oraz w co jak święcie wierzą - da im szczęście. I jak zwykle się okazuje, szczęścia nie ma, bo i być nie może. Dlaczego?
Zależność to piekło na ziemi
Jak pisałem ostatnio (chcę to rozwinąć), im mocniej utożsamiasz swoje szczęście z jakąś osobą, tym bardziej odczuwasz lęk. Przecież kobieta bądź facet mogą odejść, zakochać się w kimś innym bądź zwyczajnie umrzeć. A co z kalectwem? Bliska osoba może wylądować jako kadłubek który trzeba podcierać, narobić strasznych długów, nie każdy wytrzyma takie życie. Co wtedy z Twoim szczęściem? Zniknie. Im więcej przywiązania między ludźmi, tym więcej lęku o utratę wygodnego stanu - a gdy się boisz, wczepiasz się pazurami by to co Ci daje szczęście i przyjemność nie odeszło. Znam to z autopsji, gdy próbuję bliskie mi osoby zachęcić do zdrowego trybu życia.
Pragnienie zmiany innych przeradza się w obłęd i szaleństwo, mimo że jest robione z dobrych intencji; chcę by były zdrowe. Zacząłem obserwować swoje intencje, więc okazało się że dobroć to tylko wierzchnia warstwa; Pod pozorami dbania o zdrowie bliskich mi ludzi, kryje się lęk że umrą, albo zostaną inwalidami, zostawiając mnie samego na ziemi, tej okrutnej ziemi. Utożsamiłem z bliskimi mi ludźmi swoją wygodę, więc odpowiednio do tego cierpię. Czyli jak widać, chodzi o mój własny, jak najbardziej egoistyczny interes. I gdybym nie zajrzał głębiej w siebie, cierpiałbym rozkosznie przekonany o swym szlachetnym charakterze. Właśnie dlatego każda zależność daje coraz więcej bólu. Pod pozorami dobrych intencji, zawsze kryje się własny interes, a dobro czynić można jedynie wtedy, gdy nie jest się w jakikolwiek sposób od kogoś zależnym. Jeśli moja przyjemność zależy od Ciebie, zawsze będę Tobą manipulował by jej nie stracić.
Lans pod biedronką
To wszystko jest banalnie wręcz proste. Jeśli kochasz samochód, boisz się że Ci go ukradną, a jeśli utożsamiłeś z nim samoocenę, czujesz się lepiej przy kimś w skodzie, ale znacznie gorzej przy nowej S klasie. Pod biedronkę podjeżdżam dwoma autami. Raz wypasioną, 320 konną audicą, a raz rdzewiejącą kia rio. Gdy wysiadam bądź wsiadam do nie swojego audi, widzę spojrzenia Pań; są zainteresowane, uważnie obserwują, niektóre się uśmiechają a ja czuję się lepiej. Myślą skąd mnie stać na takie auto, może jestem biznesmenem, gangsterem? No cóż, jestem ubogim pisarzem, ale z racji typowo słowiańskiej, z kamienia ciosanej twarzy, nie widać we mnie zalet ducha. Gdy wsiadam do kia, spojrzenia są obojętne (najczęściej nie ma żadnych), więc czuję się gorzej. 35 latek w kia? Nieudacznik życiowy, w czym jest wiele racji. Jednak nie smucę się tym, gdyż inteligencja finansowa jest tylko jedną składową spełnionego życia, dość niewielką, chociaż ludzie czczą ją znacznie mocniej niż by wypadało. Jeśli utożsamisz swoje Ja z mieszkaniem, domem, autem, lokatą bankową, będziesz cierpiał - i nie ma na to innego lekarstwa, niż utożsamienie swej wartości z czymś Boskim w sobie, z czymś czego nie zabierze kaprys losu. Nie twierdzę że zamożność jest zła, jest neutralna; złe jest utożsamienie się z czymkolwiek co można utracić. Boskości nie zabierze nikt, całą resztę porwie kryzys, fałszywi przyjaciele, losowe przypadki/wypadki. Jeśli jesteś miliarderem który nie utożsamił się z pieniędzmi, jesteś jak święty który żebra o odpadki - a nawet więcej, gdyż święty pod wpływem pieniędzy mógłby zwariować, a Ty już sobie poradziłeś.
Kiedy już wiesz, że podsuwane nam od dzieciństwa recepty na szczęście są przepisem na truciznę, widzisz szaleństwo które Cię otacza. Na portalu randkowym gdzie bywam (nie szukam tam szczęścia), pełno jest zdesperowanych, zrozpaczonych Pań i Panów. Oto ludzie którzy myślą, że po znalezieniu połówki będą szczęśliwi; żebracy chcący brać, bo nie chcą sami w sobie wykształcić szczęścia. Pewna Pani skopiowała romantyczne opowiadanko, by ukazać światu swą wrażliwość i mądrość:
"Pewnego razu był sobie Zły Ktoś. Był to osobnik o bardzo ponurym usposobieniu. Jego ulubionym zajęciem było niszczenie książek. I tak pewnego razu wdarł się niepostrzeżenie do pobliskiej biblioteki. Gdy oddawał się swojej jakże dziwnej pasji w jego ręce wpadła Piękna Baśń. Niestety ów łotr również dla niej nie był litościwy i wnet zaczął pozbawiać życia cudowną książkę. Wtem zerwał się wiatr, gdyż w owej bibliotece otwarte było okno i kartki jęły wirować. Część z nich porwała wstrętna wichura, wśród nich były karty z Pięknej Baśni. Rozproszyły się one po świecie... Na jednej z nich zapisana była moja historia, zaś na drugiej Twoja... I tak teraz błąkam się samotnie w poszukiwaniu tej drugiej kartki... Twojej kartki..."
Cwana, zdesperowana bidulka
Mamy więc przerażająco naiwną i jednocześnie cwaną Panią (oczywiście po prywatnych studiach), która jest nieszczęśliwą romantyczką marzącą o wielkiej miłości, czyli poczuciu przyjemności. Liczy że gdy pozna fajnego faceta, swą połówkę duszy - uzyska przyjemność, szczęście, zniknie frustracja i ból skojarzony z samotnością, bolesne myśli zmienią się w przyjemne. Po co nad sobą pracować, zmieniać swoje przekonania, wnikać w swoje myśli i emocje? To boli, długo trwa a przecież tyle emocji czeka w telewizji, internecie; mordy, gwałty, rzezie, wojny, oszustwa, orędzia miłosne polityków platformy. Dla przeciętnej osoby, samo siądnięcie przy biurku i posiedzenie w ciszy jest dyskomfortem nie do przejścia; przyzwyczajone do hałasu, błyskających światełek i emocji zwierzątka, które myślą że inna osoba tak nimi "zakręci", że wszystkie bóle miną, a ich miejsce zastąpi przyjemność. Gdy tak się nie dzieje, pojawia się nienawiść do osoby która miała dać szczęście, a nie dała. To najczęstsza przyczyna rozwodów - druga osoba miała coś dać, a nie dała. A skąd wiedza że człowiek ma Ci coś dać? Od dzieciństwa jest nam to wbijane do głów za pomocą książek, filmów, komiksów - szczęśliwy jest tylko ten, kto jest w parze. Jeśli ktoś jest sam, to znaczy że cierpi. Singiel to ktoś, kim można "legalnie" gardzić i go wyśmiewać, ciesząc się swym "szczęściem" - do czasu.
Ludzie w to wierzą - więc zwłaszcza Panie gdy są same, czują się nikim, śmieciami, wszędzie dostrzegają śmiech i szyderstwa innych, w czym przewodzą Panie zamężne, dumnie błyskające obrączką przed zrozpaczonymi singielkami. Gdy wchodzą w związek "niechby bił byle był", wreszcie mogą się zemścić za swoje negatywne uczucia, więc gardzą tymi, którzy nie są w związku. Im mocniej wchodzisz w tę chorą grę, tym mocniej chcesz zachować związek (rozstanie czy rozwód to porażka, ośmieszenie) - a im mocniej Ci zależy na związku, im mocniej ze związkiem utożsamiłeś swoją samoocenę i szczęście, tym większy strach i dbanie o to, by przedmiot dający przyjemność nie nawiał. I przeklęte koło się zamyka - dlatego wszyscy nieszczęśliwi w związkach ludzie, obwiniają druga stronę za swój ból. Patrząc powierzchownie, wina jednej strony może wydawać się jasna; np. ktoś zdradził. Świństwo, prawda? Gdy spojrzysz głębiej, okazuje się że liczyłeś na szczęście, a drugi człowiek nie jest w stanie go dać; nie chciałeś się rozwijać, pracować nad sobą, myślałeś że da się inaczej, że jak ktoś się w Tobie zakocha, to Ci je przyniesie na tacy - nie ma takiej opcji. Sam z siebie musisz nauczyć się odpowiednio reagować, wzbudzać poczucie szczęścia z pierdół, a nie liczyć że ktoś przyjdzie i da. Jak dał, może i zabrać. Dlatego zdrada, rozpad relacji człowieka leczy - z nieprawidłowych przekonań i cwaniactwa. Nie ma nic za darmo, wszystko trzeba wypracować w pocie czoła. A ludzie chcą dostać za darmo; za darmo jest tylko ser w pułapce na myszy.
"Beze mnie jesteś nikim"
Zdesperowane, chytre zwierzątko nie rozumie, że pojawienie się połówki pomarańczy byłoby dla niej wielkim nieszczęściem. Przecież jeśli by się jakimś cudem ta rozcięta pomarańczka pojawiła, a Pani poczuła przyjemność (wspólne wyjścia, zazdrość znajomych, wspólne fotki na fejsie i NK z Egiptu gdzie się uśmiechają, mimo lokalnej biegunki), zjawiłby się też lęk że ukochany nawieje. By zaradzić lękowi, oplotłaby go jak bluszcz, robiła awantury, zazdrość rosła by w jej umyśle jak nowotwór złośliwy w ciele namiętnego palacza (pali bo lubi). Kto był w paru związkach, wie że zazdrosna kobieta jest po prostu nie do wytrzymania. To bezustanny atak i paranoja, robiąca z drugiej strony warzywo. Partner chcący zatrzymać źródło przyjemności, robi różne rzeczy; wmawia poczucie winy, krzykiem wymusza uległość, straszy odebraniem dziecka, bezustannie Ci powtarza że jesteś śmieciem, że bez niej/jego jesteś nikim i nic nie osiągniesz. W końcu może dojść do zabójstwa by "przedmiot" nie uciekł, albo wieloletniego mobbingu w zemście za zabranie zabawki. Do takiego gnoju wcześniej czy później doprowadza to, co w społeczeństwie jest uważane za cnotę. A potem zdziwienie że facet zabija żonę i siebie, albo kobieta która oskarżeniami o zgwałcenie dziecka, wtrąca faceta na lata do więzienia.
Dlatego mężczyźni będący z kobietą, która ich delikatnie mówiąc, olewa, są przez nią uzdrawiani. Taka pozornie chłodna relacja dba o to, by z człowieka nie wyszły najgorsze demony. Dlatego gdy pracuję z ludźmi, nie skupiam się na poprawie relacji, a zawsze zaczynam od zajęcia się tematem samooceny. Gdy zaczynasz kochać Boską iskrę w sobie, naturalnie maleje zależność od ludzi, przedmiotów i wszystkiego innego - wszystko co najpiękniejsze masz w sobie. W ten sposób zmniejsza się lęk, presja, a ludzie naprawdę to wyczuwają "na kilometr". Jeśli coś trzymasz, to zawsze ucieknie albo Cię ukąsi. Jeśli puścisz, samo przyjdzie. To święte prawo, które jest nieznane - bo i nikt nie ma interesu by go nauczać. Sfrustrowany, znerwicowany człowiek napędza obroty gospodarce i religii, można go puścić na demokratyczną wojenkę. Ludzie są tak zaślepieni nieprawdziwymi wierzeniami, że tylko potężny ból może ich wyrwać z tych myślowych kajdan. Ile razy o tym piszę? Większość ludzi się śmieje, część uważa za new age i sektę, a nawet moi czytelnicy przeczytają by za chwilę zapomnieć. Jeśli nie działa słowo pisane, do gry wkracza cierpienie. Jeśli będzie wyjątkowo długotrwałe, jest szansa na zrozumienie o co chodzi. Wtedy to co piszę, staje się nagle zrozumiałe.
Śmierć leniom i bandzie czworga
Ale to nie koniec pozornie złych wiadomości. Ludzie utożsamiają swe szczęście nie tylko z innymi ludźmi (partnerzy, rodzice, dzieci, przyjaciele), ale i z przekonaniami. Znam pewną osobę, która była bardzo mocno zaangażowana w poglądy Pana Korwina Mikke. Tryskała niechęcią wobec zasiłków, państwowej służby zdrowia, nierobów i leni którzy narzekają na pracodawców, zamiast zakładać firmy i trzepać miliony, a każda podwyżka pensji miała zrujnować gospodarkę; Wszyscy którzy tego nie rozumieli byli głupkami, nie rozumiejącymi mądrości Pana Mikke. Aż nagle przyszła choroba, która kosztowała skarb państwa strzelam - ponad okrągłą bańkę (zagraniczne leki, operacje, szpitale latami, później renta). I co z tymi poglądami? Czy prywatny szpital by to wszystko opłacił? A w życiu. Umowy ubezpieczeniowe obejmują niezbędne minimum, a nie choroby generujące kolosalne koszty. Ja sam przez to przeszedłem, od liberała nienawidzącego protestujących pielęgniarek, po załamany psychicznie wrak, którego przy życiu utrzymywała matka przynosząca jedzenie, bo ja latami nie mogłem wychodzić - tylko że moja choroba nie była tak droga. Po prostu zostawiono mnie samego bez pracy i jakiejkolwiek pomocy, bym sobie po cichutku zdechł. I co dalej? Trzeba zrezygnować z chorych poglądów, jeśli nawet nie z powodów intelektualnych, to ze zwykłej, ludzkiej przyzwoitości - ale ludzie się do nich przywiązują tak mocno, że utożsamiają z poglądem swoje poczucie istnienia. Wtedy mamy do czynienia z dziwną sytuacją, kiedy ktoś kogo system Korwina by zniszczył, nadal go popiera. Wie że to stek bzdur finansowany przez kapitał który chce mieć darmowych niewolników, ale przyznanie się sprawiło by wielki, psychiczny ból. Dlatego trzeba być bardzo konkretnym; nie mówić "jestem korwinistą", tylko aktualnie mam poglądy liberalne. Ja jestem istotą Boską zamkniętą w ciele i ego, a nie żadnym korwinistą czy socjalistą. Poglądy, cywilizacje i religie powstają i upadają, to nic stałego. Każda idea miała zmienić świat, a jedyne co robiła to zaścielała ziemię stosami trupów.
To nieważne w jaką ideę wierzysz. Mozesz być fanem PIS, platformy, wiernym kościoła katolickiego czy buddystą - im mocniej utożsamisz się z określonymi przekonaniami, tym większy podświadomy stres to budzi. Znam faceta który nie jest byle kim; to doktor marketingu, wykładowca który dostał drugą nagrodę blog roku. Wszędzie opowiadał że Meller proponował mu pisanie w Playboyu, ale odmówił. Później chwalił się że będzie pisał w "Bluszczu". Pytamy - jak to możliwe że nie chciałeś pisać w Playboyu, a w niszowej gazecie będziesz pisał? W odpowiedzi wyzwiska, wypominanie, kręcenie. W końcu wyszło że w "Bluszczu" go jednak nie przyjmą. Chociaż nie pałałem miłością do tego Pana, oburzyłem się. Jak można komuś obiecać pracę, ten ktoś rozgłasza to oficjalnie wszystkim, a później wycofać się? To świństwo, czyż nie tak? Później pojąłem, że tenże Pan przywiązał się bardzo mocno do swej pozycji, co wzbudziło bardzo duży lęk o jej utratę, po czym zostało to zrealizowane by go upokorzyć, ośmieszyć. W ten sposób poniżenie uchroniło go od zwiększania się lęku, który wzrasta razem z sukcesami. Gdyby odniósł sukces, coraz mocniej by gardził biedakami i ludźmi którzy nie osiągnęli sukcesu, a więc lęk by wzrastał powodując w końcu ciężką chorobę. Jego własna podświadomość go w ten sposób ochroniła od katastrofy. Od teraz pozostaje mu powtarzać, że kupił nową fabię w salonie i jeździ na wakacje raz w roku, co ma oznaczać człowieka sukcesu - a ja jestem nieudacznikiem. To można jeszcze znieść, bo w sumie jest to prawdą.
Identyfikuj się tylko z Boską iskrą
Im więcej utożsamiłeś swoją samoocenę z walorami umysłu, tym większy lęk że stracisz pozycję. Samoocena musi być opierana tylko i wyłącznie na Boskiej iskrze w Tobie, która przejawia się jako poczucie zachwytu, szczęścia, spokoju i błogości. Tego nie zabierze Ci nikt; a wszystko inne można Ci zabrać w każdej chwili.
Widać to bardzo wyraźnie u każdego nałogowca. Palacze niszczący swoje ciało (paliłem kilkanaście lat) wytłumaczą wszystko; palą bo lubią, znają kogoś kto żył sto lat a palił. A szkło też zjecie? Są tacy którzy je jedzą i żyją. Ezoterycy przekonują, że dym odgania złe astrale. No cóż, po latach zapaleń oskrzeli i duszności, wiem jak to wygląda. Tak samo z alkoholikami (piją bo świat jest smutny), palaczami marychy (odblokowują umysł, bo na trzeźwo nie umieją), seksoholikami (bo to fajne). Wszystko co używasz do zmniejszenia poziomu napięcia, jest niekorzystne. By zmniejszyć napięcie, musisz wyjść z myśli do "tu i teraz", albo nauczyć się wybaczać, rozwijać w sobie postawę wdzięczności, radości. Wtedy obieg energii zwiększy się tak mocno, że dobry humor będzie codziennością; nie trzeba będzie jej polepszać żadnym stymulantem (słodycze, kawa, energetyki itd.).
"Pedalskie", niemodne emocje
Jest też przywiązanie do duchowych umiejętności. Posiadam je - dzięki czemu pomagam ludziom. Ale wiele razy się zdarzyło, że sytuacja mnie przerosła. Dlatego obserwując bardzo uważnie siebie, zauważyłem że pracując z ludźmi boję się ich. Boję się że nie pomogę; to pierwszy poziom lęku, oraz że ktoś uzna mnie za oszusta, nieudacznika w tym co robię; to drugi poziom lęku. Nieudane konsultacje sprawiają, że nie przywiązuję się do duchowych umiejętności; nie jestem nimi. Bóg dał, więc nie mogę się nimi pysznić, utożsamiać z nimi. Raz są a raz nie ma - gdzie w tym moja zasługa? Ja je rozwijam, wzbogacam, to jest moja praca za którą biorę pieniądze; ale na tym koniec, nie mogę osądzać czy obrażać innych, którzy nie wyczuwają pewnych rzeczy jak ja. Ja dostałem to, ktoś inny co innego, a sens polega na wymianie dóbr i usług.
Przywiązanie do fałszywego obrazu siebie, do idei że muszę być szanowany powoduje, że obcując z ludźmi boję się ich. To przyczyna fobii społecznych - wmówiono nam wszystkim, że akceptacja innych ludzi i szacunek nam okazywany, to norma. Dlatego przebywając z ludźmi, obserwując się bardzo uważnie, dostrzeżemy że jest w nas napięcie, lęk. Jeśli ktoś tego nie czuje, ponieważ wypiera lęk jako "pedalski", doświadcza lęku z drugiej strony, czyli gniewu i rozdrażnienia. Wkurzeni goście z pretensjami, to zawsze lękowcy zakłamujący swoje emocje i uczucia, a także przyszli pacjenci onkologii.
Z trumny wszystko widać lepiej
Prawda jest taka, że uzależnianie swojego samopoczucia od zdania innych o mnie jest szaleństwem. Są na świecie ludzie, którzy by mnie z miejsca zabili - sadyści, mordercy, wampiry emocjonalne itd. Są miliardy które by mną gardziły za moje poglądy. Każdy kto żyje, wyznaje jakieś poglądy, więc zawsze znajdzie kogoś kto ma przeciwstawne przekonania - to wystarczy do nienawiści a z czasem wojny. Zawsze będzie ktoś, kto Tobą gardzi, śmieje sie z Ciebie, co trzeba zaakceptować. Jeśli ktoś mną gardzi, nienawidzi mnie - to on przeżywa te negatywne emocje w swojej głowie, raniąc tym samym siebie samego. Co to za przyjemność ciągle kogoś bluzgać w swoich myślach, obrażać, wyśmiewać? Wszystko co sobie wyobrażasz, zawsze uderza w Ciebie, najpierw w ciało a później realizuje się jako choroba bądź przykre zdarzenia. Ktoś kto mnie nienawidzi z powodu poglądów, po prostu się boi że nie ma racji. Jeśli mnie oburza jego krytyka, też się boję że nie mam racji. Sytuacje przykre uświadamiają nam, że źle ulokowaliśmy swój największy kapitał; utożsamienie swego Ja. Osoba chora duchowo widzi doktorów, inżynierów, pilotów, polityków - a ja widzę ludzi, którzy wykonują jakąś czasową funkcję w społeczeństwie. By coś mieć, trzeba umieć z tego w każdej chwili zrezygnować, oraz odkryć w sobie pierwotną, Boską energię, która jest źródłem wszystkiego. Trzeba ćwiczyć, pracować. Po pierwsze, wyobraźmy sobie że umieramy a nasze zwłoki leżą ładnie ubrane w trumnie; modny garnitur, lakierki, makijaż. Z punktu widzenia rozkładającego się ciała, spójrz na wszystko z czym się w życiu utożsamiłeś, co to jest warte. Co z kasą? Zostanie dla szarpiącej się o to rodziny. Auta, ciuchy z metką, mieszkanie? Zostanie. Tytuły naukowe, stanowisko w firmie? Zostawiasz. Zdolności duchowe? Parę wcieleń zostaną, ale w końcu znikną. Co masz? Tylko świadomość; nieśmiertelną, Boską świadomość, którą utożsamiłeś z małym, śmiesznym ego.
Gdy zrobisz takie ćwiczenie, możesz iść zarabiać pieniądze, podrywać dziewczyny, bawić się życiem. Wtedy masz odpowiednie podejście i dystans, nie zatracisz się, nie utożsamisz swojego szczęścia z seksem, koksem, kaloryferem na brzuchu. By poznać Boskość, musisz przed lustrem podnosić swą samoocenę, widząc w swoim odbiciu Boską iskrę. Na początku skupiasz się na mięsie zwanym twarzą, ale z czasem zaczniesz czuć coś, co jest energią. Wszystkie te mechanizmy dokładnie opisuję w mojej książce "Stosunkowo dobry".
www.braciasamcy.pl zapraszam na moje forum.


Komentarze
Pokaż komentarze