Pewnie niektórzy powiedzą, że zanudzam, że mógłbym wreszcie o czymś innym, wszak tutaj pasjonująca walka między HGW a Marcinkiewiczem w stolicy, a ja odgrzewam stare kotlety. Sęk w tym, że mnie akurat walka w stolicy specjalnie nie pasjonowała - poszedłem, zagłosowałem, swoje zrobiłem, reszta mnie mało obchodzi. Na szczęście w Warszawie mieliśmy w miarę niezłych kandydatów i różnice były w gruncie rzeczy niewielkie, co jednak spowodowało, że walką między parą kandydatów nieszczególnie się pasjonowałem. Może tylko tym, że padł mit, jakoby kandydat związany z PiSem był zawsze niedoszacowywany w wyborach.
Chciałbym jednak napisać coś o mechaniźmie, który w polskiej polityce jest niestety dużo bardziej obecny i dużo istotniejszy, niż walka o stolice. Mechaniźmie, który, niestety, przenosi się też na myślenie zwykłych ludzi o polityce, czego dowody można znaleźć niejednokrotnie i tutaj w Salonie. Często zjawisko to określa się też mianem "a u was biją murzynów", ale murzyn ostatnio stał się (nomen omen) oklepany i chyba nikt już poważnie nie traktuje tego zawołania. Tymczasem problem jest poważny.
Otóż w publicystycznej (i powszechnej) świadomości istnienie jakieś dziwne przeświadczenie, że niegodziwości dokonywane przez inne opcje polityczne, teraz, rok temu i do pięciu pokoleń wstecz, w jakiś sposób uzasadniają czynienie niegodziwości przez ekipę obecną. Słyszymy zatem o braku "moralnego prawa" SLD do wytykania PiSowi różnego rodzaju nieprawidłowości, o usprawiedliwianie negocjacji Lipińskiego z Beger tym, że Subotic był swojego czasu agentem WSI itp itd. Na blogu ma to chwilami mniej wyrafinowaną formę "a bo wy komuchy to...", "a bo pewnie tęsknicie za..." itp itd.
Powód, wydaje mi się, dla którego niektórzy publicyści przyjmują taki ton, jest następujący. Popierając jakąś opcję polityczną, nie sądzimy raczej, że jest to uosobienie wszelkiego dobra (z takimi ludźmi, jak ze wszelkiego rodzaju fundamentalistami, w ogóle nie warto i nie należy dyskutować). Zamiast tego wybieramy pewnego rodzaju mniejsze zło. Zdajemy sobie zatem sprawę z tego, że nasi ulubieńcy będą również czynić rzeczy złe. Ale ponieważ jesteśmy przekonani, że rzeczy złe będą w głównej mierze czynić przeciwnicy, to próbujemy tuszować błędy naszych wybrańców, wychodząc z założenia, że być może publika poczuje się zmanipulowana i wybierze naszych przeciwników, mimo tego, że owych niegodziwości czynili więcej.
To, czego nie zauważają zarówno zwykli ludzie, rozumujący w ten sposób, jak i, co gorsza, publicyści, którzy przyjmują taki tok rozumowania, to problem błędnego koła, w jakie wpadają przy takiej metodzie. Jeżeli bowiem faktycznie popierana przez nas partia popełnia mniej niegodziwości niż przeciwnicy, to przecież wystarczy obiektywnie informować o dokonaniach jednych i drugich, a racjonalny wyborca sam przecież wybierze. Jeżeli zaś wybieramy tylko błędy jednych, a błędy drugich pomijamy, to w ten sposób sami dopuszczamy tylko argumenty na poparcie naszej własnej tezy, tym samym być może tkwiąc permanentnie w błędzie, aż do momentu, w którym owe dowody "przeciwko" będą przygniatające. Jeśli zaś nie traktujemy wyborcy jako osoby racjonalnej, to tym samym samemu dopuszczamy się manipulacji, a zatem czynimy dokładnie to, co zarzucamy ideowym przeciwnikom. Zaklęty krąg.
No dobrze, powie mój oponent, ale przecież idealizujesz. Funkcjonujesz w idealnym świecie, a przecież gdyby dajmy na to prawicowi dziennikarze zaczęli nagle równo traktować wypaczenia PiSu i SLD, to szybko PiS zostałby zjedzony dodatkowo przez lewicowych dziennikarzy, którzy takich oporów by nie mieli. Owszem, przyznam, że zachowanie neutralności w atmosferze wojny może być trudne, a z czysto ludzkich względów (zawsze jednak nasze sympatie i antypatie wpływają na nasze osądy) niemożliwe. Chcę jednak zauważyć, że większość osób jeżeli czyta jakąś gazetę, to pojedynczy tytuł. I tutaj jest już jakaś linia redakcyjna - być może jest możliwość, żeby ów obiektywizm wymusić. Żeby skarcić (czyli po prostu nieopublikować) tekstu dziennikarza, który w rażący sposób stronniczo ocenia rzeczywistość.
Ale zaraz (powie teraz - i słusznie) mój oponent. Przecież to już przerabialiśmy, na przykładzie "Gazety Wyborczej" i zobacz, do czego to doprowadziło. Zgoda. I dlatego wycofam się z propozycji, żeby tego typu "kontrolę" robiła redakcja. Jest to po prostu przeniesienie problemu 'poziom wyżej', bo kto nam da gwarancję, że redaktor nadzorujący będzie obiektywny? Nie, rozwiązanie jest inne i dość dobrze zbliża się do niego "Dziennik". Pluralizm. Wymiana poglądów. W ten sposób publicyści danej gazety nawzajem trzymają się w szachu. W ten sposób każdy absurd postulowany przez zagorzałych zwolenników jednej strony jest bezlitośnie krytykowany przez drugą.
Jest tylko jeden warunek, i tu wrócę do tytułowego tematu. Dyskutanci muszą być podatni na argumenty. Nie mogą ślepo bronić swego, nie mogą występować z pozycji dogmatycznych. Muszą być gotowi przyznać rację oponentowi, być gotowi zmienić zdanie. W ten sposób mamy gwarancję, że wynik tej debaty faktycznie będzie przybliżał czytelnikowi w miarę obiektywny obraz rzeczywistości - a nie, że najlepiej słyszany będzie ten, kto najgłośniej krzyczy.
Utopia? Być może. Ale ja wolę o tym myśleć jako o odwołaniu się do głosu rozsądku u dziennikarzy. Wierzę, że części z nich naprawdę zależy na rzetelnym opisie tego, co się w polskiej polityce dzieje. I dlatego proponuję tego typu pakt o nieagresji. Wojna na argumenty, a nie inwektywy, wielkie słowa i przymiotniki wartościujące. Czytelnik tylko na tym zyska. Na dłuższą metę, gazety też na tym zyskają. Stracą jedynie fanatycy, wściekli zeloci, którzy wszystko widzą czarno-biało i nie dopuszczają do siebie żadnej argumentacji. Bo tacy zeloci na razie triumfują, o czym mogą świadczyć chociażby komentarze na Salonie, zalane ideologicznym bełkotem. A w taki sposób na pewno nie naprawimy naszej chorej rzeczywistości.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)