wsi zaciszna, wsi wesoła
O ojców grób, bagnetu naostrz stal
105 obserwujących
158 notek
401k odsłon
  855   7

Towarzystwo Warszawskie Przyjaciół Nauk, o fundamentach suwerenności

Jest na warszawskim Mokotowie malutka uliczka, przez którą trudno się przecisnąć. Położona tuż koło szkoły podstawowej, do której chodziłem, zawsze wzbudzała moją ciekawość osobą patrona, zaszczyconego tak niepozorną ulicą w Stolicy. Aleksander Kraushar, bo o nim mowa, to niezwykle płodny pisarz - historyk, niestrudzony zbieracz, dokumentalista i monografista, dzięki któremu dostaliśmy masę niezwykle cennych informacji o Polsce porozbiorowej. O dokonaniach zwyciężonego, ale nie pokonanego narodu, który po wielkiej historycznej klęsce, jaką była utrata bytu państwowego, w warunkach opresji i braku politycznych perspektyw, wszedł w okres swojej wielkości. Mało zdajemy sobie sprawę z istoty tego paradoksu, a powinniśmy, bo to, czego Polacy dokonali, aby przy połknięciu nie dać się strawić, to jedna z najniezwyklejszych epopei w dziejach.

O jednym składniku walki o suwerenność - wysiłku zbrojnym kilku porozbiorowych pokoleń wiemy bardzo dużo i już pierwszy element tej historii - Legiony Polskie, pozostawił po sobie trwały ślad w naszej świadomości, w postaci narodowego hymnu. Tekst Józefa Wybickiego to początek cyklu - niezliczonej ilości różnych literackich form konstruujących nasz duchowy byt. O tym pamiętamy. Oddajemy cześć bohaterom pól bitewnych, cenionym zawsze, być może poza kręgami ludzi oczywiście ułomnych w przeżywaniu swojej polskości.

Często zapominamy jednak o innym nurcie niepodległościowym, równie silnym i wymagającym także wielkiego samozaparcia , poświęcenia, wiedzy i stanowczości.  Mowa o walce o narodową suwerenność na polu nauki i gospodarki. W ostatecznym kształcie ta niezwykła walka skończyła się sukcesem w postaci odzyskania niepodległości, na którą dzięki niej byliśmy jako naród gotowi. Po przeszło stu latach zaborów mieliśmy środki i zasoby na stworzenie samodzielnego państwa, w "pojęciach" podstawowych nie tylko nie odstającego, ale także wyprzedzającego największe potęgi. Bo takim państwem była II Rzeczpospolita, pomimo wszystkich swoich deficytów. Przede wszystkim była krajem ludzi dumnych, nie ową wykpiwaną przez Juliusza Słowackiego pawio - papuzianą pychą, tylko realną świadomością własnej wartości.

I korzenie tej dumy odkrywał Aleksander Kraushar. Zasymilowany Żyd - polski patriota, o trudnych do przecenienia zasługach kronikarskich, będących efektem tysięcy godzin przesiedzianych w różnych archiwach, z których wyławiał i systematyzował cuda naszej przeszłości.

Jedną z najważniejszych prac Kraushara była niezwykła, siedmiotomowa monografia Towarzystwa Warszawskiego Przyjaciół Nauk, wydana w roku 1900, bogato ilustrowana i wyposażona w teksty źródłowe. Komplet prawie nieosiągalny, nawet dla mocno zaangażowanych zbieraczy, a szkoda. Bo to niezwykły zapis tego co jako naród potrafimy.

Gdy brzmią nam słowa Wielkiego Księcia Konstantego Pawłowicza, wypowiadane w dramacie Wyspiańskiego "Listopad to dla Polaków niebezpieczna pora", to mamy skojarzenie z owym tragicznym listopadem 1794r., gdy w Radoszycach ostatnie oddziały Insurekcji kapitulowały przed Rosjanami , pieczętując los wielkiego niegdyś państwa, albo z rok późniejszą abdykacją Stanisława Augusta Poniatowskiego. Oczywiście słowa padają w przeddzień wybuchu powstania, czyli kolejnego tragicznego polskiego listopada, którego skutkiem była likwidacja tego co w innym , o trzydzieści lat wcześniejszym listopadzie się zrodziło.

16 listopada 1800r., w domu księdza Jana Chrzciciela Albertrandiego, przy Kanoniach pod numerem 85 zgromadzili się członkowie założyciele towarzystwa naukowego. 23 listopada towarzystwo odbyło swoje pierwsze publiczne zgromadzenie, w gmachu księży Pijarów. Albertrandi , będący tytularnym biskupem zenopolitańskim wygłosił mowę inauguracyjną , zawierającą wezwanie do nauki, dla której " utrata samowładztwa nie jest przeszkodą do utrzymania i rozkrzewienia nauk narodu".

Początki były skromne i trudno owo spotkanie nazwać eksplozją światła. Byt towarzystwa, a wkrótce już oficjalnego Towarzystwa Warszawskiego Przyjaciół Nauk, które potem jeszcze zyskało nowy człon nazwy "Królewskie" , był chwiejny i zależny od widzimisia władz pruskich, ale jednak. Pamiętajmy, że to co terytorialnie jest dzisiejszą Polską znaną nam ze współczesnych map, po trzecim rozbiorze w całości znalazło się we władaniu Niemców - Prusaków i Austriaków. Granica między ich "działami" biegła Pilicą, Wisłą, Liwcem i Bugiem. Ani kawałek nie należał do Rosji, dopiero w Tylży Aleksander przyłączył do swojego imperium okręg białostocki. 

Chęć Niemców do szybkiej germanizacji podbitego narodu wykorzystali założyciele Towarzystwa, argumentując, że trzeba wykształcić dwujęzyczne początkowo kadry, które przydadzą się potem do budowy systemu pruskiego szkolnictwa, a Towarzystwo Przyjaciół Nauk o to kształcenie zadba. Dzięki tej taktyce udało się uzyskać zgodę króla pruskiego na zatwierdzenie statutu stowarzyszenia - i wystartowało do swojej niezwykłej aktywności.

Lubię to! Skomentuj49 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura