Poszukiwacze wiedzy dotyczącej podrywu, zaliczania i trików umożliwiających lepsze życie, jeśli tylko podchodzą do siebie poważnie, po fali sukcesów zawsze uderzają głową w ścianę - nie da się iść dalej.
Podskórny, nieustający lęk
Bo trudno o inną refleksję, gdy zdajesz sobie sprawę z tego że im mocniej kochasz, im bardziej jesteś szczęśliwszy i poukładany w związku z kobietą, tym potężniej wzrasta strach o jej utratę. Zdrada, kalectwo bądź śmierć to coś, co zdarza się codziennie - kostnice są pełne tężejących, rozpadających się ludzkich wizji szczęścia. Im więcej słodkiej stabilizacji i wygody, poczucia komfortu, tym większy lęk że odejście kobiety zabierze to wszystko w jednej chwili. Jedni sobie ten podskórny lęk uświadamiają, inni nie - tych jest znaczna większość. Lęk ujawnia się jako przeróżne problemy, zmienne nastroje (zawsze negatywne) a z czasem choroby ciała i umysłowe.
Organizm jako system, ma pewną wytrzymałość na obciążenia emocjonalne, podczas których paraliżowana jest praca organów i systemu odpornościowego - gdy zostanie przekroczona, pojawia się choroba. Ktoś kto został wychowany w środowisku gdzie okazywanie lęku jest "pedalskie", ujawni gniew, czyli aktywną i bardziej szanowaną w społeczeństwie formę strachu. Furiata który umie przywalić szanują, człowiekiem który się boi - gardzą i poniżają.
Myszka ma humorki
Kolorowe obrazki z seriali, jak to po znalezieniu mitycznej połówki ludzie żyją w szczęściu do końca życia, są stworzonym w celu unieszczęśliwianiu ludzi kłamstwem. Bo jeśli masz taki cudowny związek, a strach rośnie (może być odczuwany jako gniew, rozdrażnienie, niechęć do bliskiej osoby) to zaczynasz siebie albo drugą osobę obwiniać że jest źle - bo miało być pięknie, a nie jest. Z czasem pojawia się nienawiść, bo niektóre osoby rozumieją że są tak naprawdę niewolnikami, że ich szczęście jest totalnie uzależnione od humorów jednej osoby; dziś wszystko gra, ale jutro Myszka może być w zupełnie innym stanie emocjonalnym, a wraz z nim reagujemy i my. Przecież jeśli kobieta uderzy Cię w twarz w trakcie kłótni, nie oddasz bo więzienie, nie pójdziesz na policję bo Cię wyśmieją że z babą sobie nie umiesz poradzić, oraz nie odejdziesz - bo utracisz swoje szczęście wraz z mieszkaniem i dobytkiem życia. Taka zależność to więzienie, często znacznie boleśniejsze niż te prawdziwe, z kryminalistami. Lęki i rozpacz wbijają się głębiej w emocjonalną tkankę, niż penisy współosadzonych prawilnych, którzy brzydzą się pedałami tak mocno, że się z nimi bzykają.
W serialach wszyscy szczęśliwi, komedie romantyczne po zabawnych tarapatach kończą się szczęściem przy ołtarzu, na fejsie wszyscy pouśmiechani, to skąd tyle rozwodów, spaczonych dzieci rodzinnymi konfliktami? Ze szczęścia? Spójrz na ulicę, na ludzi wychowanych w rodzinie i religii, wszyscy zamyśleni, skoncentrowani na wielkich, nierozwiązywalnych problemach, które istnieją jedynie w ich głowach. Skąd wojny, okrucieństwa, agresja na ulicach, nienawiść w internecie? Szczęśliwi ludzie nie muszą wyrzucać z siebie jadu, bo go w sobie nie mają - wyrzucają go z siebie tylko ci, którzy się nim krztuszą. Jeden splunie nim na innych ludzi (frustrat), drugi wycharchuje gdzieś na uboczu (dobroduszny z natury), ale ten jad jest bezustannie wytwarzany przez ślinianki nawyku - po pozbyciu się toksyn, trzeba zmienić nawyk na pozytywny (np. poczucie bycia śmieciem w poczucie wartościowym człowiekiem), by w miejsce toksyny przelewała się ambrozja życzliwości, poczucia mocy i pewności siebie.
Udawanie szczęścia, by się nie śmieli
Jest tylko jeden sposób na satysfakcję w życiu, szczęście i spokój, ale jest on krańcowo różny od tego, co nam wszystkim wmawiają poprzez książki, filmy, opowieści rodzinne już od dziecka. Dlatego ludzie młodzi i w średnim wieku reagują agresywnie gdy o nim wspominam, ponieważ jeszcze wierzą, że uda im się osiągnąć szczęście według podanych przez społeczeństwo sposobów - i tak jak nie udało się ich dziadom, rodzicom, tak tradycyjnie nie uda się im, oraz ich dzieciom. Gdy przestają już wierzyć, pozostaje gorycz i nienawiść, oraz panika na samą myśl, że inni dowiedzą się że w życiu im się nie ułożyło - grają więc szczęście. I na takich przerażonych opinią rodziny i sąsiadów aktorach, bazuje cała nasza pewność, że szczęście w związku jest możliwe. Nie, nie jest.
Związek to układ biznesowy oszukanych wizją spełnienia, dążących ku fatamorganie szczęścia dwojga ludzi, mający na celu spłodzenie i wychowanie potomstwa - natura zakłada rozmnażanie, a nasze szczęście jej nie interesuje, wręcz przeciwnie - człowiek w pełni szczęśliwy, nie ma już za wiele motywacji do rozmnażania się, rozwijania technologii, bo i po co ma gdzieś gonić? Siły natury dążą natomiast do rozmnażania, rozwoju technologicznego, by życie miało jak największą szansę na przetrwanie. Ludzie wchodzą w związki, zwabieni trelami obietnicy szczęścia, które wkroczy w ich życie wraz z dziećmi - i czasami faktycznie tak jest, ale bardzo rzadko. Szkoda że niewielu rozumie, że im większe zadowolenie z niebożąt, tym większy o nie lęk. Im więcej zadowolenia z czegoś bądź kogoś, co może zniknąć w jednej chwili, tym więcej rozłożonego na raty przerażenia, zjadającego człowieka dzień po dniu, latami. Bo i kto Ci zagwaruntuje, że za chwilę nie zginiesz w aucie, albo na ulicy, gdy ktoś w Ciebie wjedzie? Nie odpowiadasz za swoje życie, a co dopiero za cudze. I nie chodzi o to by wypatrywać niebezpieczeństw, ale zdać sobie sprawę z prostych zależności psychologicznych. Nawet jeśli są to rzadkie przypadki - to jednak są, istnieją, ktoś w tych wypadkach codziennie umiera a my dzięki mediom o tym wiemy.
Oczekiwania są zawsze bolesne
Każde oczekiwanie jest stresem i lękiem oraz późniejszą nienawiścią, gdyż zakłada że może się nie spełnić. Mając dzieci, oczekujesz przede wszystkim że to one Cię pochowają, a nie Ty je - co się niekiedy zdarza, znam to z przykładu mojej bliskiej rodziny. Oczekujesz też wielu innych rzeczy, które także mogą się nie spełnić. Dziecko może zostać kryminalistą, psychopatą, narkomanem, korwinistą albo nie daj Panie Boże, politykiem. Dopóki istnieje możliwość że Twoje oczekiwania się nie spełnią, żyjesz w lęku - a nie każdy da sobie z nim radę. Część ludzi będzie go w formie gniewu (bicie, przemoc psychiczna, manipulowanie) wyładowywać na dziecku, które miało dać szczęście. I taka jest prawda o związkach, a nie kolorowe rysuneczki i gorączkowe zapewnienia zdesperowanych Pań, które święcie wierzą że dzidzia i obrączka na paluszku sprawi że będą szczęśliwe. No cóż, nie będą - a za swój brak szczęścia obwinią małżonka, karząc go brakiem seksu albo z czasem kochankiem.
"Moja dziewczyna nie jest taka"! Wrzaśniesz. Oczywiście, każda na początku wydaje się być cudowna, to proces wabienia partnera, który służy jako stopień, po którym Pani chce się wspiąć na wyższą pozycję społeczną i doświadczyć wielkiej miłości (czyli przyjemności), o której całe życie marzyła. Przyjacielu, kobiety w znaczącej większości to klony różniące się jedynie wymiarami ciała, głosem czy upodobaniami kulinarnymi. Cała reszta jest praktycznie taka sama; lubią podróże (grzanie się na plaży), jedzenie (przed ślubem się hamują, później gaz do dechy i narzekanie na tarczycę i geny), psychologię (czyli teksty z gazetek dla Pań, mówiące jak poderwać faceta, którego będzie zazdrościć jej koleżanka), szczerość (ale mówić o nadwadze, zmarszczkach, kto płaci za jej przyjemności nie waż się mówić). Nie lubią fałszu, obłudy, a jak nie szanujesz kobiet ot tak, bez powodu, oraz nie chcesz im służyć bo są przecież słabsze, to jesteś płytki, zraniony przez kobietę, pusty, płytki,niedojrzały emocjonalnie. Poznasz kilkadziesiąt kobiet, do tego kilkanaście nieszczęśliwych w miłości i pobożnych mężatek w swoim łóżku, to zrozumiesz. Kobiety doskonale wiedzą (raczej wyczuwają), że ktoś kto miał wiele kobiet, już to po prostu wie - dlatego opluskwiają takich mężczyzn jak się da. To samoobrona i zohydzanie wizerunku tych, którzy mogą młodym, naiwnym samcom uzmysłowić kilka rzeczy o kobietach. Drogie Panie, spokojnie! Oni tej wiedzy nie chcą - są wasi.
Szczęście zawsze w parze ze strachem
Żona i dziecko na poziomie hormonów w ciele mężczyzny, dają takie same poczucie zadowolenia jak samochód dla pasjonata. Ilu mężczyzn nerwowo podbiega do okna, gdy włącza się alarm na parkingu? Boją się, by nie zniknęła ich radość - im bardziej utożsamili swoje szczęście z autem, tym większy strach, zwłaszcza gdy nie mieli pieniędzy na pełne ubezpieczenie. A lęk człowieka powoli zjada, dosłownie się żywi jego rezerwami pozytywnego nastawienia, spokojem - zje wszystko, jeśli mu na to pozwolić. Dokładnie tak samo jest z rodziną, jeśli jest dla Ciebie ważna.
Jeśli człowiek utożsami z czymś przemijającym swe poczucie spełnienia, ważności, zadowolenia, to wpadł po szyję w gówno, tylko jeszcze tego nie czuje. Sam znam przykłady ludzi, którzy utożsamili swe poczucie ważności (żeby ktoś pragnął poczucia wielkości, musiał całe życie czuć się małym) z przemijającymi rzeczami, takimi jak wykształcenie, pozycja społeczna, zdolności dzięki którym człowiek może gardzić mniej zdolnymi. I zawsze zadowoleniu z pozycji towarzyszy lęk, że wszystko przepadnie, ktoś zabierze, wyśmieje - i nie da się tego w żaden sposób zmienić. Każdy władca cierpi na bezustanny lęk - zresztą słusznie, gdyż wielu myśli że władza da szczęście - da poczucie kontroli, jeśli bolał Cię jej brak, oraz w pakiecie zwierzęcy strach na jawie i śnie. Ludzie uzależniają się od poczucia że są uduchowieni, honorowi - i zawsze mają to wszystko w miksie ze strachem, bo uduchowienie można stracić, wystarczy za mało zapłacić księdzu, a ten wyda słowami wyrok. Uzależnienie od przemijalnych idei czy przedmiotów, to samobójstwo emocjonalne na raty.
Za słowem idzie emocja
Gdy powiesz słowo "gówno", wyobrazisz je sobie razem z zapachem, krzywiąc się. Za słowem idzie zawsze skojarzenie emocjonalne. Gdy powiesz "tort śmietankowy", a lubisz go, zaleje Cię fala miłych odczuć, wspomnień związanych z tą przyjemnością i pożądanie słodkiego trofeum.
Jeśli będziesz sobie wyobrażał coś mocno emocjonalnego dłuższy czas, powstanie nawyk. Im częściej o czymś myślisz, inwestujesz swój czas i energię, tym mocniejszym staje się nawyk, a Ty coraz częściej odczuwasz dane uczucia, które są z nim związane.
Niektórzy ludzie są uzależnieni od złych newsów. Kochają (jeśli można tak to ująć) informacje o tragediach, kalectwie, nieszczęściu i ludzkich dramatach. Ich życie jest tak jałowe i puste, a oni tak pragną emocji, że wybierają te najstraszniejsze, najcięższe informacje, byle tylko czuć że coś się dzieje, byle nie odczuwać bolesnej pustki, która jest konsekwencją wybrania w życiu cudzych celów do spełniania, a nie swoich własnych (ktoś rezygnuje z pasji, by wybrać zwykłą pracę, nie rozumiejąc że to na pasji się najwięcej zarabia). I im częściej "ładują" się złymi newsami, wyobrażają sobie i przeżywają cudze nieszczęścia, tym większy w nich nawyk denerwowania się, rozpaczania, nastrój grozy i horroru. Te właśnie emocje coraz częściej pojawiają się w ich życiu, odczuwaniu - i nie są agresorem znikąd, zostały zaproszone, wzmocnione uwagą nieszczęśnika. Wampir żeby wyssać z człowieka krew (siły życiowe), musi zostać zaproszony - sam wejść nie może. Człowiek więc sam wybiera złe newsy, a później przygnębiony i bezsilny, pozbawiony energii użala się na straszne życie. Jednak to on wybrał i wpuścił do siebie negatywne emocje - więc musi doświadczyć ich skutków.
Ja tworzę nawyk, a on później moje życie
To są wszystko naprawdę bardzo proste sprawy. Wytłumaczę je na kilku przykładach.
U mistyków istnieje tzw. modlitwa serca. Zakonnik modli się cały czas, aż w końcu bez udziału jego woli modlitwa sama się gdzieś w tle myśli "mówi". Zakonnik rąbie drewno, myje podłogę, bawi z małym chłopcem... a gdzieś w tle ciągle powtarzają się słowa modlitwy. To jest właśnie przykład nawyku, który gdy mocno urośnie (podlewany naszym zaangażowaniem i pracą), zaczyna kierować życiem człowieka. Przecież podobnie działa papieros - najpierw człowiek się zmusza, kaszle, wymiotuje, a później ciało się dostosowuje do trucizny, i można palić - bo inni palą, bo wydaje się to męskie (skojarzenie papierosa z filmowym twardzielem, który konał piszcząc z bólu na raka, czego już nie pokażą). Najpierw człowiek się zmusza do nawyku, a później przejmuje on kontrolę nad nim - pamiętam jak godzina bez fajka była bolesna, jak pragnąłem, męczyłem się. Palacze mówią "palę kiedy mam ochotę", a ja doskonale pamiętam że ochotę miałem ciągle, a jak nie paliłem to nie mogłem sobie znaleźć miejsca.
Sam zaprosiłem wampira do siebie (zacząłem palić by poczuć się dowartościowanym), żywiłem własną krwią (powtarzałem nawyk by się utrwalił, skojarzyłem miłe uczucia bycia twardzielem i odprężenia z dymem). Jednak zamiast nadludzkich mocy i nieśmiertelności, zyskałem obturację płuc, brązowe, nie do wyczyszczenia zęby (po rzuceniu bielutkie), ciągły brak pieniędzy, kaszel, cztery razy w roku ciężkie zapalenie oskrzeli (teraz ani jedno), rozdrażnienie i strach że nie będę miał papierosów, że będę musiał zbierać kiepy.
"Wyobraźnia jest ważniejsza od wiedzy"
W kręgach ezoterycznych adepci tworzą tulpę - wytwarzają jakby kolejną osobowość, co jest nieco podobne do fascynującego zaburzenia zwanego osobowością wieloraką. Wyobrażają sobie jakąś postać z którą rozmawiają, spędzają czas. Przeważnie po kilku miesiącach treningu, postać zaczyna sama im odpowiadać na pytania - przedtem odpowiedź wymyślał adept. Tulpa nie jest niczym nowym - kiedyś czytałem w książce (nie pamiętam jakiej), że milioner wyobrażał sobie stół, przy którym siedzieli fachowcy od biznesu, prawa, marketingu itd. Po kilku miesiącach udawania że oni istnieją, gdy miał jakiś problem, rzucali mu takie informacje, jakich sam nigdy by nie wymyślił - i wtedy zaczął mocno prosperować.
Na pewno istnieje jakaś nieznana dotąd nauce moc, intuicja, do której ludzie się podłączają za pomocą różnych technik, np. modlitwy, wizualizacji, medytacji, albo jak radzi Adam Bytof w "snach wygrywających", w trakcie snu (ponoć igła do szycia i wiele innych przełomowych wynalazków została wyśniona). Zresztą sam Einstein twierdził, że wyobraźnia jest ważniejsza niż wiedza - może dlatego że podświadomość mająca wielkie możliwości, nie zna słów; porozumiewa się za pomocą wizji, odczuć i emocji, a więc kluczem do jej skarbów jest wyobraźnia, a nie porozumiewający się słowami umysł.
I teraz dochodzimy do najważniejszej sprawy. Jak być szczęśliwym w życiu? Trzeba mieć jedną, jedyną rzecz, którą będziemy kochać i stawiać na pierwszy miejscu, a całą resztę (rodzina, rodzice, przyjaciele daleko za nią) - i ta rzecz nie może od nas odejść, zdradzić nas czy umrzeć. Nie podlega prawom fizyki, czasowi ani przemijaniu.
Stwórz wizję Boga, zamiast wierzyć w czyjąś
Taką istotą jest Bóg - przy czym nie ma znaczenia czy istnieje, czy też nie. Dlatego warto wymyślić sobie Boga. Jeśli istnieje ten prawdziwy, z całą pewnością nie będzie miał nic przeciwko, bo bardzo pięknie go potraktujemy - na pewno lepiej, niż zrobiły to religie. Można stworzyć sobie Boga, albo wierzyć w dany nam szablon, stworzony przez innych ludzi, którzy mogli mieć brzydkie intencje. Stworzymy więc potężny nawyk, który wyniesie nas ponad wszelkie cierpienie, dając ukojenie, spokój i poczucie luzu - ale takie prawdziwe, nie udawane. Można dać mu inną nazwę, ponieważ w naszym kręgu kulturowym, słowo Bóg zostało skojarzone z biedą, cierpieniem, mękami, a głównie z krzyżem (narzędzie tortur) i zwłokami z nich wiszącymi - nasza podświadomość rozumuje jak czteroletnie dziecko; skoro Ojciec kochał syna i go zarżnął, to następuje na Boga całkowita blokada. Religia chrześcijańska, to genialny system służący do odcinania człowiekowi kontaktu z Bogiem, poprzez skojarzenie go z najohydniejszymi rzeczami. Podświadomość dba o przetrwanie organizmu za każdą cenę, więc nie dopuści byśmy kochali Boga, ponieważ efekt już poznała klęcząc co tydzień i wyznając urojone winy. A później człowiek się dziwi, że w jego życiu nie ma miłości i spokoju. Jeśli wrzucasz do serca cierpienia, nie wyjdzie spokój - tylko zadręczanie się, męczarnie. Tu nie ma cudów - co zasiejesz, to zbierzesz. Nie można wyznawać swej niegodności, winy - i oczekiwać że zbierzesz plon poczucia siły, radości i szczęścia.
Według wikipedii mamy osiem głównych religii, oraz 4200 do 10 tysięcy religii mniejszych, a w każdym tym systemie mamy jakieś wyobrażenie Boga, skojarzenie tego słowa z jakimiś emocjami. Główne religie najczęściej kojarzą nam Boga z poczuciem winy, cierpieniem, potrzebą walki by zasłużyć na jego miłosierdzie. Człowiek z poczuciem winy (wmówionym, nierealnym) będzie płacił, służył, wypełniał polecenia. Szczęśliwym człowiekiem nie można kierować. Dlatego korporacje obiecujące niebo za pieniądze i władzę, muszą od dziecka zablokować w człowieku jego kontakt z Boskością. Gdybyś go miał, po co byłby Ci pośrednik? Naprawdę myślisz, że Bóg potrzebuje jakiegoś faceta po szkoleniu ideologicznym w seminarium, by przekazać Ci swoją wolę? Masz Boga za ograniczonego głupka? Gdy masz dzieci, komunikujesz się z nimi przez pośredników, czy sam zajmujesz?
Stwórzmy nawyk, który upiększy nasze życie
Dlatego sami stworzymy Boga takim, jakim zawsze w środku chcieliśmy, by był. Jeśli jesteś ateistą, to pamiętaj że Twoja podświadomość nią nie jest - i jakąś wizję Boga musi mieć. Wprowadź jej więc swoją, by podnieść jakość swojego życia. Jeśli Boga nie ma, to niby co stracisz? Przecież to Ty wymyślasz te cechy, a nie jakaś korporacja religijna. Będzie to kumulacja najcudowniejszych cech i cnót, o których myśląc, będziemy wytwarzali piękny stan emocjonalny - i im częściej będziemy to robić, tym większy będzie nawyk. W końcu ten nawyk zdominuje nasze życie, sprawiając prawdziwy cud. Jeśli nawyk rozpaczania daje nam ciągle uczucie beznadziei, tak samo nawyk Boga da nam zastrzyk siły, mocy, energii. Skoro ludzie mogą całe życie się dołować, mogą też całe życie żyć w poczuciu bycia pięknym, wartościowym, spełnionym - ale musimy zainwestować w to swój czas, energię i pracę.
Usiądźmy więc wygodnie, albo chodźmy z książką na głowie (ja tak czynię), wyobrażajac sobie Boga który stworzył tryliony galaktyk - czy jest biedny? Ależ skąd, cały wszechświat wypełniony jest złożami złota, uranu i innych, jeszcze nam nieznanych skarbów. Czy cierpi? Cierpienie to żal za przeszłością oraz strach przed przyszłością, a Bóg istnieje w rzeczywistości gdzie czas nie istnieje - nie cierpi więc na pewno. Czy Bóg jest w nas, czy gdzieś indziej? Jest wszędzie, bo przecież wszystko stworzył - z czego stworzył? Z siebie, bo na początku nic innego nie istniało. Wszystko więc na jakimś głębokim poziomie jest Nim, także my sami. I tak "maksujemy" każdą cechę, cnotę - wyobrażając ją sobie jako atrybut Boga. Jeśli czujemy się słabi, wyobrażamy sobie siłę Boga - czy Bóg jest słaby? Nigdy w życiu, przecież tworzy całe galaktyki aktem woli, a inne niszczy. A skoro Bóg jest w nas, to czy my jesteśmy słabi? Niemożliwe. Po prostu naszą siłę przykryło jakieś fałszywe przekonanie, które w imię prawdy trzeba wyrzucić. Jeśli czujemy się źle myśląc o seksie, to czymże jest w istocie płodzenie nowych planet, czarnych dziur? Aktem żądzy (planowania), zapładniania (wolą wprowadzenia wizji w życie) i rodzenia (stworzenia ciała kosmicznego). Tworzenie jest rozkoszą seksualną, wymieszaną z miłością i życzliwością, więc jest atrybutem Boga. Boży człowiek jest stworzeniem seksualnym, więc oddawaj się miłości bez żadnych, wmówionych przez religię i bigotów ograniczeń.
Podziękuj, to Ci się naprawdę opłaci
Potem tej cudownej istocie dziękujemy, najlepiej na głos (najlepiej by nikt nie słyszał, przeklinać można, dziękowanie Bogu to podejrzenie choroby psychicznej). Każde takie ćwiczenie tworzy nawyk - i tak jak wyobrażając sobie gówno czujemy się źle, tak wyobrażając sobie naszego Boga, poczujemy się wspaniale, gdyż z tym słowem skojarzymy same najlepsze uczucia. Z czasem przenikać zaczną one do naszego życia, będą się bezustannie sączyć, tak jak u człowieka z depresją do życia przenikają myśli pełne słabości i beznadziejności.
Gdy tak się stanie, nie uzależnimy się od związku, kobiety, własnego ciała, żadnej rzeczy jaka istnieje - ponieważ ich utrata nie zabierze nam szczęścia; te mamy już płynące z tego ćwiczenia. Możemy do woli cieszyć się swoją żoną i dziećmi, bez lęku o ich utratę - bo w razie straty, nadal mamy szczęście i radość. I gdy się nie boisz o utratę bliskich, przestajesz się w nich kurczowo wczepiać (jak kleszcz), dajesz im wolność, przestrzeń - oni to doceniają. Boga nie stracisz, nikt Ci go nie zabierze, bo to nawyk myślenia o najpiękniejszych rzeczach, zamiast nawyku wgapiania się w telewizor, skupiania na ekskrementach emocjonalnych. Dopiero taki człowiek przestaje być niewolnikiem - cała reszta jest na łańcuchu lęku i przerażenia. Jak więc widać, szczęście nie jest wynikiem łaski, a wynikiem pracy nad sobą, kształtowaniem siebie i swych nawyków. Warto nad sobą pracować, chociaż na początku może być ciężko - te i inne sprawy opisuję w mojej książce "Stosunkowo dobry".
www.braciasamcy.pl zapraszam na moje forum.
--------------------
Zapraszam do kupna moich e książek "Stosunkowo dobry", oraz "Wyprawa po samcze runo" w E wersji, KLIK albo papierowej KLIK. Zapraszam wszystkich serdecznie na mój fanpage KLIK, Bardzo jestem wdzięczny wszystkim tym, którzy poczuwają się do dbania o cały ten interes i go finansują KLIK, także poprzez PayPal, mój meil to coztymikobietami@onet.pl


Komentarze
Pokaż komentarze (14)