Temat każdemu obserwatorowi dzisiejszej sceny politycznej musi dziś budzić określone skojarzenia, uchylę więc rąbka tajemnicy - tak, będzie o szafie Lesiaka. Nie zamierzam jednak deliberować na temat tego, czy jest to afera większa, czy mniejsza od Watergate, czy Rokita wiedział, czy nie wiedział, czy bardziej pogrąża to PO, czy dzisiejszą PD a ówczesną UW. Oddaję tę sprawę pod osąd innym.
Chciałbym natomiast zając się czymś zupełnie innym - wnioskami, jakie wypływają z analizy publicznie dostępnych materiałów z szafy Lesiaka dla naszego życia politycznego. Przyznaję, że ze zdumieniem obserwuję brak jakiejkolwiek racjonalnej dyskusji na ten temat w czołowych mediach. Czytając kilka dni temu tekst p. Michalskiego w "Dzienniku" miałem złudzenie, że oto się wreszcie doczekałem analizy sprawy Lesiaka - srodze się jednak rozczarowałem. Oto Cezary Michalski nie może się powstrzymać przed tym, żeby wykorzystać szafę do, mówiąc kolokwialnie, "przywalenia" nią "autorytetom III RP", w szczególności odpowiedzialnemu za najgroźniejszą na rynku konkurencję Adamowi Michnikowi. Siłą rzeczy Jacek Żakowski, niejako "wywołany do tablicy", koncentruje się nad odparciem tego zarzutu... i tak umyka nam sprawa zasadnicza, czyli tego, co właściwie w tej szafie się znajduje.
A znajdują się tam rzeczy niewątpliwie ciekawe. Oto przede wszystkim widzimy raporty Lesiaka z inwigilacji różnych grup opozycyjnych, ze szczególnym naciskiem na partie popierające rząd Jana Olszewskiego. Oprócz tego jednak mamy tam takie kwiatki, jak zgodę Jarosława Kaczyńskiego na "pozaprawne działania" w celu rozpracowania Stanisława Tymińskiego. Zastanawia mnie niezmiernie, czym właściwie tak bardzo różni się tutaj inwigilowany bezprawnie pan Tymiński od inwigilowanego bezprawnie pana Kaczyńskiego, poza tym, że pan Kaczyński jest obecnie premierem. I dlaczego Rokitę za domnienaną (bo żadnych dowodów jeszcze nie zobaczyliśmy) wiedzę o inwigilacji opozycji jest skłonny krytykować bezpardonowo, zaś o własnych działaniach nawet się nie zająknie.
Moim celem nie jest jednak w tym miejscu krytyka premiera Kaczyńskiego, chociaż powyższe zachowanie może budzić duże wątpliwości. Chciałbym przeanalizować pewne szersze zjawisko. Otóz, można się zapytać, dlaczego właściwie ówczesne władze zezwalały, jeśli nie oficjalnie, to po cichu, na takie a nie inne działania Lesiaka? Odpowiedź na to, jeśli odrzucimy stronniczy punkt widzenia i teorie spiskowe, brzmi chyba jakoś tak, że władze, a szczególnie Lech Wałęsa, wierzyły w to, że to oni realizują budowę tej właściwej, z takim trudem wywalczonej demokracji a przed wrogimi siłami należy bronić się wszelkimi metodami... brzmi znajomo?
Od takich analogii uciec nie sposób, gdy szefem kontrywiadu zostaje Antoni Macierewicz, postać mocno kontrowersyjna, o skrajnych poglądach politycznych, według niektórych posuniętych nawet do granic paranoi. Osoba, co do której nawet sam Jarosław Kaczyński miał wątpliwości, czy nadaje się na to stanowisko. Widać zasada "cel uświęca środki" przeważyła. Przeważyła także owe kilkanaście lat temu. Historia zdaje się powtarzać, a my nie wyciągamy żadnych wniosków i jeżeli nic się nie zmieni, to za kilkanaście lat będziemy mieli premiera Rokitę grzmiącego o skandalicznych dokumentach, jakie znaleziono w "szafie Macierewicza".
Zastanawiam się tylko, czy doczekam się w Polsce takich czasów, kiedy przy okazji odkrycia tego typu materiałów powołana zostanie nie komisja śledcza, tylko komisja ekspercka, która będzie miała za zadanie zaproponowanie takich rozwiązań prawnych, żeby powtórki z "szafy Lesiaka" nie było. Obawiam się jednak, że takich czasów nie doczekam się dopóty, dopóki każda kolejna władza będzie realizowała schemat "najpierw musimy wyrzucić stary układ i zastąpić swoimi ludźmi, a potem będziemy zmieniać prawo tak, aby uniemożliwić nadużycia". Bo doświadczenie (i nie tylko w Polsce) uczy, że to "potem" nigdy nie następuje.


Komentarze
Pokaż komentarze (5)